strona główna
       szukaj:   szukaj
O nasCzasopismoGaleria audioForumPolecamyPunkty sprzedażyKontakt
in English | auf Deutsch
Twój koszyk

przeglą artykułów













  Glissando – artykuły

Wojciech Mszyca jr.
Musica Genera

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW
[ zobacz komentarze (1) ]
[ dodaj swój komentarz ]

okładka 1

 

Oto prawdziwe objawienie w krajobrazie muzyki poszukującej w Polsce: światowej klasy wydawnictwo płytowe, prezentujące muzykę czołowych przedstawicieli najaktualniejszych nowych trendów w muzyce improwizowanej; organizator jednego z najciekawszych festiwali nowej muzyki w Europie, czyli Musica Genera Festival, w ramach którego w Szczecinie co roku goszczą muzycy z całego świata. Na dodatek wyjątkowe walory artystyczne przedsięwzięć idą w parze z profesjonalizmem organizacyjnym. Ponieważ uważam, że o Musica Genera wciąż mówi się za mało, postanowiłem napisać kilka słów o każdej z płyt, jakie dotąd oddała w nasze ręce ta szczecińska oficyna.

 

MG 001  Kyle Bruckmann – And

 

Wydawniczy debiut MG był ogromnym zaskoczeniem – początek to imponujący, bo płyta zawiera duety Bruckmanna z takimi osobowościami jak puzonista Jeb Bishop – stały współpracownik Kena Vandermarka i jeden z ciekawszych muzyków nowej sceny jazzowej w Chicago, Fred Lonberg-Holm – gigant awangardowej wiolonczeli, którego ogromny dorobek zaprzecza istnieniu jakichkolwiek barier w muzyce, czy Weasel Walter - muzyczny radykał i outsider, lider miażdżącej grupy The Flying Luttenbachers. Płyta bardzo dobra, lecz nierówna – to nieunikniona konsekwencja jej mozaikowego charakteru. Z perspektywy czasu wydaje mi się najsłabszą pozycją w katalogu wytwórni, choć w dużym stopniu wynika to zapewne z mojej osobistej niechęci do płyt składankowych, a ta w pewnym sensie do nich należy.

 

 

MG 002  Taku Sugimoto, Burkhard Stangl, Christoff Kurzmann – In Tokyo. First concert - - second take

 

Tym razem już prawdziwa rewelacja: spotkanie Stangla i Kurzmanna, należących do najciekawszych europejskich muzyków nowej szkoły elektroakustycznej improwizacji (przepraszam za tę nazwę, ale niezwykle trudno dobrać słowa, które dobrze określałyby muzykę wymykającą się jakiejkolwiek kategoryzacji) z japońskim radykalnym i kontrowersyjnym gitarzystą Taku Sugimoto, którego postępujący redukcjonizm przejawia się w stopniowym rezygnowaniu z dźwięku na rzecz ciszy (umownej, bo cisza absolutna przecież nie istnieje). Na tej płycie proporcje między ciszą a dźwiękiem są jednak idealnie wyważone i trio wciąga słuchacza w fascynującą podróż do świata, w którym czas zdaje się płynąć wolniej, pozwalając skupić się na subtelnym pięknie brzmień akustycznych i elektronicznych instrumentów. Co bardzo ważne, to uwypuklenie detali nie odbywa się kosztem dramaturgii całości, w efekcie dając jedną z najlepszych płyt nurtu „cichej improwizacji”, jaka trafiła w moje ręce.

 

 

MG 003  Olaf Rupp, Joe Williamson – Kernel Panic

 

Album tak odmienny od poprzedniego, że przy pierwszym kontakcie wręcz szokujący. Ten całkowicie akustyczny duet gitarzysty i kontrabasisty podczas pierwszego słuchania przytłacza ilością dźwięków, intensywnością przekazu. Nagrywający wcześniej między innymi dla FMP Rupp i Williamson, znany choćby z tria Trapist, grają razem muzykę wymagającą absolutnego skupienia i niełatwą, głównie za względu na gęstość muzycznej materii. Szczególnie Rupp, dysponujący tyleż wirtuozowską, co nieortodoksyjną techniką, dosłownie bombarduje nas gitarowymi dźwiękami. Obaj muzycy operują technikami wykraczającymi poza tradycyjne traktowanie swoich (klasycznych, bądź co bądź) instrumentów, urozmaicając znacznie muzykę pod względem brzmieniowym. Obok momentów bardzo intensywnych pojawiają się również spokojniejsze, płyta jest bardzo różnorodna i wraz z kolejnymi przesłuchaniami dostarcza wciąż nowych wrażeń. Moim zdaniem jednak, przesłuchanie albumu w całości to wyzwanie, którego sam nie jestem w stanie podejmować zbyt często. Podobne wrażenie odniosłem na koncercie (muzycy wystąpili na festiwalu Musica Genera w 2003 roku) – fascynujący początkowo koncert zaczął się z czasem trochę dłużyć i pod koniec trudno już było utrzymać poziom skupienia, jakiego wymaga intensywność przekazu tego duetu. Z płytą jest podobnie, jednak pozwala ona słuchaczowi na indywidualny dobór odpowiedniej dawki muzyki; tym samym jej nadmiar przestaje być wadą.

 

 

MG 004  John Butcher, Fred Lonberg-Holm, Michael Zerang – Tincture

 

John Butcher należy do grona najważniejszych innowatorów saksofonu, muzyków, którzy definiują miejsce tego instrumentu we współczesnej muzyce improwizowanej. Tincture jest zapisem sesji, którą londyńczyk zarejestrował w Chicago. Towarzyszą mu dwaj tamtejsi muzycy, wspomniany wcześniej Fred Lonberg-Holm na wiolonczeli oraz perkusista Miachael Zerang. Na płycie znajdziemy zapis swobodnej, organicznej improwizacji, w której każdy z instrumentów występuje na równych prawach, co znacznie oddala ją od jazzowej tradycji, z klasycznym podziałem na sekcję i solistę. Muzyka jest bardzo zróżnicowana, a jej ostateczny kształt wynika w każdym momencie z wzajemnej interakcji muzyków, ze zderzenia ich osobowości, jest jednocześnie swoistym kompromisem, jakiego zawsze wymaga kolektywna improwizacja. Chaos jest pozorny, a ekspresja tylko do pewnego stopnia nieokiełznana. Jej granice wyznacza wzajemne słuchanie się muzyków, akcja i reakcja, porozumienie na pozawerbalnej płaszczyźnie, które cała trójka opanowała na najwyższym poziomie. Warto zaznaczyć, że mamy do czynienia z dialogiem prowadzonym w bardzo wielu językach, ponieważ każdy z członków tria nieustannie niemal przekracza brzmieniowe granice swojego instrumentu. Efektem jest labirynt dźwięków, który prowadzi nas przez wciąż nowe struktury i nastroje. O wartości tej w całości improwizowanej muzyki decyduje moim zdaniem to, że poszczególne utwory nie są chaotycznymi poszukiwaniami bez celu, ale każdy z nich stanowi ostatecznie spójne i zamknięte studium jakiegoś aspektu dźwiękowej materii. Świadczy to o klasie poszczególnych muzyków, ale i o pewnej trudnej do określenia przestrzeni porozumienia, której obecność sprawia, że mamy do czynienia z działającym jak jeden organizm triem, a nie z trzema muzykami grającymi równocześnie.

 

 

MG 005  Johannes Bergmark, Martin Klapper – 58 Tracks From A Common Orbit

 

Płyta tak niezwykła, że jej opis zacznę od garści rzeczowych informacji. Mamy tu aż 58 utworów zarejestrowanych przez duet, którego instrumentarium stanowi niezliczona ilość przedmiotów, z których jedynie niewielką cześć stanowią "normalne" instrumenty, zaś reszta to przeróżne sprzęty domowe, zabawki, śmieci czy wreszcie tajemnicze obiekty własnej konstrukcji. Płyta to naprawdę wyjątkowa, ponieważ przy takim doborze środków stworzenie czegokolwiek, co może zainteresować kogoś więcej niż tylko twórcę, wymaga ogromnej dyscypliny. Trzeba przyznać, że Bergmark i Klapper udowodnili, iż jest to jednak możliwe, a efekt może być wręcz oszałamiający. Jak można się domyślić, akcja toczy się tu w zawrotnym tempie. Słuchacz jest wręcz bombardowany dźwiękami, z których każdy wydaje się nowy i niezwykły, a ich pochodzenia możemy się jedynie domyślać. Podział na utwory jest raczej umowny, ponieważ nie sposób usłyszeć przerw pomiędzy kolejnymi odsłonami. Co więcej, artyści zachęcają do słuchania ich w dowolnej kolejności, co w praktyce oznacza zupełnie nowe doświadczenie przy każdym odbiorze. Dźwięki są tak dziwne i jest ich tak wiele, że trudno mi znaleźć porównanie, które mogłoby w jakikolwiek sposób przybliżyć tę muzykę. Może szalona kreskówka bez obrazu? A może mozaika stworzona z chaotycznie rozrzuconych strzępków odgłosów naszej cywilizacji? A może skakanie po setkach kanałów telewizyjnych z zamkniętymi oczami? Właściwie wszystko to, i dużo więcej. Najważniejsze jednak, że można tej płyty słuchać z przyjemnością, co mnie samego, szczerze mówiąc, dziwi. Więcej nawet – słuchanie jej to fascynująca przygoda. Nie potrafię tego wytłumaczyć, bo sam byłem do niej uprzedzony zanim jej posłuchałem. Duet wystąpił na festiwalu Musica Genera w 2003 roku i koncert był fantastyczny, kiedy jednak dowiedziałem się, że ma się ukazać płyta, myślałem sobie: „nie, to się nie sprawdzi, to trzeba widzieć". Myliłem się, warto sięgnąć po tę niezwykłą muzykę, jednak ostrzegam – jest to spore wyzwanie, choćby ze względu na intensywność i gęstość tego materiału. Na koniec muszę wspomnieć o tym, co moim zdaniem jest jednym z najważniejszych jej elementów, co sprawia, że słucha się jej dobrze, a co jest w muzyce improwizowanej spotykane niezwykle rzadko. Chodzi mi o ogromne poczucie humoru, ewidentne podczas koncertu, obecne również na płycie. Nieraz słuchając jej można wybuchnąć serdecznym śmiechem!

 

 

MG 006  Chris Burn's Ensemble – Ensemble At Musica Genera 2002

 

Całkowita zmiana nastroju czeka nas podczas odsłuchiwania kolejnej propozycji wytwórni. Jak wskazuje już tytuł, mamy do czynienia z koncertem ansamblu Chrisa Burna, zarejestrowanym na festiwalu w Szczecinie w 2002 roku. Od razu zdradzę, że moim zdaniem to, jak dotąd, najlepsza pozycja w katalogu MG, choć wobec różnorodności poszczególnych wydawnictw, trudno to jednoznacznie określić. Już sam skład jest niezwykły i elektryzujący. Chris Burn's Ensemble to grupa wybitnych improwizatorów, którą możemy usłyszeć na bardzo niewielu płytach, a ta jest pierwszą od wielu lat. W Szczecinie w składzie grupy obok lidera (fortepian) zagrali John Butcher (saksofony), Xavier Charles (klarnet), Rhodri Davies (harfa), Matt Hutchinson (syntezator i elektronika) oraz Nikos Veliotis (wiolonczela). O każdym z muzyków można by pisać w superlatywach, jednak razem tworzą zespół o niebotycznym wprost poziomie porozumienia. Muzyka zawarta na płycie to kwintesencja tego, co decyduje o wyjątkowości nowej improwizacji, a mianowicie rezygnacji z wirtuozerii, indywidualnych popisów, podziału na lidera i zespół, czy solistę i akompaniatorów. To pozornie dziwne, że trzeba tak wybitnych osobowości muzycznych, by stworzyć zespół, w którym każdy potrafi całkowicie wyzbyć się potrzeby zaznaczania swojej indywidualności. W tej muzyce często nie sposób określić, kto w danej chwili gra, a kto nie. Chwilami nie jesteśmy w stanie przypisać poszczególnych dźwięków określonym instrumentom. Mamy tu do czynienia z tym rodzajem improwizacji, który na piedestale stawia brzmieniowe detale, skupienie; który zdradza ogromny szacunek dla dźwięku, ale i dla ciszy. W efekcie słyszymy abstrakcyjne muzyczne opowieści, raz przyjmujące postać ambientowych pejzaży, raz sprawiające wrażenie obserwacji bujnego życia pod mikroskopem. Momenty bardzo ciche, dronowe, przeplatają się z fragmentami bardzo intensywnymi, głośnymi, lecz nigdy agresywnymi. Trudno uwierzyć, że całość tak doskonała mogła powstać w wyniku improwizacji. Uważam, że płyta ta jest jednym z wybitnych przykładów, jak wspaniała może być muzyka naszych czasów. Czasów, w których postmodernistyczne zabawy konwencjami stają się już nudne i puste, kiedy podziały na muzykę elektroniczną i akustyczną wydają się sztuczne i nieadekwatne, kiedy wirtuozerskie popisy improwizatorów uległy przewartościowaniu. Na naszych oczach powstaje zupełnie nowa muzyka, której ścieżki często prowadzą na manowce, wiele jest płyt zbędnych czy pretensjonalnych, ale warto penetrować te nowe rejony, by natrafić na takie perły, jak ów wspaniały album.

 

 

MG 007  Robert Piotrowicz, Burkhard Stangl, Anna Zaradny – Can't Illumination

 

Anna Zaradny i Robert Piotrowicz, poza tym, że to oni de facto tworzą Musica Genera, sami są także muzykami. Od lat koncertują w Polsce i na świecie, współpracują z wieloma ważnymi postaciami światowej sceny improwizowanej, między innymi z obecnym na tym albumie austriackim gitarzystą Burkhardem Stanglem. Już sam fakt zaistnienia takiego tria może tylko cieszyć, szkoda tylko, że nasi artyści, traktowani w muzycznym świecie na równych prawach, w naszym kraju nie są właściwie zauważani. Tym cenniejszym wydawnictwem jest Can't Illumination. Dla tych, którzy znają noise'owe oblicze Roberta, płyta będzie pewnym zaskoczeniem, ponieważ jest raczej spokojna, czasem tylko szorstka. Robert wydobywa ze swojego syntezatora analogowego raczej subtelne dźwięki, Anna towarzyszy mu na laptopie i saksofonie, jednak dość długo musimy czekać na wyraźne dźwięki tego ostatniego, gdyż dominują szmery przedmuchiwanego przez instrument powietrza. Stopniowo saksofon zaznacza swoją obecność nieco bardziej zdecydowanymi dźwiękami, mniej więcej w tym samym momencie, kiedy pojawiają się charakterystyczne dla Stangla pojedyncze, czyste dźwięki gitary, czasem samotny, jakby zawieszony, gitarowy akord. Generalnie jednak jest to muzyka dla cierpliwego słuchacza, którego nie zrazi powoli budowany nastrój i oszczędne operowanie środkami wyrazu. Każdy, kto zdecyduje się poświęcić tej muzyce czas i uwagę, których ona wymaga, zostanie w nagrodę wciągnięty w zajmujące uniwersum mikroskopijnych dźwięków. Tak jak w ciemnym pokoju, kiedy wzrok z wolna przyzwyczaja się do ciemności, stopniowo dostrzegamy zarysy kolejnych przedmiotów, tak tutaj w miarę słuchania wyłania się przed nami mglisty obraz dźwiękowego świata, pięknego i tajemniczego. Muzycy roztaczając przed słuchaczem swoją wizję unikają jednoznaczności. Nie ma tu wyraźnych punktów kulminacyjnych, kolejne motywy, jak cienie, dają raczej wyobrażenie o tym, czym mogłyby być, jednak zanim staną się zbyt oczywiste, przegadane – rozpływają się w ciszy w równie subtelny sposób, jak wcześniej narastały, by ustąpić miejsca kolejnym. Ta pełna niedopowiedzeń opowieść jest naprawdę fascynująca i może dostarczyć wielu wrażeń uważnemu słuchaczowi odbiorcy.  To jedna z mocniejszych pozycji w katalogu wytwórni, jak również jedna z ciekawszych i oryginalniejszych płyt na polskiej scenie muzycznej (bo chyba tak można powiedzieć, choć trio jest międzynarodowe).

 

 

MG 008  Axel Dörner, Cor Fuhler, Jerome Noetinger – Moov Spot

 

Kolejna płyta, na którą materiał został zarejestrowany podczas szczecińskiego festiwalu Musica Genera, tym razem w 2003 roku. Na scenie spotkali się - po raz pierwszy w takiej konfiguracji, zgodnie z ideą przewodnią tamtej edycji festiwalu – Dörner, trębacz o niezwykłych możliwościach technicznych i inwencji, uzbrojony również w laptop, Fuhler obsługujący syntezator analogowy oraz inne, często własnej konstrukcji instrumentarium, oraz Noetinger grający na szpulowym magnetofonie Revox B77. To oryginalne instrumentarium, jak łatwo się domyślić, samo w sobie powoduje, że brzmienie tria jest dalekie od przewidywalności oraz wymusza dość nieortodoksyjne techniki i takież podejście do muzycznej materii. I rzeczywiście, większość dźwięków, z której budowana jest ta muzyka, brzmi obco i kosmicznie. Brak tu również łatwej do wychwycenia struktury, mamy natomiast do czynienia z rozwijającą się spontanicznie improwizacją, która w każdym momencie może nas totalnie zaskoczyć, podążając w zupełnie nowym kierunku. Wszystko to sprawia, że płyta wymaga skupienia. Sprawia jednak również, że słuchając jej mamy przyjemne uczucie odkrywania nowych lądów, muzycznej terra incognita, na której wszystko się może zdarzyć, a na każdym kroku czekają fascynujące przygody i niespodzianki. Podobnie jak prawdziwa wyprawa w nieznane, odbiór tej płyty wymaga pewnej odwagi, może również nieco poświęcenia, warto jednak podjąć to wyzwanie, bo czeka nas nagroda w postaci kilkudziesięciu minut wciągającej muzyki, która przy kolejnych przesłuchaniach wciąż odkrywa nowe oblicza, zaskakuje czymś, co wcześniej umknęło naszej uwadze. Co istotne przy tak niezwykłych dźwiękach, jakość nagrania jest bardzo dobra i pozwala w pełni docenić bogactwo brzmień i faktur, jakimi operowali muzycy podczas koncertu. Koncert składał się z dwóch utworów, czy raczej może odbył się w dwóch odsłonach, z których pierwsza, długa i niezwykle zróżnicowana, jest bardziej gwałtowna i agresywna, choć znajdziemy w niej chwile wytchnienia. Druga, krótsza, o wyraźniej zaznaczonej dramaturgii, kończy się dźwiękami tak intrygującymi, że zachęca do kolejnych konfrontacji z tą – trzeba to jednak podkreślić – trudną muzyką.

 

 

001  Zbigniew Karkowski – attuning/attending

 

Płyta Zbigniewa Karkowskiego, naszego rodaka mieszkającego i tworzącego obecnie w Tokio, otwiera nową serię wydawniczą w Musica Genera. Nosi numer 001 (bez "MG") i jest nieco inaczej opakowana. Przy okazji dygresja – nie wspominałem wcześniej o świetnej stronie edytorskiej wydawnictw Musica Genera. Kolejne okładki, choć niezwykle zróżnicowane i świetnie oddające charakter muzyki, tworzą spójną serię dzięki kilku wyróżniającym je elementom designerskim. Ich ostateczny wygląd jest w większości przypadków efektem współpracy Anny i Roberta z artystą plastykiem Andreasem Guskosem. Wracając jednak do Karkowskiego, materiał, który wypełnia jego debiut w barwach Musica Genera, był dla mnie ogromnym zaskoczeniem, dodam od razu, że pozytywnym. Wcześniej znałem Karkowskiego głównie jako twórcę radykalnej odmiany noise’u i spodziewałem się, że podobną muzykę odnajdę i na tej płycie. Okazało się jednak, że jest zupełnie inaczej. Znajduje się tu jedna, z wolna ewoluująca kompozycja, trwająca niespełna godzinę. Muzyka ma niezwykły klimat, zaczyna się bardzo spokojnie, a jednocześnie niepokojąco. Generowane przez komputer Karkowskiego dźwięki są niezwykle oryginalne, a przewodni motyw brzmi tak niesamowicie i obco, że zdaje się być transmisją z odległej galaktyki. W miarę powolnego rozwoju utworu, napięcie potęguje się, dołączają nowe, głębokie dźwięki, które wzmagają nastrój zimnej, alienującej kosmicznej grozy. Słuchana głośno, ta muzyka potrafi wprawić słuchacza w niezwykły stan całkowitego oderwania od codzienności, zabrać w podróż w niekończącą się międzygwiezdną pustkę, w której czuje się niepokojącą obecność czegoś nieznanego, tajemniczego, niesamowitego. Karkowski stworzył świat dźwięków, które brzmią tak potężnie i tak ostatecznie, że trudno mi uwierzyć, że są dziełem człowieka. tak inne od wszystkiego, do czego przywykłem, tak monumentalne i tak obce, że nie potrafię uwolnić się od narzucających się kosmicznych metafor. Moim zdaniem płyta jest bardzo mocną pozycją w dorobku Karkowskiego i wielce obiecującym początkiem nowej serii wydawniczej.

 

Z niecierpliwością czekam na kolejne płyty, śledząc oficjalną stronę Musica Genera, na której znaleźć można informacje o wszystkich wydawnictwach wytwórni i o możliwościach ich nabycia. Do zobaczenia na kolejnym festiwalu w Szczecinie!

 

 


okładka 2




O nas | Czasopismo | Galeria audio | Forum | Polecamy | Punkty sprzedaży | Kontakt
Sponsorzy | Reklamodawcy | Informacje dla autorów | Prenumerata