strona główna
       szukaj:   szukaj
O nasCzasopismoGaleria audioForumPolecamyPunkty sprzedażyKontakt
in English | auf Deutsch
Twój koszyk

przeglą artykułów













  Glissando – artykuły

Michał Mendyk
Kilogram records

KOMENTARZE CZYTELNIKÓW
[ zobacz komentarze (2) ]
[ dodaj swój komentarz ]

Danziger mikromusik, czyli kameralne perwersje państwa Trzasków

 

            Za młodu obracał się Mikołaj w różnym towarzystwie. Najczęściej widywano go z  Ryszardem, Leszkiem, Jackiem i Maciejem. Ponoć pili alkohol i słuchali amerykańskiego jazzu. Niektórzy, choć tym złośliwcom nie dawałbym wiary, twierdzą nawet, że uprawiali zbiorową Miłość. Młodość nie trwa jednak wiecznie. W życiu każdego chłopca (mężczyzny) przychodzi pora, aby się ustatkować, założyć rodzinę, poświęcić się szczytnym, tudzież  społecznie użytecznym celom i odpokutować grzechy próżnej młodości. Tak więc Ryszard dobrze się ożenił, a Leszek i Maciej, nabrawszy ogłady, stali się bywalcami eleganckich salonów. Na dalsze losy Jacka zarzućmy zasłonę milczenia…

            Mikołajowi nie były pisane pokusy wielkiego świata. Pozostał w swym rodzinnym mieście Danzig, wkrótce poznał Aleksandrę, do której zapałał pięknym i czystym afektem. Uświęciwszy, za zgodą rodziców obojga, łączącą ich miłość, zamieszkali w uroczym, nadmorskim domku stanowiącym spadek po prababce Mikołaja, powszechnie uważanej niegdyś za dziwaczkę. Wkrótce otoczyła ich gromada uroczych dziatek. I być może życie państwa Trzasków potoczyłoby się zgodnie z wielopokoleniową mieszczańską tradycją, gdyby nie szczególne odkrycie, jakiego przez przypadek dokonali pewnego dnia na strychu swego domku.

            Za północną ścianą mieściło się dodatkowe pomieszczenie stanowiące, jak się z czasem okazało, magazyn muzycznych kaprysów prababki Mikołaja. A czegóż tam nie było! Chińskie taflofony, śpiewające wannoloty, wszelakie katarynki i pozytywki. Życie państwa Trzasków już nigdy powrócić nie miało do normalnego trybu...

 

Mikołaj Trzaska: Pieszo (1kg 001)

 

1 kg Records powołane zostało w bardzo konkretnym celu. Umożliwić miało Oli Trzasce fonograficzną dokumentację artystycznych dokonań utalentowanego męża. Owemu wydawniczemu przełomowi towarzyszyło, jak sądzę, nieprzypadkowo, istotne przewartościowanie stylistyczne uwiecznianego artysty. Deklarację nowego kierunku, choć na pewno nie jego najciekawszy owoc, stanowi pierwsza płyta gdańskiego labelu. Album zawiera muzykę „nies(piesz)ną”: statyczną i wyciszoną. To Mikołaja Trzaski zdecydowany odwrót od hałaśliwej, ekstrawertycznej poetyki free jazzu w stronę kameralistycznej kontemplacji czystego brzmienia i wstrzymanego czasu. Pieszo składa się z dwudziestu miniatur opartych na zapętleniach efektownych zwrotów melodycznych oraz / lub czysto sonorystycznie potraktowanej tkance instrumentalno-elektronicznej. Improwizacje (głównie autorstwa kompozytora) schodzą z reguły na drugi plan, mają dyskretny, redukcjonistyczny charakter. Ta wdzięczna, ilustracyjna muzy(cz)ka, skąpana w aurze inteligentnego, dadaistycznego humoru, daje wiele radości przy pierwszym z nią kontakcie, kolejne spotkania przyprawione już szczyptą nudy. Długiej listy wykonawców nie przytaczam. Znaleźli się na niej instrumentaliści, z którymi wicedyrektor wydawnictwa (czyli sam Trzaska) miał okazję współpracować przy wielu innych okazjach.

  

Miasto nasze nie należy do najludniejszych, a cnota dyskrecji jest tu niestety rzadko kultywowana. Tak więc wieści o niezwykłym odkryciu państwa Trzasków bardzo szybko się rozeszły. Tydzień nie minął, a do ich domu zjeżdżać poczęły gromady dziwaków ogarniętych muzycznym obłędem. Była wśród nich para niewinnych do niedawna młodzieńców o imionach Bartłomiej oraz Marcin. A Oleś Olesiowi bratem...

 

Oleś / Trzaska / Oleś: Mikromusik (1kg 003)

 

Spotkanie Trzaski z najlepszą dziś bodajże sekcją w Polsce okazało się niezwykle owocne dla całej trójki. Formuła jazzowego tria zostaje tu nie tylko zdecydowanie rozwinięta, lecz wręcz przełamana. Służebną rolę wobec pozostałych muzyków pełni wyłącznie basista, odpowiadający w większości utworów za klarowność i konsekwencję harmonicznego oraz rytmicznego kręgosłupa. Natomiast Bartłomiej Oleś z gracją pożytkuje możliwości, zwłaszcza brzmieniowe, poszerzonego zestawu perkusyjnego, stając się momentami niemal równoprawnym partnerem lidera. Głębokie, zmysłowe brzmienia werbli oraz inne perkusyjne głosy wchodzą w aktywny dialog z saksofonem Trzaski. Ten natomiast zdaje się faktycznie wsłuchiwać w wypowiedzi kolegów, gdyż miast egocentrycznym, ekspresyjnym jazzgotem, raczy nas subtelnymi, oszczędnymi wariacjami, zapętlającymi się niejednokrotnie wokół najciekawszych fraz, motywów, nawet pojedynczych dźwięków. Bywa, że ta stonowana, wysublimowana narracja przechodzi w sposób naturalny w zatomizowaną, sonorystyczną tkankę lub zatrzymuje się w statycznych współbrzmieniach klarnetu basowego Trzaski oraz smyczka Bartłomieja Olesia.

Pozornie „zwyczajne” oblicze tej muzyki (między innymi tematyczne klamry w szeregu kompozycji) budzić może złudzenie, iż mamy do czynienia z dosyć tradycyjnie pomyślanym materiałem jazzowym. Tak naprawdę jest to jednak wyrafinowana brzmieniowo, intrygująca melodycznie oraz śmiała formalnie kameralistyka kreowana przez trójkę niezwykle wrażliwych instrumentalistów.

        

            Bracia Oleś zostali opętani. Na nic zdały się apele rodziny, prośby przyjaciół. Wszystko wskazuje na to, iż w tej jaskini rozpusty przyjdzie im pozostać dłużej…

 

Oleś / Trzaska / Oleś: La Sketch Up (1kg 005)

 

Druga płyta „symetrycznego” tria miała być, jak sądzę, krokiem w głąb improwizatorskiej wolności. La Sketch Up to nieznacznie tylko prekomponowane fragmenty trzygłosowych konwersacji, jakie rozegrały się dwa lata temu w sprzyjającej muzycznej rozmowie przestrzeni Teatru w Kaliszu. Uwolniona z rozumowego gorsetu muzyka zyskała oczywiście więcej oddechu i niewymuszonej naturalności. Niekontrolowana dźwiękowa energia lubi jednak przemierzać dobrze wydeptane ścieżki. W niektórych „numerach” (utwory nie tytułowane, lecz właśnie numerowane, i to z „rzymska”) odzywa się więc niezbyt oryginalny freejazzowy skowyt, w innych – osłuchane już lenistwo bluesowo-balladowej nuty.

Pogłębiona została na La Sketch Up idea autonomizacji partii basu oraz perkusji. Bywa, że saksofon Trzaski stanowi wyłącznie tło lub komentarz dla błyskotliwej, skondensowanej gry Olesiów. Zdarza się jednak niestety, iż muzycy oddają się podejrzanemu „solówkarstwu” i chyba właśnie w tych momentach odzywają się najczęściej złośliwe duchy przeszłości. Album ma więc jakby dwa oblicza: jedno jest wyrazem konsekwentnego rozwijania idei „komponowanej” na żywo jazzowej kameralistyki, na drugie składają się owe „skoki w bok”, czyli mimowolne grzęźnięcie we własnych przyzwyczajeniach. Czym skorupka za młodu...

 

            Wkrótce zaraza wypełzła na ulicę…

 

Oleś / Trzaska / Oleś: Danziger Strassenmusik (1kg 006)

 

            Idea zagrania „przypadkowej” muzyki w przypadkowej przestrzeni okazała się niezwykle płodna. Na Danziger Strassenmusik składa się bowiem (prócz poddanego pysznej „nadinterpretacji” tematu Ornette’a Colemana Lonely Woman) sześć dźwiękowych „strumieni świadomości”. To rytuał, którego jedynym chyba uczestnikiem jest trójka słowiańskich szamanów. Audytorium (przechodnie gdańskiej Starówki) jest bowiem nie tylko przypadkowe, lecz, jeśli wierzyć słowom Trzaski, wręcz nieprzychylne tej „unoszącej się nad chodnikami” muzyce. Każdy z członków tria gra przede wszystkim dla siebie, tworzenie staje się niemal tożsame ze słuchaniem. Intuicyjne poszukiwanie dźwięku wolne od wszelkiego krępującego kontekstu...

            Powyższa idea wydaje się tyleż kusząca, co nieprawdopodobna – jednak jakimś cudem przekłada się na dźwiękowy konkret. Lider tria niemal całkowicie uwalnia się od wypracowywanych przez lata „zagrywek” oraz maniery wyrazowej. Jego gra jest czysta i wolna, bo oparta na rozwiązaniach najprostszych, choć paradoksalnie wcale nie oczywistych. Składają się na nią bardzo nieskomplikowane, kilkudźwiękowe ostinata rytmiczne, długo podtrzymywane (kontemplowane) dźwięki, wreszcie swobodnie rozwijane i naturalnie śpiewne (momentami wręcz naiwne, choć nigdy infantylne) melodie. Sekcja, potencjalnie dysponująca ogromnymi możliwościami brzmieniowymi (Bartłomiej Oleś posługuje się  rozbudowanym zestawem perkusyjnym „zaczarowanym” w  poręcznym laptopie), podąża tą samą, prostą drogą. Tylko momentami wplątuje się w grę zawiłych formuł, by za chwilę powrócić do regularnej, elementarnej pulsacji.

            Danziger Strassenmusik to sztuka wyrastająca z podobnych założeń, co ekstrawagancka stylistyka Alberta Aylera, jednak dźwiękowa powierzchowność tego „spaceru po Starówce” jest absolutnie oryginalna. Olesiów i Trzaski musica da camera przekształciła się na naszych oczach w muzykę otwartej przestrzeni – intuicyjną, pierwotną i w sposób nie poddający się analizie – piękną.

                  

            Wśród ofiar Trzaskowej plagi znaleźli się także dawni przyjaciele Mikołaja. Uczynił z nich ów fałszywy prorok orędowników swego plugawego posłannictwa.

 

Tomasz Gwinciński  & Nonlinear Ensemble: The Moon Music (1kg 004)

 

Jedyne wydawnictwo 1kg Records, w odniesieniu do którego stosowane przeze mnie  określenie „muzyka kameralna”, jest całkowicie adekwatne. To drugi album najciekawszego, moim zdaniem, postyassowego artysty, na którym podąża ów pyszałek szlakiem „ścisłego zapisu”. Miast stylistycznych gier znanych z płyty Clever Nonsense, otrzymujemy tym razem dawkę bardzo skupionego, filharmonicznego minimalizmu urozmaiconego surrealistycznymi wprawkami opartymi na materiale konkretnym

The Moon Music stanowi przede wszystkim dowód rozległej erudycji stylistycznej Gwincińskiego. Większość kompozycji, a także same tytuły (datowane, jak słynny cykl Folio Earla Browna), przywodzą na myśl właśnie amerykańską awangardę sprzed pół wieku. Tyle tylko, iż smyczkowym czarom polskiego naturszczyka daleko do kolorystyczno-harmonicznego bogactwa oraz świeżości ówczesnej kameralistyki Cage’a oraz Feldmana. Zdarzają się jednak momenty naprawdę olśniewające, które przywracają wiarę w dźwiękową wyobraźnię Gwincińskiego. Myślę tu zwłaszcza o tej przepięknej fletowej kantylenie (Fool Moon May 2001), owej kropli słowiańskiego sentymentalizmu (June 2001) i o intrygujących skrzypcowych cięciach oraz perkusyjnych ukłuciach rozdzierających sporadycznie jednostajne tło elektronicznego burdonu (April 2001).

 

Wirkus / Moretti Na baterie (1kg 007)

 

            Wielu albumom 1kg Records towarzyszy idea improwizacyjnego kształtowania form w oparciu o jakości czysto brzmieniowe. Najodważniejszym i najbardziej konsekwentnym jej ucieleśnieniem, choć niekoniecznie najbardziej interesującym, jest właśnie płyta duetu Wirkus / Moretti.

Para perkusistów działa tu poniekąd wbrew naturze samych instrumentów (a raczej na przekór naszym przyzwyczajeniom) zawieszając „na chwilę” ich rytmiczną funkcję. Prowadzi to, paradoksalnie, do ponownego odkrycia piękna i głębi zmarginalizowanego przez muzykę klasyczną i strywializowanego przez muzykę rozrywkową wolnego brzmienia perkusyjnego. Instrumentaliści rezygnują więc z dźwięków niecodziennych, niekonwencjonalnych na rzecz tych pozornie dobrze zadomowionych w naszej wyobraźni. Umieszczają je jednak w niezwykle odświeżających kontekstach fakturalnych i strukturalnych (do najciekawszych okazuje się należeć… cisza). Zmusza to słuchaczy do spojrzenia na nie pod mniej znanym kątem i w pełni świadomego ich „usłyszenia”. Talent do nowatorskiego naświetlenia „oczywistego” materiału zdaje się być, swoją drogą, przejawem specyficznej wrażliwości brzmieniowej właściwej dla twórców „nowej elektroniki” (i takimi bowiem ścieżkami obaj panowie podążają).

Nagranie składa się z autorskiego wyboru fragmentów wolnej improwizacji, która miała miejsce w warszawskiej (śp.) Galerii Off w ramach cyklu djazzpora. Wspominam o tym nie przez przypadek, gdyż etap selekcji odegrał tu być może równie istotną rolę, co etap nieskrępowanej dźwiękowej kreacji. Generalnie Wirkusowi i Morettiemu udało się wykroić całości o przejrzystej i przekonującej formie ukształtowanej w oparciu o kontrasty brzmieniowe, dynamiczne i agogiczne. Zdarzają się odcinki mistrzowsko nawarstwianego i rozładowywanego napięcia, intrygujące zmiany kierunku rozwoju akcji muzycznej oraz jej zawieszenia. Bywa jednak i tak, że energia rozpływa się bezpowrotnie, a słuchacz odnajduje się nagle w pustej przestrzeni dźwiękowej tapety. Ryzyko nieodłącznie towarzyszące intuicyjnym poszukiwaniom „brzmieniowej prawdy”...

         

            Urządzać poczęła ta podejrzana menażeria potajemne spotkania, by na owych  sabatach oddawać się wstrętnej rozpuście.

 

Łódź Kaliska (1kg 002)

 

To zdecydowanie najsłabsza płyta 1kg Records, nijak zresztą mającą się do estetyki wyraźnie zdefiniowanej przez pozostałe albumy. Wiem skądinąd, iż sama Dyrekcja traktuje ów wybryk „z przymrużeniem oka”. Rejestracja koncertu stowarzyszenia artystycznego Łódź Kaliska , który odbył się w lokalu o tej samej nazwie, obejmuje dziesięć bardzo różnej jakości utworów rozrywkowych (dziewięć piosenek z tekstem oraz jedna „piosenka bez tekstu”). Cele czysto artystyczne zostają ewidentnie wchłonięte przez kabaretowo-towarzyski wymiar wydarzenia.

Łódź Kaliska to językowa i dźwiękowa orgia przedstawicieli różnych pokoleń, których połączyła powszechna dziś perwersyjna tęsknota za złotą epoką lat osiemdziesiątych. Tym razem nie dotyczy ona jednak ucisku politycznego, biedy i społecznego solidaryzmu („...bo wtedy ludzie się jeszcze kochali” – fragment „konfenansjerki” Marcina Świelickiego), lecz muzycznego prowincjonalizmu pod postacią tak zwanej zaangażowanej muzyki rockowej. Nieco dźwiękowej szlachetności wnosi udział znakomitych instrumentalistów jazzowych (poza Trzaską także trębacza Ziuta Gralaka).

Najciekawiej wypada niewątpliwie zespół Oczi Cziorne, a to dzięki niebanalnym aranżacjom prostych kompozycji (przepiękne frazy fletowe) przyprawionych szczyptą śmielszej jazzowej harmonii. Zaskakująco dobrze brzmią Świetliki. Studyjne albumy zespołu drażnią prymitywnym gitarowym brzmieniem, wzbogacanym gdzieniegdzie pretensjonalnymi aranżacyjnymi sm(a/y)czkami. Koncert ujawnia jednak wrażliwość muzyków na walory wyrazowe gitarowych riffów oraz ich „naturszczykowski” talent improwizatorski. Wszystko  to, wraz z deklamatorsko-aktorską charyzmą lidera, czyni z Freedom (prosta piosenka reggae z ekstrawaganckim, choć niezbyt wyrafinowanym tekstem) surrealistyczną opowieść o psychodelicznych wakacjach w mroczno-śmiesznych zakamarkach podświadomości Świetlickiego. Resztę albumu wypełniają niestety pseudoprowokacyjne, operujące na poły kloacznym humorem i najzwyczajniej w świecie niemądre pieśni „barda”, Jacka Bieleńskiego, z adekwatnym knajpianym akompaniamentem zespołu 131 Metrów. Udział w koncercie „na żywo” mógł być intrygującym doświadczeniem, obcowanie z jego dźwiękowym dokumentem potraktowałem jako przykrą konieczność...

 

            To tyle. Wnioskuję niezwłoczne podjęcie działań w celu usunięcia gangreny toczącej zdrową, do niedawna, tkankę społeczną naszego miasta.

 

Oficyna Kilogram Records utworzona została przez Aleksandrę oraz Mikołaja Trzasków w grudniu 2001 roku. Wydała dotychczas siedem, skomentowanych powyżej, albumów. Plany nagraniowe obejmują: album Unforgiven North tria Trzaska/Friis/Uuskyla (listopad 2004); projekt Andruchoid  (Jurij Andruchowycz czyta swoje wiersze do muzyki Trzaski, Mazolewskiego i Morettiego); rejestrację koncertu z klubu Loft w Kolonii (Mikolaj Trzaska, Johannes Frisch, Paul Wirkus); studyjny album formacji Łoskot.

 

                                Artykuł dostępny również na witrynie Diapazon






O nas | Czasopismo | Galeria audio | Forum | Polecamy | Punkty sprzedaży | Kontakt
Sponsorzy | Reklamodawcy | Informacje dla autorów | Prenumerata