Podczas wojny zamień się w słuch

Lubow Morozowa / 28 mar 2022

Dwudziestego drugiego czerwca,
Równo o czwartej godzinie
na Kijów bomby zrzucili, nam ogłosili
że rozpoczęła się wojna.

Te wersy w Związku Radzieckim znali wszyscy. Jedna z niewielu szczerych, a przy tym nie uroczystych pieśni została stworzona w pierwszych dniach tak zwanej „wielkiej wojny ojczyźnianej” przez poetę Borysa Kowyniewa. Właściwie to napisał jej słowa, które opierały się na melodii nowego walca Błękitna chusteczka. W ZSRR jakoś nie po drodze było pamiętać, że Sinyj płatoczek to dzieło dwóch Polaków – Jerzego Petersburskiego (melodia) i Stanisława Laudana (słowa). Oba warianty – Sinyj płatoczekDwudziestego drugiego czerwca śpiewały nam babcie zamiast kołysanek, dlatego też z dzieciństwa znaliśmy dokładną datę inwazji nazistowskiego lotnictwa na ZSRR. 

Kiedy wywiad wojskowy Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii dostarczył nam wieści o tym, że rosyjskie czołgi jeżdżą wzdłuż i wszerz całej linii granicznej, oczywiście przejęliśmy się, ale jednocześnie nie wierzyliśmy w nieuchronność wojny. Kiedy Zachód zaczął nam podawać daty prawdopodobnej inwazji – najpierw 16., później 18. lutego, próbowaliśmy żartować. Ale na własny użytek wszyscy wybrali datę 22., znając skłonność rosyjskiego rządu do symbolizmu. Dlatego też, Rosjanie podobnie dodali jeszcze jedną dwójkę: 22+2 02 2022. I, jakżeby inaczej, 4 rano. 

Spaliśmy w swoim podmiejskim domu pod Kijowem, kiedy zabrzmiały pierwsze wybuchy. Zegary wskazywały około 4:30, gdy doszło do eksplozji w sąsiednim Wasylkowie, po tym jak pojawił się tam samolot wojskowy. Jak się okazało, wystrzelono pierwsze rakiety. „Wojna się zaczęła” – pomyślałam z jakąś dziwną ulgą, która w odróżnieniu od trwożnego oczekiwania natychmiast przynosi spokój i koncentrację. 

W czasie wojny głównym z pięciu zmysłów człowieka jest słuch. Ty sam dosłownie przeistaczasz się w jedno wielkie ucho. 

24 lutego wielu z nas najpierw usłyszało, jak wyją syreny. Mieszkam w pobliżu naukowo-inżynieryjnego centrum Obróbki Materiałów Wybuchowych Instytutu Spawalnictwa Elektrycznego. W czasie pokoju w każdy dzień, niejeden raz z poligonu dochodził dźwięk ostrzegawczej syreny, po którym dźwięczał alarm. Poza tym w moim dzieciństwie jeszcze dziesięć lat po awarii Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej trenowano nas jak prawidłowo padać na wypadek wybuchu jądrowego (chociaż byliśmy jeszcze dziećmi, rozumieliśmy bezsensowność tego pomysłu) i wbiegać do szkolnej piwnicy przy dźwiękach szkolnej syreny. Ale w dużym mieście syreny nie brzmią ani trochę tak, jak w szkole czy na poligonie. 

W Kijowie znajduje się około 150 syren rozmieszczonych na dachach przedsiębiorstw. Ich system nie jest aktualizowany od 50 lat, dlatego buczą kropka w kropkę jak w czasie II wojny światowej. Znajdźcie mi szaleńca, który może uwierzyć w realność wojny! Charakterystyczne wycie syreny wydawane jest bowiem dzięki napędzaniu większych kół zamachowych silnikiem elektrycznym. Sygnał powszechnej trwogi – to długi dźwięk (co najmniej minutowy), który powtarza się 2–3 razy. Po usłyszeniu go należy udać się do schronu. Syreny nie zdążą się włączyć w przypadku uderzenia rakiety. Pojawienie się tych dźwięków zwiastuje nalot. W Kijowie od wycia syren do uderzenia mija 10–30 minut. W tym czasie należy czym prędzej zejść do parkingu podziemnego lub stacji metra.    

Wypytywałam moich przyjaciół-muzyków o ich reakcje na dźwięki syren. Najczęściej mówili mi o tym, że z czasem ten dźwięk przeszedł ze sfery realnej w urojoną (fantomową), prześladując cię wszędzie. Wiolonczelista Witia Rekało podzielił się ze mną wspomnieniem wykonawczym:

„W październiku ubiegłego roku graliśmy na festiwalu w Grazu Kwartet smyczkowy Igora Zawgorodnego [kompozytora i skrzypka młodszej generacji – LM]. Były w nim bardzo realistyczne przedstawione dźwięki syren, starannie pracowaliśmy nad tym, żeby były autentyczne i podobne. Syreny we wszystkich rejestrach, jeden bolesny klaster. Kiedy teraz słyszysz syrenę, to tak, jakbym czuł ją pod palcami i to jest jakaś schiza”

Kijowskie syreny alarmowe, fot. unsplash.com

Rozmieszczenie syren w Kijowie jest rozmaite: w nowych mikrodzielnicach nie wszędzie je znajdziesz, większość ulokowano w centrum. Kiedy dźwięk syreny odbija się od domów, zniekształca się podobnie jak załamanie wiązki. Przerażające, ale jednocześnie hipnotyzujące. Zarazem kilkoro moich znajomych wskazało, że wydaje się, jakby sama ziemia jęczała. 

Eksplozje i działania artylerii – to dźwięki, które słyszalne są także w dzielnicach, gdzie toczy się naziemny bój. Już w końcu drugiego tygodnia wojny całkiem dobrze je klasyfikowałam. Przeciągły chrobot ze świstem – to rakiety. Najczęściej rakiety uderzały wcześnie o poranku: bombardowały lotnisko, skład z amunicją (przez pewien czas silnie detonował) i bazę paliwową. Ostatni – dwukrotnie, dlatego nad miastem dwukrotnie powstawał słup czarnego dymu. Ale nawet ten czarny grzyb w powietrzu tak nie przerażał, jak same dźwięki. 

Dźwięki lotnictwa wojskowego nie są podobne do cywilnego. Helikoptery i myśliwce przemieszczają się szybko i nisko, niemal zahaczając o dachy domów. Dźwiękowa fala jak gdyby była oddzielona od samego obiektu: słychać, że przecina on powietrze w jednym punkcie nieba, a potem wdziera się w pole widzenia w zupełnie innym miejscu. Dźwięki lotnictwa i rakiet są najbardziej niepokojące i ze swojej natury, i z powodu przeczucia nieuchronności tego, co ze sobą niosą: najwięcej śmierci i zniszczeń nadchodzi z powietrza.   

Kiedy wzmocniła się walka ze strony żytomierskiej trasy, nauczyłam się rozróżniać na słuch również środki obrony przeciwlotniczej. Są niczym salutujące salwy albo wiązka petard. Kiedyś były atrybutami wszelkich świąt i uroczystości. Teraz okazują się dźwiękowym symbolem tego, jak ukraińskie siły obronne strzegą nieba nade mną. W takim oto momencie działania OPL słyszałam prawie cały czas – w dzień, w nocy. I wszystkie one mnie na tyle uspokajały, że udawało się nawet pospać. Wtedy nie budziły dźwięki rakiet, prawdziwe czy urojone. 

Dźwięki urojone – to taki bagaż, który my zabieramy z sobą nawet podczas ewakuacji. Często wysypiam się dzięki szmerowi gąsienic czołgów, chociaż w rzeczywistości słyszałam je tylko podczas defilad. Oddalone dźwięki pojazdu przypominają działania artylerii, od zgrzytu hamulców pojazdów na ulicy, którą uciekasz, jak od pocisków. Ale nadal najbardziej niszczycielskim zjawiskiem jest cisza. 

„Zaduszone, skryte w ciele człowieka dźwięki” – tak mi opisuje wojnę wokalista i reżyser operowy Anton Litwinow. – „Człowiek bierze dźwięk dowolnej głośności i stara się go w sobie ukryć”. 

Gitarzysta-improwizator Dima Radzieckij mówi, że wojna zmieniła jego pogląd na to, co wcześniej nigdy nie zwracał uwagi: zawodzenie wiatru na pustych ulicach przez szczeliny domu. 

Pracownica charkowskiego muzeum literatury Tania Pilipczuk mówi: „Boję się ciszy”. I, znajdując się w mieście, gdzie według oficjalnych obliczeń zniszczono co najmniej 600 budynków, hardo oznajmia: „Tutaj nie przestają wybuchać niskiej jakości chińskie petardy”. Żeby wróg nie otrzymał żadnej informacji o lokacji lub dyslokacji ukraińskich wojsk, wszystkie kontakty utrzymujemy w wiadomościach pisanych ezopowym językiem metafor.  

„W mojej pamięci pozostają wystrzały rakiet nad Osokorkami [jedna z dzielnic lewobrzeżnego Kijowa – LM]. Dźwięk, którego wcześniej nigdy nie słyszałem i go sobie nie wyobrażałem, czerwono-czerwonawe niebo, dźwięk i światło, marzenie Skriabina, kurwa, a jeszcze stopniowe oswajanie wszystkich detalów buczenia syreny, i masochistyczna przyjemność czerpana z tych glissów, i myśli, jak by to przedstawić środkami orkiestrowymi, wszystko to w czasie nerwowego zejścia z ósmego piętra po schodach, z których nie korzystałem od 15 lat” – pisze do mnie kompozytor i wiolonczelista Zoltan Ałmaszy. „Nieprawdopodobne różnicowanie, rozłożenie na atomy całego tego białego szumu, towarzyszącego naszej codzienności… (Dokładnie tak, dokładnie tak należy słuchać akademickiego noiseu, koleś, w końcu, w końcu to pojąłeś?)”. Zoltan wrócił teraz do matki do Lwowa, musi jej pomóc i okazać wsparcie. W pobliżu ich mieszkania znajduje się zawsze ruchliwa ulica, z wysokim poziomem hałasu w dzień i w nocy. „Ale teraz tutaj jest CISZA, która dzwoni i jest tak głośna, że zasnąć przy niej w żaden sposób nie można” – zakończył. 

Charków, 17 marca. fot. www.dsns.gov.ua

O duszącej ciszy, jak o zwiastunie wojny mówi bandurzysta-improwizator Wołodia Wojt:

Taką ciszę słyszałem w nocy przed wojną. Kilka godzin przed ustanowieniem stanu wyjątkowego [który nie mając czasu naprawdę się zacząć, niedługo później przeobrazi się w stan wojenny – LM], ludzi już prawie nigdzie nie było. Po raz pierwszy zupełnie nie słyszałem sąsiadów. Ani dźwięku, ani cienia życia. Żadnych pralek, telewizorów, nikt nie chodził po korytarzu, nie jeździł windą i nie trzaskał drzwiami na piętrze. Jakby cały świat zamarł, zastygł słuchając i nie życzył sobie czegoś usłyszeć. I tak było za jakieś 3-4 godziny do początku…

Później były eksplozje, samoloty, słyszałem rakietę, która przeleciała gdzieś nad naszym domem i uderzyła w wieżę telewizyjną. Irpień i Bucza są położone bardzo blisko nas, i jeśli pójdziesz na najwyższe piętro – walkę masz jak na dłoni. Jedyny raz leciały Grady i to było straszne, bo one, w odróżnieniu od samolotu albo rakiety, huczały długo, a nie tylko przez chwilę. Rozlegały się dźwięki paniki i syreny, które powiadamiały, że czas się ukryć. Ale wszystkie te dźwięki nie były takimi, które by przeszywały do bólu. Tylko przerażały. Jeden raz, kiedy wiele godzin stałem w kolejce do supermarketu, nad naszymi głowami zestrzelono jakiś bezzałogowiec, mocno trzasnęło, wszyscy aż przysiedli. Ale te dźwięki się zapomina. Następne – to schron przeciwlotniczy. Głosy dzieci, które nie spały i chodziły za rękę z rodzicami. Budziły się i płakały. Chrapanie w schronie, jak w płackarcie [w wagonie z miejscówkami – AP] z poprzedniego życia. Zwierzęta domowe. Miauczenie maleńkiego kotka.

Głosy dzieci – to coś, co wszystkim uchodźcom stale towarzyszy w tle. Kompozytorka Wita Polewaja 11 godzin stała w kolejce na granicy z Polską podczas ewakuacji. Razem z nią czekała kobieta z pięcioletnią dziewczynką, i ta przez cały czas powtarzała: „Mamo, ale ja przecież jestem mała, dlaczego muszę tak cierpieć? Za co małe dzieci muszą tak cierpieć?”. Trzykilometrowa kolejka na granicy przypominała morze i żyła zgodnie z jego prawami. Pogranicznik regularnie krzyczał: „Przygotować się!”, jego komenda wiązała się nie tylko ze słowami, ale też z szuraniem. Przechodzenie – przenoszenie toreb krok naprzód – i znów zastyganie, do następnej fali. Westchnienia na płacz dzieci. „Ale ja przecież jestem mała…”. I już po przejściu granicy stołówka dla uchodźców. Mały chłopiec, któremu podano jabłko. A on odmawia. „Moja babcia jest w Mariupolu, ona głoduje, czy ja mogę sobie dogadzać?”. Wnuczek, który z poczucia solidarności z babcią nie może dogadzać sobie smacznym posiłkiem…

Ja także ewakuowałam się ze swoimi dziećmi, choć zwlekałam z tym ponad dwa tygodnie. Jakaś wewnętrzna kotwica nie pozwalała mi zostawić swojej ziemi. Ale później przeważyły zgroza i strach o dzieci. Urojone dźwięki wojny zabraliśmy ze sobą. Obok nas – lotnisko, kolej i bruk. Niekiedy podskakiwałam na krześle z powodu nowych dźwięków. Ale częściej borykając się ze snami, w których pojawiają się one – czołgi. Szurają gąsienicami, których dobrze nigdy nie słyszałam, i strzelają do mojego domu. A ja mam tylko nadzieję, że moje dzieci nie widzą moich snów. 

 

Tłumaczenie z języka rosyjskiego: Agata Pasińska