Jamming in Kingston

Dariusz Brzostek / 30 Kwi 2019

Mój wyjazd na 6th Global Reggae Conference Reggae Innovation and Sound System Culture II przebiega stopniowo, w wielu fazach. Kiedy organizatorka tego wydarzenia, Sonjah Stanley Niaah, przysyła mi zaproszenie do udziału w obradach, nie jestem do końca przekonany, czy opanuję rzecz logistycznie – tak aby mój udział nie zakończył się na siedzeniu w sali konferencyjnej, lecz pozwolił mi także poczuć jamajskie wibracje bardziej bezpośrednio, co wcale nie jest takie proste. Wreszcie, dzięki wsparciu kilku osób, cała rzecz dochodzi do skutku i ostatecznie mogę wyruszyć w drogę do Kingston. Najpierw jednak trafiam do Londynu, gdyż stąd najprościej odlecieć na Jamajkę. Nocuję w mikroskopijnym pokoju, w niewielkim hoteliku z widokiem na monumentalny, „gotycki” lub „steampunkowy”, jak kto woli, budynek Battersea Power Station znany doskonale z pamiętnej okładki płyty Pink Floyd Animals. Nie śnię jednak ani o psach, ani o owcach i świniach.

Rankiem następnego dnia melduję się na lotnisku, by ruszyć w kierunku Kingston. Na pokładzie szybko orientuję się, że lot przybierze formę „wesołego samolotu” podobnego tym, którymi zdarzało mi się podróżować na wakacje w towarzystwie rodaków. Tutaj w ogonie tworzy się spontanicznie klub popijaczy whisky, hałasujących i śpiewających aż do lądowania, gdy stewardessa nie bez trudu sadza najbardziej opornych na miejsca i przypina ich pasami bezpieczeństwa. Siedząca obok mnie pani, wracająca na Jamajkę po kilku latach nieobecności, wyjaśnia mi przepraszającym tonem: „Wioskowi Jamajczycy są głośni i lubią się zabawić. Ale w Kingston są zupełnie inni ludzie”. Następnie pyta mnie o powód wizyty na wyspie, a poznawszy go, życzy mi powodzenia i błogosławi mnie, mówiąc, że jeśli tylko zachowam skupienie i wewnętrzny spokój, wówczas Bóg, aniołowie i moi czcigodni przodkowie wesprą mnie, kierując siły kosmosu przeze mnie a mój referat z pewnością wypadnie dobrze. Uspokojony i pobłogosławiony zapadam w drzemkę.

Pierwsze minuty na lotnisku Normana Manleya w Kingston uczą mnie, oczywiście, transkulturowej cierpliwości oraz wystawiają na próbę moją zdolność unikania stereotypów. Odprawa wizowa ciągnie się niemiłosiernie, stoimy pokornie w monstrualnie długiej kolejce do kilku czynnych okienek. Wszyscy zmęczeni, wszyscy niecierpliwi, wszyscy zgodnie podenerwowani. Stoi się, czeka, nawiązuje przelotne znajomości, prowadząc zdawkowe rozmowy, których głównym tematem jest stanie i czekanie. Zewsząd dobiegają westchnienia oraz słowa, zatopione w potoku jamajskiej mowy, która jest nieśpieszna, rytmiczna i zniewalająca. I to ona właśnie przynosi moment wytchnienia i rozładowuje dość napiętą sytuację, gdy nagle, tuż za mną, starszy pan wyraźnie poirytowany ciągnącą się w nieskończoność odprawą intonuje rytmiczną frazę: Slow and stop. You can’t speed it up…. I raz jeszcze, i jeszcze raz:

Slow and stop,

you can’t speed it up,

and slow and stop,

you can’t speed it up,

and slow and stop,

you can’t speed it up….

 

W pewnym momencie z głębi kolejki dobiega nas skandowanie: Yeh man! Yeh man! Thats right! To inny staruszek włącza się spontanicznie w ten talkover, któremu szybko zaczyna towarzyszyć rytmiczne klaskanie części oczekujących. Twarze w kolejce stopniowo pogodnieją, funkcjonariusze celni spoglądają na nas z uśmiechem. Mam wrażenie, że panie w punktach odprawy stemplują rytmicznie. Czas zdaje się powoli przyśpieszać…

W hali odpraw, w której nikt nie oczekuje na przybywających, albowiem wszyscy zgodnie siedzą na wygodnych ławeczkach przed lotniskiem, zażywając wieczornego chłodu, odbieram kolejną lekcję nieulegania kulturowym stereotypom. Oto bowiem pierwszą piosenkę Boba Marleya (Jammin) słyszę z lotniskowego radiowęzła już kilka minut po odprawie, zaś pierwszy powiew ganji dociera do mnie wraz z podmuchem wiatru, gdy siadam na krzesełku dla oczekujących przed frontowym wejściem do Norman Manley Airport. Mam przed sobą ponad półtorej godziny do umówionego transferu z lotniska, wyjmuję więc rekorder, słucham przez słuchawki i rozkoszuję się ciepłym wiatrem w połowie lutego. Co wciąż nie wyzwala mnie spod władzy stereotypów.

Do hotelu w uniwersyteckim kampusie zawozi mnie Austriaczka mieszkająca w Kingston od jedenastu lat, gdyż, jak przyznaje z uśmiechem, po latach tułaczki po świecie odnalazła tu „Peace in heart”. Żyje z turystów, którym wynajmuje apartamenty w górnej, bezpiecznej dzielnicy miasta. Jest po zmroku, jedziemy przez Downtown, najbiedniejszą i najniebezpieczniejszą dzielnicę w mieście. Ulice są puste, sprawiają wrażenie spokojnych i przytulnych, ale to zwodnicze, bo – jak powiada moja przewodniczka – to właśnie tu zginęła w strzelaninach większość jamajskich policjantów. A przecież wokół mnie rozpościerają się dzielnice, jakie widywałem wielokrotnie w różnych miastach na świecie, w tym w wielu polskich. Niemniej słyszę, żeby po zmierzchu (czyli po 18:00) nie wychodzić samotnie na ulice, poza kampus, a szczególnie w kierunku centrum. Na wzgórzach Mona, dokąd zmierzamy i gdzie mieszczą się dzielnica willowa i uniwersytet, jest podobno bezpieczniej, ale wcale nie bezpiecznie. To dlatego, tłumaczy Austriaczka, że większość studentów jest na tyle zamożna, iż posiada laptopa i komórkę. Dlatego często bywają napadani i okradani… Samochodów kradnie się tu ponoć tyle, że przy wjazdach na bezpłatne parkingi rozdaje się kierowcom specjalne bileciki, by było wiadomo, że wyjeżdżają z nich samochodem, którym uprzednio wjechali. Nie dziwi mnie zatem fakt, że na uniwersyteckim parkingu wita nas pokaźnych rozmiarów tablica informacyjna głosząca wprost: „Kierowco, parkujesz tu swój samochód na własną odpowiedzialność”. A jednak moja przewodniczka – w zaawansowanej ciąży – opowiada to wszystko z uśmiechem i dość beztrosko: „Ot takie życie. Nie ma się czym specjalnie przejmować. Owszem, ukradli mi tu raz torebkę, ale w Europie regularnie okradali mnie pracodawcy, nie płacąc nadgodzin…”.

Pierwszej nocy śpię tak sobie – dłuższy czas niepokoiły mnie dziwne trzaski rozlegające się w pokoju. Nie byłem pewny – za oknem czy wewnątrz – a w ciemności nie byłem w stanie stwierdzić, co jest ich przyczyną. Zwierzę, ptak, jakiś owad drążący cierpliwie kolonialny, drewniany stolik? Zasnąłem w końcu, lecz hałasy pozostały całkiem nieoswojone. Drugiego dna dopada mnie nadmiar wrażeń. Ruszamy bowiem – towarzyszy mi rosyjska etnolożka – na zaplanowaną wcześniej wycieczkę do Kingston z lokalnym przewodnikiem, aktywistą fundacji odzyskującej miasto dla jego mieszkańców. Chłopak żyje z tego, że oprowadza turystów po niebezpiecznych (to rzecz jasna pojęcie względne) dzielnicach, w których się wychował, ale okazuje się też edukatorem społecznym wspomagającym lokalne inicjatywy, więc prowadzi nas tam, gdzie możemy zostawić trochę pieniędzy dla ludzi prowadzących programy typu: „wegetariańskie śniadania dla uczniów”, „ogród warzywny pośrodku betonowej pustyni” etc. Miejsca w downtown sprawiają wrażenie nieprzyjaznych, mamy mieszane odczucia. Niekłamana życzliwość większości spotkanych osób kłoci się nieco z nerwową atmosferą, którą spiętrza widok chorych, żebrzących ludzi oraz wychudzonych, bezpańskich psów włóczących się ulicami. Jak się niebawem dowiadujemy problem z turystyką w Kingston polega na tym, że jego największe atrakcje (studio Tuff Gong, dom rodzinny Boba Marleya w Trenchtown, ośrodki ruchu rastafari, kluby taneczne i potężne sound systemy) znajdują się w ubogich, niekiedy zgettyzowanych dzielnicach, do których biura podróży boją się wozić turystów, a samotnie niemal nikt się tam nie wypuszcza. Kiedy w domu Marleya (w którym jest bodaj siedmiu przewodników i ani jednego turysty poza nami) spotykamy nagle samotnego Japończyka, który trafił tam z książką typu „Atrakcje Kingston”, podążając ulicami według niewielkiej mapki – niemal wszyscy przyglądają mu się z mieszaniną podziwu i zdziwienia, a on sam sprawia wrażenie, jakby trafił na obcą planetę. Nasz przewodnik, nad wyraz kompetentny i opiekuńczy, dopytuje się nieustannie, czy czujemy się bezpiecznie, sugerując, że niektórzy jego klienci proszą o to, by jak najszybciej opuścić te dzielnice i udać się do bardziej oficjalnych atrakcji – jak muzeum Boba Marleya w górnej części miasta. W odpowiedzi Swietłana, ze spokojem rosyjskiego etnologa, mówi: „Prowadziłam kiedyś badania na Sachalinie, w miasteczku, w którym żyło około dwóch tysięcy mieszkańców. W tydzień zabili siedem osób, co daje jedną ofiarę dziennie”. Chłopak uspokaja się wyraźnie i spogląda na nas z sympatią i odrobiną szacunku. Nieco później dowiemy się od organizatorów konferencji, że średnia dla tych dzielnic Kingston wynosi pięć osób tygodniowo.

Po dwóch dniach i oswojeniu pierwszego klimatycznego i kulturowego szoku Jamajka, a w istocie jej stolica, jawi mi się jako miejsce dźwiękowych skrajności. Natura jest tu w większości bardzo cicha, jakby łagodna: podmuchy wiatru, szmer deszczu nad ranem, owady i ptaki – a wszystko rozpięte w dynamicznej skali między mezzo piano a pianissimo. Z kolei kultura, szczególnie zaś muzyka, są tu niezwykle głośne. Radioodbiorniki w samochodach, sound systemy przed klubami a nawet sklepami z odzieżą, występy artystów ulicznych – wszystkie one rywalizują pod względem emisji hałasu, przekrzykując się wzajemnie. Tak jakby użytkownicy owych dźwiękowych technologii starali się swą aktywnością gwałtownie podbić i skolonizować naturę z jej niepokojącą ciszą. Ale być może to właśnie ja myślę teraz na sposób nad wyraz kolonialny, nasłuchując dźwięków wyspy słuchem imperialnym – pełnym oczekiwań i stereotypów. W studiu Tuff Gong, w którym nagrano i wyprodukowano pokaźną część kamieni milowych muzyki reggae i dub (co jak słyszę wymawia się poprawnie „dob muuzik”) podejmują nas niezwykle gościnnie tuż przed zamknięciem zwiedzania, informując beztrosko, że jesteśmy dziś pierwszymi gośćmi. Przewodniczka prowadzi nas od sal prób, przez studio nagraniowe (gdzie bez problemu wpuszczają nas do pokoju, z którego możemy podglądać przez szybę i podsłuchiwać trwającą właśnie sesję – ktoś nagrywa dubową wersję Biblii) aż po tłocznię winyli, wciąż sprawną, choć przypominającą raczej niewielką halę maszyn lub lokomotywownię, niż sterylne laboratorium muzyczne. Ale przecież dub to alchemia, a nie medycyna, więc wszystko jest na miejscu. Zastanawiam się jednak nieustannie, czy można wyobrazić sobie Jamajkę bez dźwięków reggae? Stworzyć kolaż dźwiękowy, w którym nie byłoby ani reggae, ani w ogóle muzyki? I czy byłby to wciąż pejzaż dźwiękowy Jamajki? Ta myśl wraca do mnie podczas wystąpień konferencyjnych, gdy jeden z lokalnych prelegentów mówi: „Mamy słońce. Mamy plaże. Ale to mają wszyscy na Karaibach. My jednak mamy naszą kulturę. Mamy reggae. I to jest nasz skarb”.

***

Ów jamajski skarb jest zresztą przyczyną mojej podróży oraz powodem spotkania badaczy i muzyków z całego świata w kampusie West Indies University w Kingston. Szybko okazuje się, że konferencja ma – zgodnie z tytułem – charakter globalny, co owocuje zarówno organizacyjnym rozmachem, jak i globalnym zamieszaniem, rozładowanym jednak bez większego trudu przez sympatycznych organizatorów oraz rzesze studentów-wolontariuszy oferujących pomoc. Obrady startują 14 lutego i trwają trzy dni w sali uniwersyteckiego senatu, w morderczych maratonach od dziewiątej rano do siódmej wieczorem z przerwami na lunch. Wśród prelegentów znajdują się postaci niezwykle zasłużone dla badań nad kulturą karaibską i muzyką jamajską w ogóle, a reggae w szczególności, by wspomnieć tu tylko Kennetha Bilby’ego, którego referat otwiera konferencję i który był jednym z pionierów etnomuzykologicznych nagrań terenowych na Jamajce (zaczynał tu we wczesnych latach siedemdziesiątych). Bilby koncentruje się na własnych doświadczeniach związanych ze słuchaniem i nagrywaniem muzyki jamajskiej, skupiając jednak w tym bardzo subiektywnym punkcie widzenia transformację, jaka dokonała się wraz z awansem reggae z domeny karaibskiego folkloru do globalnego rynku muzyki pop. Awansem, oraz sukcesem, na który lokalna społeczność nie była przygotowana i którego nie potrafiła z powodzeniem zdyskontować, o czym przekonają nas koleje wystąpienia i debaty.

Oprócz Bilby’ego w Kingston zjawiła się rzesza badaczy z całego świata (z wyraźnym wskazaniem na Wielką Brytanię i uniwersytet w Birmingham, który jest współorganizatorem konferencji), prym wiodą jednak uczeni miejscowi ze swoimi znakomitymi kontaktami w świecie jamajskiej muzyki oraz dostępem do przepastnych archiwów dźwiękowych, których instytucjonalizacja i udostępnienie staną się jednymi z głównych tematów obrad oraz dyskusji panelowych. Wrażenie szczególne robią oczywiście zaproszeni goście, a wśród nich żywe legendy reggae i dubu: wciąż aktywny perkusista, Bongo Herman, jeden z pionierów dub poetry, Mutabaruka i ojcowie chrzestni jamajskiego brzmienia, dubowi producenci: King Jammy i Gussie Clarke oraz mocny, kobiecy głos nowego pokolenia – wokalistka Jah9. Debata na temat historii dubu z ich udziałem będzie zresztą najbardziej fascynującym wydarzeniem tej konferencji – także dlatego, że zabrzmią w niej wyraźnie, dalekie od bałwochwalstwa, głosy poświęcone miejscu kobiet w muzyce jamajskiej (nie tylko jako chórzystek, ale także liderek i producentek, z trudem przebijających szklany sufit lokalnego rynku muzycznego), praw autorskich do melodii i riddimów „pożyczanych” sobie przez kolejnych producentów oraz, rzecz jasna, pieniędzy, które nie zawsze trafiały tam gdzie powinny. Wszystkie te spory dowiodły jednak przy okazji, że jamajska kultura reggae to kultura żywa, nierozerwalnie związana z codziennym życiem Jamajczyków i przez nich samych traktowana jako dobro wspólne. Trudno się zresztą temu dziwić, gdy widzi się na ulicach Trenchtown kilkuletnie dzieciaki śpiewające szlagiery sprzed lat czterdziestu i pięćdziesięciu oraz żwawych sześćdziesięciolatków wybierających się wieczorem potańczyć tam, gdzie właśnie stawiają sound system.

Same obrady uporządkowane zostały wokół kilku głównych tematów, spośród których wymienić warto takie pola problemowe, jak: „Diaspora and New Genres”, „Innovation and Economics”, „Reading Reggae and Women”, „Reinventing Reggae” czy wreszcie wspomniane już „Archiving/Curating Jamaican Music”. Znaczna część referatów otwierała przy tym faktycznie intrygujące obszary badawcze, których osobliwość znikała, kiedy tylko dane nam było usłyszeć bardzo rzetelnie przygotowane sprawozdania z badań nad takimi kwestiami, jak choćby relacje kultury reggae z używkami i biznesem narkotykowym (cały obszar tzw. ganja studies); niedostrzegalne poza kontekstem macierzystym językoznawcze analizy związku gatunków muzyki jamajskiej z dialektami i żargonami; logistyczne i ekonomiczne zaplecze kultury sound systemów (od jej początków po współczesność) itd.

W kolejnych blokach wystąpień słuchamy m.in. referatów Monique Charles (Reggae Remix = Grime Time: Recontextualising Cultural Aurality through New Soundscapes) o jamajskich źródłach brytyjskiej sceny grime; Niela Scobiego (Sound Clashing in ‘The 6’: Placing Toronto Within the Black Atlantic) o związkach kanadyjskiego hip-hopu z afrokaraibską diasporą; Umiego Vaughana (As We Move: Dancehall Selectas, Social Discourse, and Spiritual Journeys) o tożsamościowym charakterze jamajskiego dancehallu czy Davida Aaronsa (Songs about Zion: The Impact of ‚Repatriation Reggae’ on the Rastafari Repatriation Movement to Ethiopia),  prezentującego wnikliwą analizę religijno-politycznych wpływów idei rastafari na nowe ruchy migracyjne. Obszernie reprezentowane jest pole problemowe związane z technologią oraz ideologią wpisaną w kulturę sound systemów, o których opowiadają m.in. Stefanie Alisch (Towards an Epistemology of Sound Systems) i Will Edmondes (Immersive Listening & the Irruptive Outside: The Exponential Legacy of Jamaican Sound System in the 21st Century). Swoje miejsce znajdują również językoznawcy, prezentujący niezwykle interesujące badania nad dwujęzycznością jamajskiej kultury muzycznej (Joseph T. Farquharson , Language Use in Jamaican Reggae Music and its Implications for the Concept of Diglossia). Wyczuwalna jest także obecność krytycznej myśli feministycznej, która podejmuje od pewnego czasu udane próby dekonstrukcji tradycyjnie patriarchalnej kultury Jamajki i subkultury reggae – możemy zatem wysłuchać m.in. referatów Anny Kasafi Perkins (Dolphin Curses Elephant: Masculinity in Jamaica Through the Lens of a Dancehall Feud) i Opal Palmer Adisy (Framing Desire: A Woman’s Self-fulfilment or Seducing the Man). Osobny blok stanowią, istotne z perspektywy organizatorów konferencji, głosy poświęcone metodom archiwizacji i upowszechniania muzyki jamajskiej – jako formy dziedzictwa kulturowego – poza czysto komercyjnym obiegiem bardzo często przechwyconym przez międzynarodowe korporacje, czerpiące zyski i niechętnie dzielące się wpływami z lokalnymi instytucjami kultury.

Wszystkie te tematy ujmowane w sposób dość konsekwentny z perspektywy cultural studies – tu wpływ brytyjski, szczególnie szkoły z Birmingham, był niezwykle widoczny. Pozwalało to badaczom dostrzegać napięcia między kulturą, ekonomią i polityką jako mechanizmami kształtującymi tożsamość muzyki jamajskiej na miejscu i w środowisku karaibskiej diaspory na świecie. W tym nurcie mieścił się także uroczysty, doroczny Wykład Marleyowski wygłoszony tym razem przez doktora Lesa Johnsona z Birmingham i poświęcony rozwojowi kultury reggae jako swoistej formy folkloru miejskiego, a także dyskusje panelowe, m.in. arcyciekawa debata: Sound System Crossroads: Analysis and Predictions from Owners and Operators, skupiająca się na istotnym dla znacznej części jamajskiego społeczeństwa pytaniu: „Czy da się żyć z reggae?”. Zwieńczeniem konferencji był także gościnny wykład znakomitego brytyjsko-karaibskiego malarza Denzila Forrestera, który w rozmowie z Julianem Henriquesem i Tao Leigh Goffe opowiedział o początkach swojej kariery, kiedy zajmował się malarskim dokumentowaniem działalności sound systemu Jah Shaki w Londynie. Te obrazy sprzed lat przywołują wspomnienia, ilustrując zarazem trwałość pamięci i ciągłość doświadczenia, które wykraczają daleko poza muzykę. I w ten właśnie sposób konferencja dobiega końca, głosy milkną a ich echa znikają między budynkami kampusu. Kiedy po obradach podchodzę do Kinga Jammy’ego – by chwilę porozmawiać i po prostu podziękować mu za muzykę, którą wyprodukował – pyta mnie skąd jestem. Kiedy odpowiadam, że przyleciałem z Polski, śmieje się i mówi: „Z Polski? Dwa tygodnie temu spotkałem Polaków. Wszyscy z Polski dziękują mi za muzykę. Czuję się bardzo doceniony w waszym kraju”.

Dzień przed odlotem spaceruję nieśpiesznie w okolicach uniwersyteckiego kampusu, podglądając i nasłuchując, jak toczy się życie. Z pobliskiego stadionu dochodzą odgłosy zawodów sportowych, w rozległym parku zrywają się miejscowe ptaki, burząc na chwilę jego spokój, nieopodal hałasują przejeżdżające samochody. Nigdzie nie słyszę reggae. Następnego dnia w drodze na lotnisko mijam raz jeszcze dzielnice Kingston, zanurzone teraz w rozleniwiającym upale popołudnia, ciche, milczące. Z samochodowego radia dobiegają mnie na przemian piosenki Petera Tosha i Barringtona Levy’ego oraz ewangelizujące nawoływanie jakiejś religijnej radiostacji, której DJ zwiastuje rychłą apokalipsę i powtórne przyjście Pana na tle niemilknących rytmów nyabinghi. W przerwach Tosh nawołuje Legalize It, a Levy deklaruje: Looking My Love. W hali odlotów panuje spokój, niemal wszyscy pasażerowie zmagają się z nadmiarem czasu, który dopada ich po odprawie. Kupiwszy obowiązkową paczkę kawy w bezcłowym sklepie, siadam na krzesełku obok starszej pani, emerytowanej pielęgniarki, pracującej od wielu lat w USA. Zabijamy czas rozmową: „Mieszkam teraz w Miami,” – mówi z uśmiechem – „na Jamajce pozostał mi dom rodzinny, w którym nikt już nie mieszka. Ale wracam do niego czasami, bo lubię sobie w nim posiedzieć”.

6th Global Reggae Conference Reggae Innovation and Sound System Culture II, The University of West Indies, Mona, Kingston, 13-16 lutego 2019.