Na bieżąco

Prasówka 17.12.18

Zapraszamy do nowej odsłony naszej cyklicznej rubryki, w której prezentujemy najciekawsze znalezione przez nas w internecie teksty dotyczące muzyki współczesnej oraz sound studies.

Redakcja / 17 Gru 2018

1.

Wydaje się, że niemal cała współczesna elektroniczna muzyka irańska prowadzi do postaci Ety Ebdekara, a jednym z powodów (m.in. obok jego wytwórni Zabte Sote, wydawanych kompilacji z muzyką irańską i międzynarodowej działalności producenckiej pod aliasem SOTE) jest festiwal SET, który już od czterech lat odbywa się w Teheranie. W podróż do stolicy Iranu zabiera czytelników Tom Faber, który w znakomitym reportażu dla Resident Advisor opisuje nie tylko samo wydarzenie, ale również narosłą wokół zróżnicowaną, choć wcale nierozproszoną lokalną scenę muzyki elektronicznej. Do tej zaś należą miejscowi pionierzy gatunku, jak np. trio Hesam Ohadi, Siavash Amini i Nima Pourkarimi, czyli współorganizatorzy SET, których wspólne wydawnictwo Spotty Surfaces z 2010 roku cieszy się nieoficjalnym tytułem „pierwszego elektronicznego albumu z Iranu”. Popytu w Teheranie z kolei nie brakuje, a mimo braku wsparcia rodzimych instytucji festiwal może liczyć na słuchaczy, wyprzedając rokrocznie większość koncertów. Wbrew obiegowym opiniom pozostaje jednocześnie wydarzeniem całkowicie legalnym, choć traktowanie praw człowieka w tej części świata rzecz jasna trudno w ogóle kojarzyć z kulturą klubową (ograniczeniom podlega m.in. taniec, zwłaszcza kobiecy, zakazany także w wirtualnej przestrzeni mediów społecznościowych). Z podobnych powodów nie sposób kupić materialnych nośników od Zabte Sote w kraju, którego muzykę promuje wytwórnia, a międzynarodowe zaproszenia na SET podlegają ścisłej cenzurze. Muzycy wychodzą trudnościom naprzeciw, jednak trudno nie zauważyć, że największa z nich od pewnego czasu ma wymiar ekonomiczny, a rekordowa inflacja w coraz większym stopniu odciska swe piętno na ich działalności.

https://www.residentadvisor.net/features/3370

 

2.

Nie możemy mentalnie opuścić Chin i naszego opasłego #34 i trochę mamy wyrzuty sumienia, że tak mało w nim było o muzyce klubowej. A że jest o czy pisać, udowadnia Josh Feola w tekście o scenie szanghajskiej dla „Dazzed Magazine”. Wszystko kręci się wokół klubu ALL, mieszczącego się w starym schronie lotniczym i utrzymanego w stylu cyberpunkowym, o czym opowiada producent Tess Sun aka Hyph11E. Dalej pałeczkę przejmują Wu Shanmin występująca jako 33EMYBW i jej partner Han Han, czyli GOOOOOSE, którzy zwracają uwagę na progresywność muzyki prezentowanej w tym miejscu.  Wypowiada się także Kilo Vee, założyciel labelu Genome 6.66Mbp oraz współzałożyciel ALL, podkreślając inkluzywność polityki klubu. Na koniec autor przepytuje młodą didżejkę i modelkę Xanthous Bee (łączącą modę i muzykę spod znaku hardsyle, electro, rave, grime i C-pop oraz kawaii) oraz producentów Eli Osheyacka, Tzusinga, Sonię Lai i Stellę Chung. Wszyscy pochodzą z różnych kultur – Vermont w USA, Tajpej, Londynu i Berlina – ale to w Szanghaju czują się najlepiej. Dużo linków, zdjęć i muzyki do nadrobienia.

http://www.dazeddigital.com/music/article/42375/1/shanghai-clubbing-all-club-djs

 

3.

Z Szanghaju przenosimy się do Berlina, gdzie z Florianem Meyerem rozmawiała Maya Baklava. Meyer, znany przede wszystkim pod pseudonimem Don’t DJ, to wszechstronny artysta, który w praktyce i teorii rozwija wątek „egzotycznych” nawiązań w muzyce, łączenia muzyki z polityką i filozofią, a do tego skutecznie ożywia swoimi setami muzyczne życie nocne – nie tylko Berlina. W rozmowie dużo miejsca zajmuje stosunek Meyera do dzisiejszego podejścia do muzyki obcych kultur i wyzyskiwania lokalnych muzyków, a to w kontekście jego najpopularniejszego chyba nagrania Authentic Exoticism. Siłą rzeczy w rozmowie pojawia się też wątek muzycznej równości – rasy, płci, klasy czy wieku. Bo czy poprzez filtrowanie muzyki przez te kategorie nie ograniczmy samych siebie w poznawaniu nowej muzyki? Jak twierdzi Meyer – czasem dobrze nie widzieć i nie wiedzieć, kto gra, jak wygląda, kim jest i skąd jest. Muzyk opowiada ponadto o swoich początkach djowania, inspiracjach znajomymi i nieznanymi dźwiękami oraz o tym, jak nocny Berlin ulega stopniowo muzycznemu przesyceniu i jak trudno dziś zaskoczyć i prawdziwie zadowolić nie tylko berlińską, ale w ogóle zachodnią publiczność.

https://en.tight.media/post/conversation-dont-dj

 

4.

W ostatnich dniach w sieci pojawiło się sporo wspomnień na temat zmarłego niedawno Pete’a Shelleya, lidera brytyjskiej grupy punkrockowej „Buzzocks”. Już dwa dni po śmierci artysty ukazał się też tekst autorstwa jednego z wiodących dziś badaczy post-punku, Simona Reynoldsa. Reynolds wspomina swoje pierwsze bezpośrednie zetknięcie z muzyką zespołu, pisze o jej początkach, o pierwszym spotkaniu Shelleya z Howardem Devoto i o tym, dlaczego „Buzzocks” byli „odmieńcami wśród odmieńców”. Shelley wyróżniał się na tle innych punkowców – śpiewał o miłości, dążył do zachowania maksymalnego autentyzmu grupy i swoistej, wielopoziomowej równości w muzyce i poza nią. Komponował „biseksualne” piosenki, chciał być traktowany na równi ze swoimi fanami, a sam określał się współczesnym, realistycznym romantykiem. Mimo tej specyficznie romantycznej osobowości w swojej solowej twórczości szeroko wykorzystywał możliwości muzyki elektronicznej i rozwijającej się coraz szybciej technologii. O tych i innych kluczowych aspektach działalności artystycznej Shelleya wspomina dla pitchfork.com Reynolds.

https://pitchfork.com/features/afterword/the-first-sensitive-punk-remembering-buzzcocks-pete-shelley/

 

5.

Tradycyjnie na koniec roku Culture.pl podsumowuje sezon w różnych  dziedzinach sztuki: o kompozytorskim topie Filipa Lecha już tu pisaliśmy, a teraz Bartek Chaciński podąża tropem kabli w syntezatorach modularnych. Pretekstem jest dlań serial HBO Ślepnąc od świateł i aż dziewięć godzin muzyki, którą na potrzeby ekipy przygotował Tomasz Mirt. Autor przepytuje muzyka z jego pasji do „modularów”, co staje się punktem wyjścia do wielu soczystych anegdot, jak ta o „eurocracku”. Następnie o swoich samoróbkach wypowiada się Wilhelm Bras, który wspomina też Roberta Piotrowicza oraz nowe nazwiska. Chaciński zwraca uwagę na rodzime firmy produkujące moduły na światowym poziomie (także Mirt działa w tym zakresie pod szyldem XAOC Services). W końcu artykułu jest mowa o albumie Exercises for Synthi AKS Solo Macieja Polaka, kolejnego w retrofali powrotu do analogowych instrumentów. Ale żeby nie było tak melancholijnie, mowa jest także o nadziejach i świeżynkach, w tym VTSS i Julku Płosce.

https://culture.pl/pl/artykul/gluchnac-od-syntezatorow

 

6.

Tak, wiemy, harlequinowa otoczka i tytuł rodem z „Cieni i blasków” mogą skutecznie zniechęcić do lektury nieco mniej wytrwałych. Mamy tu jednak całkiem zgrabnie zarysowane zaplecze twórczości Lou Harrisona – wpływy mistrzów (Harry Partch, Henry Cowell), fascynacja kulturą Wschodu czy związek z Williamem Colvigiem. Ten ostatni staje się osnową tekstu i pretekstem do wyłuskania wątku o ich dźwiękowo-konstruktorskiej współpracy, dzięki której wspólnie stworzyli amerykańską wersję jawajskiego gamelanu, zwaną przekornie Old Granddad (wykonana była z recyklingowych części, jak aluminiowe kosze na śmieci czy puszki po kawie). Na szczęście ta „niechlujna wersja na sterydach” nie pozostała tylko jednorazowym wybrykiem DIY obojga Amerykanów, a przerodziła się w dalsze, poważniejsze gamelanowe instrumentaria, połączone z eksperymentami Harrisona z jego ulubionym strojem naturalnym. W tekście czeka na nas jeszcze kilka innych, pikantnych ciekawostek (czy ktoś np. zna tytuł pierwszej otwarcie gejowskiej opery?). Przy okazji apelujemy o dużą dozę tolerancji na niegroźne potknięcia autora, jak choćby ochrzczenie Schönberga… Arturem :)

http://daily.redbullmusicacademy.com/2018/11/lou-harrison-bill-corvig-diy-instruments

 

7.

Na koniec przenosimy się do północnej Kalifornii, trawionej w listopadzie przez pożary, spowitej gęstym dymem unoszącym się nad lasami. Carolyn Beeler z Public Radio International sonduje rozmiar zniszczeń, ale nie tych materialnych, o których mówiło się najwięcej, ale szkód wyrządzonych naturze. Do rozmowy zaprasza Bernie’ego Krause, autora dźwiękowych pamiętników z najdalszych zakątków świata. Kronikarz przez ponad 50 lat nagrywał dźwięki ptaków i zwierząt – orangutanów z lasów deszczowych na Sumatrze, środkowoafrykańskie słonie, ptaki wędrowne na Alasce. W zeszłym roku ogień dotarł do studia Krause’go i strawił zgromadzone tam zasoby, obracając w pył taśmy oraz zeszyty z notatkami. Już wtedy dostrzegł w tym swoisty znak, może nawet ironię. Przez lata dokumentując, jak ludzie dewastują środowisko naturalne, jego nagrania zostały zniszczone przez pożary spowodowane zmianami klimatycznymi, które przypisuje się przecież działalności człowieka. W tym roku pożary powróciły do Kalifornii, przynosząc kolejne spustoszenia. Krause wsłuchując się w odgłosy natury, przewrotnie słyszy niewiele – świerszcze, które urządzały cowieczorne koncerty, teraz uparcie milczą, nie słychać też okolicznych ptaków. Depresyjna cisza towarzyszy mu coraz częściej, zwłaszcza gdy ponownie odwiedza miejsca, których audiosferę już raz nagrywał.

https://www.pri.org/stories/2018-11-20/lifes-work-goes-flames-audio-recordist-says-california-fires-are-extinction-whole

 

(ab, mp, jt, jz, wz)