Słowik na Patelni

Antoni Michnik, Joanna Zabłocka / 27 Cze 2019

28 czerwca w Warszawskim Pawilonie Zodiak otwiera się wystawa „Place. Instrukcja użycia”. Diana Lelonek, artystka najczęściej wiązana z bio artem, przygotowała na tę okazję we współpracy ze Stanisławem Łubieńskim (autorem m.in. książki 12 srok za ogon) pracę dotyczącą życia słowików na tzw. „Patelni” obok stacji Metro Centrum.  W pierwszym tygodniu czerwca wspólnie zaprosili wszystkich chętnych do zbiorowego słuchania śpiewu słowików tuż pod Pałacem Kultury, gdzie o tej porze roku nocami rozlegają się ich śpiewy.

W czwartek szóstego czerwca o godzinie 23 zebrała się grupa chętnych, aby wspólnie siedzieć na karimatach i słuchać dźwięków natury w środku miasta. Poniżej nasza redakcyjna relacja.

 

 

Od tekstu do tekstu, przeczytałem ostatnio na stronie „The Wire” o projekcie Davida Rothenberga improwizującego do muzyki słowików w Berlinie oraz o koncertach z cyklu Singing with Nightingalesoraz o konkursach ptasiego śpiewu w Azji Południowo-Wschodniej. Tymczasem Stanisław Łubieński podczas naszego wspólnego słuchania słowika mocno sugerował, że wywoływanie w ptakach śpiewu przez człowieka jest głęboko nieetyczne. Ptaki zaczynają śpiewać inaczej, zmieniają swoje melodie, a z nimi społeczne życie.

O tym, że „uczenie” ptaków „lepszego śpiewu” jest wysoce problematyczne, pisał już dla nas kiedyś Andrzej Frelek, wskazując na etyczne problemy instalacji from here to ear Céleste Boursier-Mougenota. Tymczasem, już kiedy wszyscy zgromadzeni na Patelni doczekali się słowiczego tria, występ się zakończył, a część z nas rozeszła – wtedy zaczęło się na nowo. Pod wpływem wysokiego tonu nastąpiła powtórka, która trwała bodaj dłużej niż sam występ zarejestrowany na użytek wystawy. A jaki dźwięk wywołał to poruszenie? Alarm pozostawionej bezpańsko elektrycznej hulajnogi. Można go teraz usłyszeć teraz we wszystkich miejscach Warszawy, to zdecydowanie „keynote sezonu”. Powtarzany wysoki ton zacząłem od tego czasu słyszeć wszędzie i coraz bardziej zastanawiam się, jakie konsekwencje ów wielki rozrost nowego środka transportu (którego osobiście nie hejterzę tak mocno jak co poniektórzy) ma dla zwierząt zamieszkujących wraz z nami miasta.

Ale oczywiście to tylko czubek góry lodowej – w moim rodzinnym Sopocie od lat sztuczny dźwięk ptasich głosów dobiega w wybranych miejscach z głośników, aby odstraszać inne ptaki. Przyznam, że mnie to autentycznie oburza. Oczywiście mamy też i inne przykłady – jak dizajn dźwiękowy służący spychaniu nietoperzy i ptaków z tras wiodących ku farmom wiatrowym.

Wytrawni varsavianiści pewnie zwrócą uwagę na to, że śpiew słowika dobiega już spoza samej Patelni. Jednak to właśnie to konkretne środowisko dźwiękowe było tej nocy punktem wyjścia do wspólnego cierpliwego wsłuchiwania się w pejzaż dźwiękowy w oczekiwaniu na początek koncertu. Fałszywe początki wyprowadziły nas na Plac Defilad i wodziły nami po nim wte i wewte, jednak zaczęliśmy faktycznie od Patelni – miejsca za dnia pełnego kroków, rozmów, ulicznych sprzedawców, muzyków i nabożeństw. O 23 wciąż silny był szum samochodów i przechodzących grup ludzi, ktoś ćwiczył skoki ze schodów na rolkach, co i rusz słychać było ciągnięte walizy na kółkach.

W zbiorowym słuchaniu zorganizowanym przez Lelonek i Łubieńskiego najbardziej ujęła mnie bezpośrednia realizacja idei poszerzenia tego, co uznajemy za doświadczenie muzyczne – bez konieczności żadnego „dodatku” w postaci jakichkolwiek ludzkich interwencji czy improwizacji. Łubieński jest znakomitym popularyzatorem tematyki i swobodnie wszedł w rolę nieformalnego konferansjera wspólnego oczekiwania na ptasie śpiewy (słowiki spóźniły się ok. 1,5 h, prawdopodobnie ze względu na upały). Najważniejsza była jednak jego wiedza o tym, że ptaki regularnie żyją na Patelni, że wedle kalendarza jest sens czekać na ich śpiew. Tyle mówi się od lat o pogłębianiu słuchania, a wciąż tymi, którzy i które nim rzeczywiście operują, są osoby znajdujące się co najwyżej na pobrzeżach świata muzyki współczesnej/eksperymentalnej czy sound artu – w tym m.in. ornitolodzy. Marcin Barski wspominał kiedyś o W. H. Hudsonie oraz Ludwigu Kochu: „Obaj nie stronią jednak od poświęceń – podróży, niewygód etc. – czyli w pełni oddają się pogoni za dźwiękami”.

Niedawno mediami społecznościowymi wstrząsnął nagłówek tekstu Wojciecha Karpieszuka, sugerujący trucie żab na terenie Mariny Mokotów ze względu na ich wiosenne rechotanie i kumkanie. Tekst był za paywallem, więc nie wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że jego treść nie dorastała do efektownego nagłówka. Sam artykuł został zresztą, mówiąc kolokwialnie, zaorany w krążącym później facebookowym poście. Oburzenie, jakie wywołał, sprawiło jednak, że zacząłem więcej myśleć o tym, co powinniśmy robić, jak reagować na podobne doniesienia. Czyż nie powinniśmy grupowo udać się nad te stawy, domagając się możliwości nausznego sprawdzenia, czy rzeczywiście nie doszło na terenie osiedla do sytuacji po prostu kryminalnej?

Warto zapytać, czy współcześnie nie powinniśmy być jak Hudson czy Koch w pogoni za dźwiękami w imię przyrodniczego aktywizmu? Nie po to, by je instrumentalizować, improwizować, urządzać konkursy, lecz by wsłuchiwać się w zachodzące wokół nas zmiany.

(am)

 

Nie jest przypadkiem, że tak dużo miejsca wśród rozmaitych (sub)kulturowych narracji o ptakach zajęło dwóch śpiewających czempionów, kanarek i słowik. Audiosferę awifauny nobilitują wszak najróżniejsze ujęcia: wokół odgłosów ptaków (wtórnie objawiających się w dźwięku – pieśniach) skupiony jest istotny rozdział mitologii ludowych, ukazanych ostatnio na wystawie Odloty w Państwowym Muzeum Etnograficznym w Warszawie. I szkoda tylko, że jest to wystawa całkowicie głucha, w końcu pierwsze z brzegu popularne wierzenia związane z kukułką czy wilgą, jak i – wbrew nazwie – birdwatching, w którym odbija się zaprezentowana kolekcja ptaków/oloidów, równoprawnie obok wizualności honorują słuch. Dalej – dźwięk symbolicznie przypieczętowuje supremację człowieka-hodowcy, czy to poprzez niewinną instrumentalizację koguciego piania, czy to już mniej beztroską (choć również darzoną sentymentem) – kanarków w kopalniach. Nadwrażliwe m.in. na tlenek węgla ptaki w niektórych miejscach jeszcze aż do 1986 roku alarmowały górników, inicjując pod ziemią swój łabędzi śpiew. Konające kanarki nie doczekały się frazeologizmu w pełni godnego ich smutnego losu – canary in the coal mine denotuje dziś skutki tyleż ambiwalentne, co dopuszczające nadzieję: poświęcenie w imię, ostrzeżenie w porę.

Zaryzykujmy tezę, że ptaków nie spotkałaby niesłychana fetyszyzacja, gdyby nie dźwięk – bodaj najwymowniej świadczą o niej nie tyle pojedyncze klatki w kolonialnych salonach, ile prężny od wieków przemysł ptasich zawodów, jak w przypadku popularnych we Flandrii walk zięb (Vinckensport). Ścigającym się o liczbę melodii na minuty lub godzinę ptakom nieraz ułatwić zadanie miało zasłonięcie pola widzenia (by zminimalizować rozproszenie). Niekoniecznie za pomocą zaciemnienia klatki – bardziej pechowi zawodnicy już na stałe koncentrowali się na dźwiękach.

Zostawmy jednak, na chwilę, wybrukowane kryminalnymi historiami piekło antropocenu. Ptasim językiem napisane zostały pierwsze rozdziały historii field recordingu, i mało który ptaszek namieszał w nim tak, jak zrobił to bohater czerwcowego koncertu pod kuratelą Diany Lelonek. 

2 sierpnia 1921 roku 42-letni nauczyciel liceum, Hans Duncker, wyruszył z domu w kierunku bogatych i ruchliwych ulic Bremy. Krępy, wąsaty i w okularach na nosie mężczyzna był już blisko katedry przy średniowiecznym rynku miasta, kiedy nagle stanął jak wryty. Przechyliwszy lekko głowę w jedną stronę, zamknął oczy i zaczął słuchać. I choć mijający go przechodnie nie szczędzili spojrzeń, Duncker dalej stał unieruchomiony. Gdzieś poza zasięgiem wzroku śpiewał słowik. Żaden słowik nigdy nie śpiewał w sierpniu i z całą pewnością nie w środku miasta.1

Choć pierwsze nagranie ptasiego śpiewu przypisywane jest Ludwigowi Kochowi (zawdzięczającemu swój wkład zamożnym rodzicom, którzy około 1889 roku sprezentowali 8-latkowi nowoczesny sprzęt), w annałach historii reprodukcji dźwięku zapisał się przede wszystkim Karl Reich. Bremeński hodowca ptaków podzielał odwieczny dylemat: łatwe do utrzymania w niewoli kanarki nie dorównywały w śpiewie niepozornym słowikom. Choć paradoksalnie z czasem niedoskonałość tego pierwszego gatunku stała się niejako walorem – hodowlanym wyzwaniem, motywującym właścicieli prześcigających się w sztuce trenerskiej – 20-latka odróżniła bezkompromisowość. Ani Waterslager, ani Harz Roller, ani inne gatunki dźwiękowo-programowanych kanarków nie powstrzymały go od dalszych, znacznie bardziej śmiałych eksperymentów.

Amatorskie eksperymenty na zwierzętach Reicha wytyczają punkt zwrotny w tym, czym stało się słuchanie ptaków. Nie jest dziś jasne, w jaki sposób zafascynowany słowikami samozwańczy ornitolog nakłaniał je do wejścia wprost do czary fonografu, niemniej w 1910 roku dał tym samym początek pierwszym nagraniom natury w dobrej jakości. Słuchalnej do tego stopnia, że efekty kojarzonej dziś z subkulturową zajawką praktyki podbiły światowy rynek, w 1924 roku znalazły się w partyturze Pini rzymskich Ottorina Respighiego jako pierwszy przykład inkorporacji nagrania do tekstu muzyki klasycznej, a w 2016 – za sprawą animatorskich starań stojącego za labelem Canary Records Iana Nagoskiego – zostały wysłane w kosmos. Uznany za godnego reprezentanta światowego dziedzictwa zapisany śpiew słowika ponownie posłużył jednak jako narzędzie.

Dlaczego warto wracać do Reicha? Bo to historia o druzgocących konsekwencjach podatności ptaków na dźwięki. Trudno ocenić, na ile nagrania słowików podszyte były fascynacją, a na ile chęcią usprawnienia swoistej modyfikacji genetycznej zwierząt. Obmyśliwszy lamarkistyczną metodę wychowywania piskląt kanarków ze słowiczym „trenerem”, Reich szybko napotkał problem krótkiego okresu aktywności głosowej słowików. Innowacyjna manipulacja dietą i temperaturą przyspieszała proces pierzenia się ptaków, zbierając krwawe żniwo kilka miesięcy po hormonalnej eksploatacji. Nie trzeba dodawać, że nie lepiej miała się sytuacja intensywnie parowanych kanarków, choć koniec końców hybrydyczny gatunek przyniósł Reichowi sławę. Podbiła ją współpraca z Dunckerem, który zdjęty estetycznym zdumienim na rynku w Bremie, sięgnął później po kolejny święty graal hodowców – czerwonego kanarka – nagłaśniając w latach 30. kolejne hasła z zakresu eugeniki.

*

Słowik u Lelonek śpiewa, by jednoczyć we wspólnym słuchaniu i flaneryzmie (środek tygodnia! północ!). Nadaje pozytywną dźwiękową tożsamość ikonosferze znanej z cynicznych tytułów à la „w centrum jest za mało billboardów”, budzi ze „snu szalonego cukiernika”, udomawia przedsionek metra. Ale tak jak za czasów Reicha i Dunckera, ciągle wodzi za ucho – kiedy przyszłyśmy na Patelnię, dobrych 15 minut ganiałyśmy za łozówką. Nie wiedziałyśmy, że gwiazdę wieczoru zapowiadał ptasi brzuchomówca – gatunek słynący z imitowania cudzych odgłosów. „Żaden słowik nigdy nie śpiewał w sierpniu i z całą pewnością nie w środku miasta”.

(jz)

 

 

 

  1. Tom Birkhead, The Red Canary. The Story of the First Genetically Engineered Animal, Basic Books, New York 2014, s. XV.