Unsound Festival 2019

Adam Skrzypkowski / 27 listopad 2019

W drodze do Krakowa sprawdzam na telefonie harmonogram Unsoundu. Przytłoczony nadmiarem proponowanych wydarzeń rezygnuję z zaplanowania sobie całego tygodnia. Zamiast tego sięgam po pastele i pisaki, by chwilę później sporządzić mapę festiwalu:

Mapowanie Unsoundu, rys. Adam Skrzypkowski

Po przybyciu na miejsce pokazuję rysunek pracownikom biura prasowego, którzy reagują śmiechem i mówią, że tak się właśnie czują, próbując to wszystko skoordynować. Następnego wieczoru, podczas mowy inauguracyjnej, dyrektor artystyczny festiwalu Mat Schulz podkreślił, że tegoroczna edycja jest największą w historii Unsoundu pod względem liczby wydarzeń. Oprócz występów muzycznych program zawierał także warsztaty, panele dyskusyjne, pokazy filmowe i wystawy, które prawie codziennie odbywały się od rana do wieczora. Bez przerwy na obiad.

Ogarnianie, rys. Adam Skrzypkowski

Na początku, niczym pilny uczeń, wstawałem wcześniej, żeby zjeść w pośpiechu śniadanie i pieszo udać się na poranne koncerty (paranoicznie zinternalizowałem wszechobecne na festiwalu ogłoszenia i ulotki o kryzysie klimatycznym, dlatego nie wybrałem taksówki). Widziałem drobne rysy i pęknięcia – w głowie świtały mi myśli: „dlaczego wracam zawsze późno i nie mam czasu uprać ubrań z papierosów?” (w miejscach koncertów palenie zabronione, ale wiadomo – wyjścia ze znajomymi palącymi). Festiwal to trochę wymagający szef lub rynek pracy, który nie myśli o śnie, o ciele, o tym, że ludzie, dla których te bilety są drogie, mogą czuć się niekomfortowo, próbując desperacko wszystko ogarnąć na czas. Po pewnym czasie zauważyłem, że niektórzy opuszczają część wydarzeń na rzecz dłuższego odpoczynku. Żeby wytrzymać fizycznie pięć imprez z rzędu, poszedłem w ich ślady i przehandlowałem poranne odczyty oraz panele dyskusyjne za dłuższy sen.

Później trochę tego żałowałem, ponieważ osoby, które najlepiej tematyzowały obecne napięcia dotyczące sytuacji ekonomicznej rynku muzyki niezależnej czy nadal obecnego w nim rasizmu, przeważnie nie były muzykami, a pisarzami, aktywistami i teoretykami zaproszonymi na panele dyskusyjne. Artyści tacy jak Frankie Hutchinson z kolektywu Discwoman, DeForrest Brown, Jr. i Mat Dryhurst, czy Ryan Diduck nie tylko poruszali tematy trudne i ważne, ale jako świetni performerzy panowali nad emocjami, tworząc kompozycje pełne dramaturgii. To właśnie oni podejmują ryzyko. Świadczył o tym nerwowy śmiech na sali w trakcie wykładu DeForresta Browna, w dowcipny sposób krytykującego recenzje publikowane na Resident Advisor za powielanie rasistowskich stereotypów na temat czarnoskórych muzyków.

Koncerty nie wzbudziły we mnie tak dużych emocji. Kilka z nich jednak szczególnie zapisało się w mojej pamięci. Dużym zaskoczeniem był dla mnie występ Ka Baird. Jej improwizacje na flecie, nakładane na siebie dzięki zastosowaniu loopera, składały się na bogaty i dynamiczny krajobraz dźwiękowy. Rozszerzone techniki wokalne i ekspresja sceniczna artystki potęgowały skojarzenia z pogańskimi rytuałami. Za wyjątkiem sporadycznych syntezatorowych partii koncert zdawał się być całkowicie improwizowany, choć niepozbawiony perfekcyjnie rozplanowanego napięcia.

Ka Baird, rys. Adam Skrzypkowski

Występ Holly Herndon oparty był w większości na materiale z jej ostatniej płyty. Narracja otaczająca ją w portalach muzycznych mocno skupiała się na algorytmach machine learning wykorzystanych przy jej tworzeniu. Okazało się, że technologia ta została wyraźnie wyeksponowana w zaledwie jednym utworze, a w reszcie z nich stanowiła tło. Większość tego dość zachowawczego materiału muzycznego nie zaciekawiła mnie tak, jak poprzednie albumy artystki. Podczas koncertu wątki technologiczne, z którymi tak bardzo jest kojarzona Herndon, ustąpiły miejsca interakcjom z pozostałymi członkami zespołu – jej partnerem Matem Dryhurstem, piosenkarzem Colinem Selfem i grupą wokalistek, z którą kompozytorka współpracowała w ciągu całego procesu powstawania płyty. Już po pierwszych utworach jasne było, że nie mamy tu do czynienia z relacją gwiazda – zespół towarzyszący, a czymś zbliżonym do komuny lub grupy dobrych przyjaciół. Oprócz indywidualnych popisów często mogliśmy usłyszeć też wszystkich członków zespołu śpiewających w chórze. Holly Herndon, którą wcześniej kojarzyłem raczej jako solistkę, samotną figurę z laptopem, tu jawiła się jako osoba wprowadzająca w ruch spotkanie muzyczne, w którym nie jest najważniejsza ona sama. Prezentacja utopijnej wiary w moc wspólnoty w naturalny sposób wpasowała się w tegoroczny temat festiwalu.

Koncert Holly Herndon, rys. Adam Skrzypkowski

Pierwsza z festiwalowych imprez zaoferowała set DJ-ski object blue, który jako jeden z kilku zatrzymał mnie w sali do końca. Choć debiutancka epka artystki ukazała się zaledwie rok temu, to nie wyobrażam sobie bez niej dzisiejszej muzyki klubowej. Jej sety zawsze zaskakują erudycją i bogactwem diggerskich odniesień do przeszłości, połączonych z najnowszymi mutacjami postclubu i techno. Tajemnicą dla mnie pozostaje sposób, w jaki te wszystkie tak odległe od siebie stylistyki łączy w charakterystyczną dla siebie spójną całość. Mimo różnorodności stylistycznej i gatunkowej, w granych przez nią setach można zauważyć pewne podobieństwa. Bardzo często są to kawałki minimalistyczne, przewrotnie bawiące się z regularnością rytmów i oczekiwaniami publiczności.

Set object blue, rys. Adam Skrzypkowski

Po takim elektryzującym występie trudno było mi się skupić na winylowym secie techno Jacka Plewickiego. Gdy później w zaciszu domowym posłuchałem jego wypowiedzi w audycji dla Polskiego Radia dotyczącej festiwalizacji kultury muzycznej, zacząłem się zastanawiać, czy moja reakcja na jego występ także była spowodowana festiwalowym ukierunkowaniem percepcji na atrakcyjne dźwięki kosztem tych, które wymagały większej cierpliwości. Wprowadzony kilka lat temu zakaz fotografowania koncertów na Unsoundzie motywowany był chęcią wytworzenia sytuacji pogłębionego słuchania. W Hotelu Forum trudno mi się jednak było skupić i obejrzeć występ danego wykonawcy w całości. Świadomość, że w tej samej chwili oprócz niego grają jeszcze trzej inni, towarzyszyła mi podczas trzech głównych nocy w Hotelu. Czuję, jakbym większość czasu spędził na przemieszczaniu się z sali do sali w poszukiwaniu coraz to mocniejszych wrażeń. Rywalizację o moją uwagę wygrywali zazwyczaj DJ-e i wykonawcy muzyki szybszej (Wixapol), lepiej wyprodukowanej (Objekt), bardziej nieprzewidywalnej (Aya). W związku z tym pominąłem wymagające większego skupienia koncerty muzyki eksperymentalnej w Black Lodge, występy wykonawców z Afryki Wschodniej związanych z labelem Hakuna Kulala oraz DJ-ów, których sety po paru utworach byłem w stanie przypisać do określonej stylistyki (Manara, TSVI b2b DJ Plead, Optimo). Wpatrzony w czerwoną książeczkę z godzinową rozpiską czułem się momentami tak, jakbym spędzał wieczór na portalu społecznościowym w poszukiwaniu bodźców. Zmęczony, zniecierpliwiony, z rzadka usatysfakcjonowany.

Hotel Forum, rys. Adam Skrzypkowski

Bardzo dobrze wypadła reprezentacja szanghajskiego labelu SBVKVLT. Związany z nim Gooooose udostępnił w tym roku stworzony przez siebie plugin, który ułatwia sekwencjonowanie muzyki bez konieczności korzystania z funkcji kwantyzacji. Zainteresowania artysty można było usłyszeć podczas występu. Dobrze znane słuchaczom muzyki elektronicznej elementy, takie jak amen breaki, poruszały się podczas niego w nieprzewidywalny sposób. W przeciwieństwie do często sztywnego rytmicznie breakcore’u  zdawały się raczej przepływać obok słuchacza niż dążyć do bezpośredniej konfrontacji. Z kolei 33EMYBW wydawała się nie mieć problemu z rytmiką 4×4. Urozmaicała ją jednak skomplikowanymi polirytmami. Artystka zaprezentowała materiał z wydanego w tym roku przez SVBKVLT albumu Arthropods. W jej występie najbardziej imponował mi spokój i precyzja, z jaką piętrzyła kolejne sekwencje dźwięków. Choć pełne agresywnych, dziwnych i brudnych brzmień, jej utwory nie zadowalały się szokowaniem obliczonym na szybką satysfakcję słuchacza. Powoli, z minuty na minutę 33EMYBW budowała swoją hipnotyczną, rytmiczną układankę.

Sporym zaskoczeniem okazał się dla mnie występ Objekta. Jego zeszłoroczny album Cocoon Crush był dla mnie męczącym pokazem sound designerskich sztuczek rodem z ISAM Amona Tobina. W zamierzeniu berlińskiego producenta nagromadzenie zmiennych i rozbudowanych dźwięków miało nadać tej muzyce organiczności. Ja odebrałem ją jako sterylny produkt wirtuozerii. Jednak na potrzeby live actu Objekt poddał ten materiał drastycznym przekształceniom. Warstwy nagrań terenowych i syntezatorowych popisów zostały z niego usunięte na rzecz wyeksponowania maszyn perkusyjnych. Jako konwencjonalny rytmicznie album techno Cocoon Crush wydał mi się znacznie ciekawszy. Paradoksalnie powtarzalność motywów nadała tej muzyce większego luzu, oddechu. Przyjemnie było wysłuchać dla odmiany koncertu muzyki klubowej składającego się z wyważonych, dobrze skomponowanych i świetnie zmiksowanych utworów. Choć brzmiały często spokojnie i łagodnie, to ściany budynku trzęsły się od ich basu najmocniej.

Najciekawszy występ w Hotelu Forum, któremu poświęciłem całą uwagę, zagrała Aya. Swój live komentowała na bieżąco przez mikrofon, tworząc atmosferę luźnego stand-upu w małym klubie. Pełna błyskotliwej i ekstrawertycznej energii nawijka nawiązywała do własnej twórczości oraz aktualnych wydarzeń politycznych, a przede wszystkim do sytuacji osób takich jak ona – transgenderowych. Jej muzyka oddawała ducha szybkiej, spontanicznej wymiany myśli. Frenetyczne bangery z pogranicza breakcore’u i postclubu niespodziewanie przechodziły w syntezatorowe minimalistyczne kompozycje inspirowane muzyką Cateriny Barbieri.

Aya, rys. Adam Skrzypkowski

Wszechstronność, perfekcjonizm, osobowość i energia artystki wywarły na mnie tej nocy duże wrażenie. Na przeciwległym biegunie muzycznej intensywności plasował się DJ-ski set Miłosza Cirockiego aka Niemy Dotyk. Odgłosy kropli wody rezonujących metalicznie w ciszy i struny gitary akustycznej to jedyne dźwięki, jakie wybrzmiały podczas pierwszych kilkunastu minut występu. Ponieważ pokrywał się on czasowo z koncertem Holly Herndon, udało mi się go usłyszeć dopiero w domu, dzięki temu że został zarchiwizowany. W trakcie festiwalu z podobnych powodów nie udało mi się zdążyć na występy innych polskich wykonawczyń i wykonawców, takich jak Avtomat czy duet Muka.

Jeden z plakatów reklamujących tegoroczną edycję festiwalu autorstwa Bolesława Chromrego przedstawia nazwy wszystkich wykonawców tą samą wielkością fontu, bez hierarchicznego rozróżnienia na mniej i bardziej ważnych. Ponieważ część z nich nie dostała równych szans zaprezentowania się szerokiej publiczności, plakat mówi raczej o tym, jak organizatorzy festiwalu chcieliby go widzieć. Mijałem go na ulicach Krakowa i trudno było mi się oprzeć wrażeniu, że natłok nazw zapisanych fontem stylizowanym na odręczne pismo i brak hierarchii ma małe szanse przekonać do Unsoundu nowe osoby. Kojarzy mi się to bardziej z insiderskim wymienianiem się nazwami niż próbą zachęcenia do uczestniczenia w koncertach. Kolejny, bardziej wyeksponowany na ulicach miasta plakat ze srebrnymi literami na czerwonym tle, tak jak i poprzedni nie przekazuje jasnej informacji, że dotyczy festiwalu muzycznego. Choć typowe plakaty Openera z gigantycznymi nazwami zespołów wydają mi się nachalne, to jednak całe miasto obklejone plakatami niespełniającymi podstawowej funkcji informacyjnej sygnalizuje symboliczną opresję na bardziej wysublimowanym poziomie. Jedynym komunikatem jaki wysyła jest oczko puszczone dla tych już wtajemniczonych.

Gdy słyszę o solidarności jako motywie przewodnim festiwalu, od razu myślę o tym, kto został z tej wspólnoty wykluczony. Czy Unsound jest w ogóle w stanie przełamać bariery klasowe, włączyć do wspólnoty osoby spoza swojej społecznej bańki i dotrzeć do grup, dla których dostęp do współczesnej kultury niezależnej jest utrudniony? Myślę, że nawet dla osób zainteresowanych festiwalem przeszkodę w uczestniczeniu w wydarzeniu może stanowić karnet w cenie Openera, który i tak nie uprawnia do wstępu na wszystkie koncerty. W dodatku festiwal trwa tydzień – jeśli pracujesz na etat na podstawie umowy o pracę, to poświęcasz 1/4 swojego urlopu. Jeśli pracujesz na umowie śmieciowej, to 1/4 swojej wypłaty.

W swoich materiałach promocyjnych Unsound kreuje się na wydarzenie z silną wizją kuratorską. Jako słuchacz nie czułem jednak, żeby idee eksplorowane podczas paneli dyskusyjnych były podejmowane przez muzyków. Być może tak jak to ma miejsce podczas biennale sztuki współczesnej, pomocne byłoby wybieranie co roku kuratorów. Zaproszenie osób z określonym doświadczeniem, jak choćby DeForrest Brown, mogłoby pomóc w stworzeniu sprzężenia zwrotnego pomiędzy treściami teoretycznymi i muzycznymi. Być może festiwal zmieniłby się wtedy z nerwowej próby powiedzenia wszystkiego w spójną wypowiedź.

 

Dziękuję Agacie Pasińskiej, Magdalenie Pasternak, Agacie Klichowskiej, Patrycji Litwin i Kindze Kurysi za pomoc w redakcji i korekcie tekstu.