Rola miast w ewolucji akustycznej Homo sapiens według Ibrahima Iriki Cherkaoui al-Tabia

Michał Libera / 14 wrz. 2021

Redakcja: Małgorzata Ogonowska, Angelika Kaczorowska, Karolina Rospondek

 

Kiedy już wydawało się, że ekologia akustyczna bezpowrotnie zdominuje naszą wyobraźnię dźwiękową, na południe od marokańskiego Warzazat zrobiło się głośno o pismach mistyka, który do historii przeszedł jako Ibrahim Iriki Cherkaoui al-Tabia. Już za życia nie był on postacią całkowicie anonimową. Urodził się w Foum Zguid, w rodzinie medyków, jedynej w całej okolicy. Nie miał jeszcze dziesięciu lat, kiedy na miejskim targu zaczął handlować kamieniami leczniczymi, które szybko rozsławiły miasto wśród podróżnych. Byli i tacy, którzy nadrabiali drogi przez pustynię po to tylko, żeby dotknąć niewielkiego otoczaka koloru zbliżonego do ochry. W wieku siedemnastu lat, jako pierwszy z miejscowych, wyjechał na studia do Europy, gdzie odebrał staranne (to określenie burmistrza miasta) wykształcenie w szkołach w Lejdzie i Hadze. Z późniejszego okresu niewiele jednak wiadomo o nim na pewno. Kiedy wrócił? Gdzie zamieszkał po powrocie? Jak zarabiał na życie? Nie wiadomo nawet, kto wymyślił mu przydomek „al-Tabia” – Ibrahim Eryk Cherkaoui z Tabii. Pewne jest natomiast to, że samej Tabii nie widać z drogi wylotowej z Foum Zguid (tej na południe), choć osadę dzieli od niej zaledwie kilkaset metrów płaskiej, niczym nieporośniętej ziemi. Pewne jest jeszcze i to, że Ibrahim popełnił w swoim długim życiu dwa dzieła o tematyce historycznej, które dziś znajdują się w muzeum jego imienia w mieście, w którym się urodził.

 

I

 

Rękopis jego pierwszej dysertacji przybył do Maroka prosto z Wydziału Archeologii Uniwersytetu w Lejdzie. Jej tytuł – O barwie, wysokości i fakturze miast saharyjskich – zgrzebnie oddaje zawartość tomu, a także (w opinii kustosza muzeum, wyrażonej w prywatnej rozmowie) powody, dla których nie zyskała ona początkowo szerszego zainteresowania. Choć nie pojawia się w niej ani jedno nawiązanie do Tabii, trudno się oprzeć wrażeniu, że to właśnie osada nieopodal Foum Zguid była jednym z tytułowych dwunastu saharyjskich miast mezolitu i jedynym, które przetrwało dziesiątki tysięcy lat, do dziś, w niemal nienaruszonej formie. Bo przecież i „jej kolorem jest brunatny, żywiołem – zbierający się u podnóża gór wiatr, a linią nieba znany doskonale każdemu architektowi kształt będący równowartością wysokości i szerokości pojedynczego segmentu pustynnej fatamorgany” (to tylko niewinna próbka enigmatyczności wczesnego stylu Ibrahima).

Tabia również dziś wygląda jak geometryczne wysklepienie pustyni. A może raczej jest geometrycznym wybrzuszeniem pustyni po to, by nie wyglądać; by nie sprawiać żadnego wrażenia; by nie być – na tyle, na ile pozwala ziemia z której wyrasta i która stanowi jej jedyny budulec. I tak: do dziś wszystkie kąty w Tabii zbliżają się do kątów prostych, Tabia nadal jest cynamonowa, a także nieustannie zmienia się z każdym podmuchem wiatru, nawiewającym piasek do coraz to innych niecek. Zapadlin jest w mieście tysiące, a system ścianek, które nad nimi górują, tworzy wspomnianą przez autora linię nieba miasta. Jednak prawdziwe miasto znajduje swoje odbicie pod ziemią, gdzie zapadliny okazują się wyznaczać ściany podziemnych korytarzy, z których każdy zwija się przynajmniej w kilka horyzontalnych kręgów sięgających w głąb ziemi (do czego później nawiąże jeden z francuskich filozofów, tworząc mniej precyzyjne pojęcie „fałdy”).

Mieszkańcy Tabii, podobnie jak mieszkańcy pozostałych jedenastu miast, musieli żyć oddzieleni od siebie (bardziej nawet niż w dzisiejszych blokach), zatomizowani, widując się tylko rzadko, a jeśli już, to wyłącznie w trakcie gromadnego wychodzenia na powierzchnię ziemi – jeden za drugim. Kiedy wracali do domów, kiedy po cichu zajmowali, także jeden za drugim, kolejne odcinki zwijającego się korytarza, ich skądinąd ubogie życie społeczne ulegało dalszej hibernacji (to moja metafora, zdaniem Ibrahima lepsza byłaby następująca): „o ile w przypadku neolitycznych miast w skałach mieszkańcy uciekali do wydrążonych jaskiń niczym myszy do swoich jam, o tyle w przypadku miast wcześniejszych, miast wznoszonych na płaskiej ziemi naszej pustyni, miast-zmarszczek, jeśli wolno mi się tak wyrazić, mieszkańcy przykrywali się ziemią niczym pledem, przy czym pled ten był im również łóżkiem, na którym spali”.

W kontekście tej onirycznej metaforyki nie powinno dziwić, że słowo „dźwięk” pada w rozprawie zaledwie raz, kiedy autor pisze, że w korytarzach nie było słychać nic poza „najcichszym z dźwięków, tym, który towarzyszy regularnemu naciskowi wywieranemu na ziemię, przychodzącemu z każdym oddechem śpiącego na niej ciała”. Kustosz twierdzi, że to właśnie zdanie napędzało Ibrahima w dalszych badaniach, które zajęły mu dokładnie czterdzieści dziewięć kolejnych lat życia.

 

II

 

Choć pierwsza dysertacja pełna jest paraleli i neologizmów, w argumentacji zachowuje umiar i skromność. Na tym tle jego drugie dzieło jest wręcz nieznośne (i całkowicie zrozumiała wydaje się decyzja o niewłączaniu Czaszki i korytarza do księgozbioru Uniwersytetu Haskiego, do którego Ibrahim przekazał pracę). Pierwszy rozdział liczy 799 stron i jest w zasadzie ciągiem liczb zorganizowanych w kolumny i rzędy. Wyliczenia, tabele, równania i nieznane znaki, co najwyżej przypominające symbole matematyczne, komentowane są wprawdzie od czasu do czasu, na bieżąco, ale zawsze lakonicznie i zazwyczaj w sposób pełen pretensjonalności i skrótów myślowych. Wszystko wskazuje jednak na to, że liczby te miały precyzyjnie opisać saharyjską tkankę miejską (trudno o bardziej adekwatny desygnat) w kategoriach akustycznych; miały dowieść geniuszu twórców ówczesnych miast w tej właśnie dziedzinie; twórców, którzy wznosząc swe miasta, „uciekali nie od zwierząt czy pogody, ale od wszechogarniającego rumoru”. I tu właśnie, nagle, słowo-zagadka „rumor” (łac. rumor) kończy część pierwszą. Równocześnie (oczywiście) zapowiada sens części drugiej, która jest próbą odpowiedzi na pytanie o jego – rumoru – naturę. Odpowiedź ta jest relatywnie krótka, liczy zaledwie 22 strony, i zaczyna się od motta:

 

Już wschody i zachody słońca dowodzą, że wszechświat obraca się w ciągu dwudziestu czterech godzin, po sferze niezmiennej i wiecznej, z niesamowitą prędkością. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy dźwięk wywoływany przez obroty tak wielkiej masy jest nadmierny, a przeto i wykraczający daleko poza to, co nasze uszy mogą usłyszeć.

 

(Czytelnik domyśla się już na tym etapie, że) Ibrahim Iriki Cherkaoui al-Tabia poświęcił prawie pół wieku, aby znaleźć odpowiedź na wątpliwości Pliniusza Starszego. Mimo bełkotliwego języka i konsekwentnego przemilczania niewygodnych szczegółów myśl Ibrahima w tej kwestii pozostaje w swej istocie klarowna i (zwyczajnie) wizjonerska. Dźwiękiem, od którego w czasach mezolitu uciekali mieszkańcy Sahary, był huk ziemi (dziś dopowiedzielibyśmy, że chodziło o huk ruchu obrotowego planety). Nie słyszymy go – to główna teza rozprawy – ponieważ nauczyliśmy się (wyróżnienie autora) go nie-słyszeć. Dość niespodziewane i w dodatku wyróżnione sformułowanie – nauczyliśmy się – wydaje się być podpowiedzią, aby rozumieć nie-słyszenie Ziemi w kategoriach (i znów – z pomocą przychodzi współczesna terminologia) osiągnięcia ewolucyjnego gatunku ludzkiego. Ale to nie prefiguracja ewolucjonizmu jest tutaj najbardziej zaskakująca, lecz architektoniczna i urbanistyczna wyobraźnia dźwiękowa, której nie powstydziłby się dzisiejszy badacz (czy należy ją przypisać autorowi czy mieszkańcom Tabii, to inna sprawa). Kluczową rolę w procesie od-słuchiwania huku Ziemi odegrało (bowiem) – zdaniem Ibrahima – dwanaście miast stanowiących swoiste rogatki Sahary, a których istnienie datowane jest na okres 25 000 – 6000 p.n.e. Co takiego było w miastach, co sprawiło, że przestaliśmy słyszeć huk?

Ogólna odpowiedź jest następująca: już w najbardziej zewnętrznym pomieszczeniu zmarszczonych pleców, czy też korytarzy, słychać było tylko jakby „mniejszą część tego ogólnego huku ziemskiego”; w każdym kolejnym kręgu „część tylko części poprzedniej”, w kolejnym – „część części części poprzedniej”, „i tak dalej”. W nawiasie, który następuje po tym kluczowym zdaniu, pojawia się zapis: „( – 102 …, – 475 … )” – należy go zapewne rozumieć jako odniesienie do długich ciągów liczbowych z pierwszej części, ze stron 102 i 475. Pierwszy z nich można interpretować jako analizę dynamiki dźwięku w miastach saharyjskich. Jeśli tak, teza Ibrahima brzmiałaby następująco: mezolityczni mieszkańcy Sahary wytworzyli pewną skalę głośności dźwięków, które słyszymy (dziś moglibyśmy powiedzieć, że jest to skala: 0 – 300 dB, wszystko, co głośniejsze i cichsze, jest dla człowieka niesłyszalne). Liczby Ibrahima służą ukazaniu zasady (nazwijmy ją zasadą „ciśnienie–kontrciśnienie”) leżącej u podstaw tego osiągnięcia: wywieranie ciśnienia na źródło dźwięku osłabia ciśnienie, które ono wywiera na nas. (Zasada ta może się nam wydawać nieintuicyjna, skoro wiemy, że z natury rzeczy ciśnienie akustyczne jest odwrotnie proporcjonalne do odległości od źródła owego ciśnienia; innymi słowy – im dalej od źródła dźwięku, tym jest on cichszy. A jednak ta zasada obowiązuje wyłącznie w powietrzu; jeśli dotkniemy źródła dźwięku, jego głośność jest odwrotnie proporcjonalna do nacisku, który nań wywieramy – tak przynajmniej należałoby rozumieć sens wyliczeń Ibrahima na stronie 102). Mieszkańcy miast, niemal non stop dotykając ziemi swoimi ciałami, realizowali więc clou tej zasady, co po kilku tysiącach lat sprawiło, że ich uszy i ciała nauczyły się słyszeć wyłącznie poniżej 300 dB.

Drugi ciąg liczb wygląda, jakby odnosił się do wysokości dźwięku, i w tym kontekście słowa Ibrahima o tym, że w kolejnych korytarzach słychać tylko „część części części poprzedniej” oraz „i tak dalej”, dotyczyłyby procesu filtrowania dźwięku przez naturalne częstotliwości rezonujące korytarzy. (Na marginesie warto zauważyć, że ostatnim pomieszczeniem w spirali podziemnych okręgów zawsze pozostawała czaszka mieszkańca, i to w niej do dziś znajduje się pozostałość huku Ziemi, odkładana przez tysiące lat życia w podziemnych miastach – to dźwiękowa skamielina; to, co zostało z huku Ziemi z czasów, kiedy jeszcze ten huk słyszeliśmy, czyli tępy, nieustający, cichy szum, najpewniej obniżone o kilka oktaw pasmo huku najdłużej utrzymujące się w kolejnych kręgach miast i do dziś rozlewające się po tylnej ścianie czaszek nas wszystkich). Dzięki temu wszystko, co ludzie słyszeli przez kilkadziesiąt tysięcy lat, pochodziło z zakresu później określonego przez naukowców mianem „zakresu ludzkiego słyszenia” (od 20 Hz do 20 kHz), a nawet pojęciem „dźwięku”. To, jak dziś rozumiemy te kategorie, jest więc – ściśle rzecz biorąc – pasmem częstotliwości rezonujących dwunastu mezolitycznych miast saharyjskich, w tym najprawdopodobniej zakurzonego dziś kompleksu miejskiego pod Foum Zguid, zwanego Tabią – urbanistycznego pra-ucha człowieka.

 

III

 

Istnieje jeszcze jeden dokument, właściwie jedno zdanie – „cisza ciekawości dźwięku nie usprawiedliwi” – wyryte wewnątrz najwyższego odcinka jednego z korytarzy Tabii. Jego autorstwo jest niepotwierdzone, ale komu, jeśli nie Ibrahimowi, można je przypisać? Inna sprawa – kto je wyrył? Czy zrobił to sam Ibrahim? Kiedy? I po co? Kustosz muzeum twierdzi, że zdanie nie przetrwałoby na ścianie trzystu lat, które dzielą nas od śmierci Ibrahima, i przypisuje je w związku z tym jednemu z pierwszych pielgrzymów do Tabii, odkrywcy miasta opisanego przez myśliciela, założycielowi muzeum i autorowi pierwszej całościowej egzegezy dzieła tabijskiego mistyka – Benjaminowi Troyerowi. Być może gdyby nie on, o Ibrahimie do dziś nie słyszałby nikt poza wąskim gronem specjalistów. Troyer sprowadził do Tabii całą swoją rodzinę (dwadzieścia siedem osób), za którą podążyło kilka kolejnych, znających się jeszcze z Ohio (wystarczyło, aby zaludnić całą osadę). Ludzi tych połączyła wiara w możliwość powrotu do korzeni, do ziemi; możliwość usłyszenia jej głosu i przeczucia większego planu duchowego, którego jest on osią; obietnica przekroczenia naszych ograniczeń zmysłowych i odwrócenia nabytej głuchoty; uleczenia w miejscu, w którym pojawiła się choroba.

Początkowo o wspólnocie krążyły tylko anegdoty, ukazujące ją jako obiekt drwin innych mieszkańców okolicy (rytuały wsypywania ziemi do uszu noworodkom, zielonkawa cera członków wspólnoty, legendarna małomówność). Przełomem w rozpowszechnieniu nauki Ibrahima okazał się moment otwarcia Tabii na ludzi spoza wspólnoty, głównie przejezdnych obcokrajowców. To część z nich, często kompletnie przypadkowych turystów, do dziś tworzy rozproszoną po całym świecie sieć osób próbujących uleczenia poza granicami legendarnej osady. Nie stanowią oni homogenicznej grupy. Jedni postulują rozwój technologiczny umożliwiający przedłużanie ciał (ostatnio szczególne nadzieje wiążą z systemem obejmującym dwie anteny odsłuchowe – zwrócone, w odróżnieniu od zsekularyzowanej tradycji zachodniej, w górę i w dół, a nie na lewo i prawo – odbierające sygnały filtrowane przez specjalne kamienie, z których zbudowano ich fundamenty). Inna grupa koncentruje się na introspekcji (czy raczej na medytacji skupionej na próbie usłyszenia dźwięku-skamieliny w czaszkach – najpierw własnych, następnie swych bliskich). Jeszcze inny odłam dąży do osiągnięcia tzw. dogłębnej ciszy. Nie należy jej mylić ze zwykłą ciszą, rozumianą jako brak dźwięku. Dogłębna cisza jest wynikiem balansu, który uzyskuje się między „dźwiękami naszymi i obcymi”. Sednem jest wykorzystanie współczesnej wiedzy akustycznej do kontroli dźwięków w powietrzu i do eliminacji niepożądanych, tzw. niebalansujących się dźwięków (w języku polskim nie brzmi to może zgrabnie, ale nie powinno odciągać naszej uwagi od meritum sprawy, a poza tym każdy nurt filozoficzny ma prawo do własnej nomenklatury, nieprawdaż?).

Rzecz jasna, ta ostatnia grupa dużo zawdzięcza ekologii akustycznej. Z kolei to, co ekologia akustyczna zawdzięcza tej grupie, to przekonanie, że cisza nie może być ostatecznym punktem dojścia ekologii akustycznej; że jest ona wyłącznie stadium pośrednim prowadzącym do oświecenia duchowego we wszechogarniającym huku. Być może jednak najważniejsze jest to, co łączy członków wszystkich tych nurtów. Spośród wielu elementów tutaj wymieńmy jeden: wszyscy zdają sobie sprawę, że są jak twórcy dwunastu saharyjskich miast – inicjują procesy, których szczęśliwy koniec nastąpi za kilkadziesiąt tysięcy lat.

 

 

Tekst jest zapowiedzią międzynarodowego festiwalu sztuki dźwiękowej Wydźwięki.
Redakcja nie odpowiada za stan faktyczny.