Gdzie ta czwarta ściana? 7. Instalakcje w Nowym Teatrze

Paulina Książek / 10 Wrz 2018

Intymne, poufałe, bezpośrednie. Te trzy przymiotniki w pełni ujmują istotę tegorocznego festiwalu Instalakcje, którego mocne skupienie się na ciele i fizycznym doświadczeniu dźwięku spowodowało, że na dwa dni muzyczny świat Warszawy został wywrócony do góry nogami, a przed uczestnikami zostało postawione nie lada wyzwanie. Pytanie jednak, czy wszyscy byli na nie gotowi?

Siódma edycja festiwalu Instalakcje zaprasza widza/słuchacza do bardzo intymnego odbioru muzyki, jakbyśmy mogli usiąść naprzeciwko kompozytora, wykonawcy i wsłuchać lub wczuć się w to co dzieje [się] w momentach, które najczęściej muzyk przeżywa w samotności.[1]

Tylko „ja” i muzyka. „Ja”, moje ciało… i muzyka.

 

Czy pamiętasz…?

Jednym z najbardziej intrygujących projektów festiwalu był Bathtub Memory Project – produkcja Biennale w Monachium we współpracy z Thee Onassis Cultural Center / Stegi–Ateny. To właśnie od niego zaczęła się moja fascynująca przygoda z muzycznym światem „jeden na jeden”.

Wchodząc do świetlicy Nowego Teatru to ja podejmowałam decyzje: w stroju kąpielowym czy w ubraniu, z wodą czy bez niej, a jeśli tak, to z ciepłą czy zimną? Choć wybory mogłyby wydawać się prozaiczne, miały niebagatelne znaczenie dla tego, co działo się później.

Tak więc decyzje podjęte. Brak wody w wannie nieco frustruje, a ponadto nawet przez ubranie wyczuwalne jest zimno żeliwa, jednak nie tylko ów chłód powoduje dyskomfort. Także biała tkanina, która tworzy swego rodzaju mur pomiędzy mną i resztą świata. Nagle na „ścianie” pojawiają się projekcje – abstrakcyjne obrazy, które przywołują na myśl z jednej strony nieuporządkowany ciąg wizualnych fantazji, z drugiej bajki animowane, te z mniejszą dozą dosłowności. Słychać pierwsze dźwięki violi da gamba (Karolina Szewczykowska), lecz to nie ona przykuwa uwagę, a głos (Monika Łopuszyńska), który chwilę później rozpoczyna słodki monolog pełen osobistych pytań i retrospekcji.

Tak… pamiętam, jak z bratem w małym basenie na podwórzu bawiliśmy się w statek podwodny, a nasz… Ciii, słyszę coś! Ale to nie dźwięki instrumentu. To trzaski cicho odsuwanego zamka! Do mojego dziecięcego świata wspomnień nagle zaczyna się ktoś wkradać. Śpiewaczka, która do tej pory stanowiła tylko cień obecny za białym materiałem, niespiesznie wsuwa najpierw jedną nogę, potem rękę, by w końcu stać się częścią rzeczywistości młodzieńczych zabaw, pierwszych nadziei i marzeń o dorosłości. Jej pytania są teraz bardziej osobiste, a wzrok spoczywa na mojej twarzy. Bacznie obserwuje moje reakcje. W końcu pytania stają się ledwo słyszalnym szeptem, ale wiem, że skierowanym wprost do mnie – śpiewaczka wpatruje się w moje oczy. Czuję ciepło na swoich policzkach. Nagle w tym małym światku zaczyna być nieznośnie duszno i ciasno. Za ciasno. Jakbym została obnażona ze wszystkiego, co moje, osobiste, intymne. Po chwili pada wypowiedziana na głos fraza: „wszystko będzie dobrze”, i już wiem, że tak właśnie będzie. Delikatnie i zwiewnie wraz z jej głosem odpływają wszystkie obrazy i uczucia z dzieciństwa, oddala się także niepokój i wstydliwość spowodowana tym, że nie przeżywałam ich w samotności.

Czy byłabym w stanie wytrwać do końca, gdyby moje ciało zakrywał tylko kostium kąpielowy, a ciepła woda dodatkowo ogrzewała moją skórę? Boję się myśleć… Te pierwsze 20 minut naznaczyło całą resztę festiwalowych doznań, a niektóre z nich były równie intensywne.

 

Bathtub Memory Project, wyk. Monika Łopuszyńska, Karolina Szewczykowska. Fot. Maurycy Stankiewicz.

 

Ja vs Inny

Wiele osób biorących udział w tej historii nie odgrywa tu większej roli, te, które mogą odgrywać główne role, często nie dochodzą do głosu lub mają mało do powiedzenia. Miejsce jest jedno. Dekoracja jedna. […] Czas? Sztuka ta jest realistyczna i współczesna. Krzesło prawdziwe. Wszystkie przedmioty i meble są prawdziwe. […] Stół. […] Dwa krzesła.[2]

po prawej stronie ekran z krótką instrukcją, w jaki sposób operować intonacją głosu i tempem tekstu. Po jej wysłuchaniu rozpoczyna się scena.

Tak mogłyby brzmieć didaskalia do Audición Angela Solariego, które niczym Różewiczowska „Kartoteka” zadziwia, rozprasza, stawia przed wyborami. Chilijski twórca pozwala bowiem słuchaczowi wejść w rolę wykonawcy, stawiając przed nim bardzo dokładnie zapisaną partyturę. Pozostaje tylko pytanie, jaką postać widz wykreuje.

 

Angelo Solari, Audición, fragment (uzyskany za zgodą kompozytora).

Po drugiej stronie stołu jako „Inny” zasiadał Wojciech Blecharz, kurator festiwalu i zarazem twórca jednego z prezentowanych projektów. Krótkie pytanie o język wykonania i scena może się już rozpocząć.

Pierwsze kilka zdań wypełnia nerwowość, ale także niepewność, dokąd zmierza historia zapisana w partyturze. Ponadto wszystko, po raz kolejny, podszyte jest mieszanką pewnego rodzaju zmysłowości — w końcu przez większość czasu patrzymy sobie w oczy — i coraz większej pewności co do tego, czym jest mój głos, w jaki sposób mogę zareagować, gdzie mogę nieznacznie zmienić partyturowe ustalenia. Choć mam wątpliwości, czy rzeczywiście na festiwalu bądź co bądź muzycznym tego rodzaju dzieło powinno się znaleźć, Audición Angela Solariego to szkoła świadomości swojego głosu, ciała i emocjonalności, o ile słuchacz zechce tę lekcję odrobić.

Po kilku minutach intensywnych doznań wszystko szybko się kończy, „światło nie gaśnie, nawet kiedy opowiadanie jest skończone. Kurtyna nie zapada. Być może opowiadanie jest tylko przerwane. Na godzinę, na rok…”[3].

 

Próba zaufania…

…w zupełnej ciemności, w absolutnej ciszy. W taki sposób rozpoczyna się przygoda z kolejną festiwalową propozycją – Black of granule Aleksandy Chciuk i Kuby Krzewińskiego.

Mrok panujący dookoła absorbuje i przeraża. Wtedy pojawia się ktoś, kto przez ową ciemność chce mnie przeprowadzić, a ponieważ miejsce jest zupełnie obce, nie mam wyboru, muszę mu zaufać. Ręce są kobiece – delikatne, szczupłe i ciepłe. Po chwili zaczynam wyczuwać miękki grunt pod stopami. Szum piasku poruszającego się pod naszym ciężarem koi i zaciekawia. Odnajdujemy fotel, a ja czuję zimno jego materiału. Wzrok przyzwyczaił się już do ciemności, a słuch i dotyk wyostrzyły się, stając bardziej wrażliwe na każdy, nawet najmniej znaczący bodziec. Wraz ze spokojną melodią fortepianu i efektami perkusyjnymi czuję, że moje ciało zaczyna wibrować. Gdzieś na fotelu musi być umieszczony głośnik basowy, może jeszcze jakiś wzmacniacz. Kiedy utwór się kończy, po raz kolejny zbliża się do mnie przewodnik, wyprowadzając mnie w stronę delikatnie migającego światła.

Całość performansu to wystawienie ciała słuchacza na próbę przy pozbawieniu go zmysłu, któremu zwykł najbardziej ufać. Percepcja przestrzeni mogła się odbyć jedynie poprzez dźwięk i dotyk, choć z pomocą tego drugiego w ograniczonym stopniu. Ta kolejna świetna propozycja festiwalowa nie tylko pozwoliła na polisensoryczne doświadczenie muzyki, lecz również zmuszała do przełamania barier, a przede wszystkim stanowiła test zaufania, które we współczesnym świecie jest niezwykle ograniczone.

Soundtouch Wojtka Blecharza wystawiało na równie trudną próbę. Tu również słuchacz pozbawiony był zmysłu wzroku, jednak nie z powodu ciemności panującej w sali, ale przez przepaskę na oczy. Na planie krzyża dla mnie i trójki współtowarzyszy przygotowane były cztery maty.

Ułożyliśmy się wygodnie. Gdy czekałam na pierwsze doznania dźwiękowe, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że kompozytor nie prezentuje niczego dla siebie nowego, a samo przygotowanie do odbioru łudząco przypomina chociażby Body-Operę, podczas której widzowie leżą na matach i w przepaskach mogą percypować dźwięki i wibracje. Taki też był Soundtouch, z tą różnicą, że tu nie tylko Jen Torrence, ale także ja i współsłuchacze – każdy z nas był wykonawcą.

 

Wojtek Blecharz, Soundtouch, wyk. Jen Torrence. Fot. Maurycy Stankiewicz.

Bez ostrzeżenia w nasze ręce wsuwane są różne przedmioty: grzechotki, pałki, talerze… Z różnych stron pomieszczenia dobiegają do naszych uszu różne rytmy, niezidentyfikowane dźwięki, szumy. Czasem instrumenty są po prostu kładzione na nas, byśmy mogli poczuć wibracje lub by uderzenia pałkami rezonowały w naszych ciałach. Jednym z nich jest, jak się wydaje, drewniana deska lub blok, w który artystka uderza bez opamiętania. I ten moment jest dla mnie niczym przekroczenie cienkiej granicy pomiędzy dyskomfortem spowodowanym niecodziennym sposobem doświadczenia muzyki a lękiem przed naruszeniem sfer intymnych. Na szczęście deska położona w dolnej części mojego brzucha po chwili znika, a ja mogę skupić się na innych dźwiękowych doświadczeniach. Chwilę po tym, jak rozbrzmiewają ostatnie dźwięki utworu, leżymy nieruchomo.

Gdy wychodziłam ze szklarni w Nowym Teatrze, uświadomiłam sobie, że wykonanie Soundtouch jest pierwszym, podczas którego muzyka wywołała lęk o moje ciało i o to, czy moja intymna granica nie zostanie przekroczona. Niemniej jednak doświadczenie dźwięku dotykającego ciało – od opuszków palców przez głowę aż po tułów – było bardzo ożywcze i pozwalało po raz kolejny wyjść z sytuacji sztywnej sali koncertowej, wymagającej od słuchacza wejścia w wypracowane wiele lat temu schematy zachowań. A taki, zdaje się, był cel kompozytora.

 

Shh

Kiedy utwory czy instalacje budzą tak silne emocje, nieoceniona staje się odrobina wytchnienia, a niewątpliwie było nią SHH I Yiran Zhao. Ta niespełna czterominutowa kompozycja stanowi dźwiękowy masaż będący interesującym kontrastem do większości festiwalowych propozycji. Co ważne, miałam okazję poddać się temu niezwykłemu doznaniu pod wprawnymi palcami kompozytorki (drugą wykonawczynią była Magdalena Kordylasińska-Pękala), która doskonale znając swoje dzieło, z większą swobodą tworzyła na mojej głowie dźwiękową mapę swojego utworu.

Dzięki zatyczkom do uszu odcinam się od reszty świata. Powolne ruchy dłoni w lateksowych rękawiczkach subtelnie masują płatki uszne, powodując w głowie cichy, przyjemny szum, następnie suną po krawędziach. Z każdą chwilą ruchy są coraz bardziej śmiałe, choć nie wyzbywają się początkowej delikatności – zaczynają obejmować nie tylko uszy, ale również linię żuchwy i skronie. Wszystko razem tworzy niezwykły koncert na jednego słuchacza, którego odbiorcą mogę być tylko ja. Doznania zaczynają przybierać na intensywności i słyszę już nie tylko różnorodne rytmy czy szumy, ale czuję każde zakończenie nerwowe na mojej twarzy i uszach, co sprawia, że jeszcze bardziej uważnie skupiam się na każdym, nawet najmniejszym ruchu. Coraz bliżej do kulminacji: uszy, żuchwa, skronie, a teraz jeszcze czubek głowy. W końcu powoli wszystko znika. Nie ma już ciepła rąk masujących twarz i uszy, cichnie także dźwięk.

Kompozycja Yiran Zhao w tegorocznym programie była jak koło ratunkowe rzucone słuchaczowi, który – wystawiony na wiele wyjątkowo intensywnych bodźców, przybliżających go do nienaruszanych wcześniej granic – potrzebował zaworu bezpieczeństwa. Całości wykonania towarzyszyła nadzwyczajna delikatność i troska o to, by słuchacz poczuł się w rękach wykonawczyń swobodnie, by jego doświadczenie było intensywne, ale jednocześnie stanowiło przyjemność. Serdeczny uśmiech kompozytorki żegnający słuchaczy był miłym tego doświadczenia dopełnieniem.

 

„Śpiewam do Ciebie”

Te trzy słowa niczym mantra przewijały się w trakcie całego utworu. Śpiewane, recytowane, szeptane – za każdym razem inaczej.

Wszystko na małym podeście schodów, przy delikatnym, ciepłym świetle stojącej obok krzesła lampy. Z jednej strony blisko reszty świata, z drugiej – dostatecznie daleko, by zatopić się w kompozycji Meyersa wykonywanej przez Barbarę Kingę Majewską. Klęcząc, stojąc przede mną, przybliżając się i oddalając, ale przede wszystkim wytrwale patrząc w oczy, artystka wyśpiewuje tekst, w którym co jakiś czas pojawia się znajome „I am singing to you”, otulające niczym ciepły szal. W pewnym momencie jednak wszystko się zmienia i jakby moja obojętność na to emocjonalne i osobiste zwierzenie sprawiła, że znajomą frazę zastępują wyśpiewane delikatnym głosem słowa „I’m not singing now”, wprowadzając iście Magritte’owski akcent. Echo tego zdania połączone z cichym odgłosem zamykanych drzwi tworzy poczucie pustki.

 

Ari Benjamin Meyers, Solo, wyk. Barbara Kinga Majewska. Fot. Maurycy Stankiewicz.

Solo Ariego Benjamina Meyersa z pozoru nie wychodzi poza ramy konwencji koncertowej. Oto słuchacz siedzi na widowni w oczekiwaniu na utwór, a śpiewaczka, stojąc na scenie, odtwarza zapisaną na papierze kompozycję. Niezwykła nie jest sytuacja, ale jej bezpośredniość. Ograniczona przestrzeń sprawiła, że atmosfera przepełniała się nerwowym napięciem. Zarówno emocje budowane w muzycznej narracji, jak i gra aktorska Majewskiej sprawiły, że całość performansu zyskała charakter poufałego, pełnego zażyłości spotkania o wymiarze niemal konfesyjnym.

 

Zarabiając na słuchaniu

Podczas festiwalu nie mogło zabraknąć mistrza muzycznych prowokacji, którego dzieła wzbudzają wiele kontrowersji, ale także którego rozważania filozoficzno-teoretyczne zmarginalizowały to, co w muzyce powinno być najważniejsze – dźwięk. Mowa oczywiście o Johannesie Kreidlerze. Tym razem zaproponował słuchaczom Earjobs, dzieło proste w swojej formule, lecz kierujące w stronę interesujących myśli.

Przede mną lista kilkunastu kompozycji – od utworów Bacha, przez dzieła Pauliny Oliveros i Kreidlera, aż po Muzak. Przy każdym z nich znajdowały się różne kwoty: od trzech do czterdziestu złotych. Warunek jest prosty: ja słucham, Kreidler płaci. I tak do momentu, w którym następna osoba nie będzie chciała spróbować. Co w tym trudnego? Niby nic, jednak przez cały czas lista jest niezmienna. Nieważne, czy słucham jej pięć minut, dwadzieścia czy trzy godziny. Raz, drugi… Za trzecim razem uczę się utworów na pamięć. Czwarty, piąty… Zniecierpliwienie i irytacja dają o sobie znać, no ale czego nie robi się, żeby zarobić kilka groszy? Szósty, siódmy… Pojawia się poczucie, jakby ktoś zamknął mnie w pokoju bez okien i drzwi, jakbym sama wplątała się w błędne koło i wiem, że to już jest moja granica.

W Earjobs Kreidler snuje więc refleksję uniwersalną, nie tylko odnoszącą się do świata muzycznego, ale także do każdej sfery codzienności, zadając pytanie, jak bardzo zmieniają się nasze granice dzięki motywacjom zewnętrznym oraz ile jesteśmy w stanie zrobić i jak bardzo się poświęcić, gdy w grę wchodzą pieniądze.

 

Cała reszta (?)

Na tym nie koniec instalakcyjnych atrakcji, gdyż pozostała jeszcze krótka ścieżka, której przejście pozostawiono słuchaczowi. Nie mogę jednak powiedzieć, że było to zapierające dech w piersiach  doświadczenie. Większość z pozostałych performansów stanowiła raczej ciekawostkę lub, o zgrozo, nawet nie wzbudziła mojej uwagi, gdyż nie dostrzegłam w nich nic odkrywczego.

Jedną (i chyba niestety jedyną) dobrą propozycją oznaczoną etykietą „zrób to sam” był Hełmofon II Izabeli Smelczyńskiej wpisujący się w obecny w sztuce od początku XX wieku nurt ready-made. W jednej z sal artystka umieściła starą suszarkę do włosów. Szumowi wytwarzanemu przez nią towarzyszyła definicja słowa „zagłuszać”. Autorka tym sposobem sugeruje odbiorcy zmianę kierunku, w jakim powinny zmierzać jego myśli, gdyż zwykle słowo to kojarzy się negatywnie. Pytanie, czy dzięki rozszerzeniu kontekstu może ono stać się czymś dobrym.

Skoro omówiona została już „cała reszta” (ta dobra „reszta”), pora na znak zapytania, czyli prace, które uznałam raczej za dobry żart, aniżeli wzięłam na poważnie. Przykładem jest Is there fire in the distance? Celeste Oram i jej propozycja ćwiczenia wizualizacji – przy wyimaginowanym ognisku z atrapą słuchawki mieliśmy wsłuchać się w dźwięki trzaskających drewien i szumu ognia. Zastanawiam się, czy pani nie pomyliła drzwi. Z kolei to, co wydawało się propozycją nietrafioną nie ze względu na bezsensowność idei czy wykonania, ale ze względu na ogólny program festiwalu, to Ear Action Neo Hülckera i Stellana Veloce (wyk. Veloce i Filip Sporniak). Sam performans jest bowiem interesujący, jednak w kontekście Shh Yiran Zhao mógłby uchodzić po prostu za jego gorszą wersją – rezygnuje z tak bezpośredniego kontaktu (dźwięki wytwarzane są przez kontakt nie z naszymi uszami, a z nausznikami, które słuchacz ma na głowie), przez co organizm reaguje zdecydowanie słabiej i skupia się wyłącznie na dźwięku.

 

Neo Hülcker, Ear Action. Fot. Maurycy Stankiewicz.

 

 

Tak więc intymne, poufałe i bezpośrednie. Przymiotniki, które nie tylko opisują tegoroczne Instalakcje, ale muzykę w całej jej pełni. Muzykę, którą przywykliśmy odbierać w sztucznych i formalnych sytuacjach, w przepychu instytucji, których powietrze ciężkie jest od patosu. Filharmonie i opery stały się fetyszem elit i gwarancją statusu, lecz często w gąszczu zbytku i teatralności zatraca się świadomość tego, że każde dzieło ma swój konkretny i bardzo indywidualny przekaz. Dzięki festiwalowym propozycjom mogliśmy wstać z wytartych siedzisk i doświadczyć muzyki inaczej niż zwykle – otworzyć na dźwięk nie tylko swoje uszy, ale i całe ciało. Przywrócić ją do życia.

Znaczna część dzieł zaprezentowanych w Nowym Teatrze pozwoliła na to, by przeżyć wszystko bardzo osobiście. „Utwory »jeden na jeden« pokazują, że w kontekście fokusu, efemerycznego piękna czy pogłębienia relacji między utworem i widzem rozmiar możne mieć duże znaczenie, tyle że czasem mniej znaczy więcej”[4].  To właśnie relacja między widzem a wykonawcą podczas dwóch dni Instalakcji nabrała szczególnego znaczenia, gdy zburzona została nasza czwarta ściana i kiedy tych dwoje zostało postawionych możliwie najbliżej siebie. Wiemy bowiem doskonale, co się dzieje, gdy obserwujemy artystę, jednak co się stanie, kiedy także artysta będzie obserwował nas?

 

 

[1] Zapowiedź festiwalu – Wojciech Blecharz, kurator; źródło: http://www.nowyteatr.org/pl/event/instalakcje_7, dostęp tu i dalej: 21.08.2018.

[2] Tadeusz Różewicz, Kartoteka, w: Stara kobieta wysiaduje książka programowa, Teatr Współczesny im. E. Wiercińskiego, Wrocław 1969, ss. 2–3; źródło: http://www.e-teatr.pl/pl/programy/2013_11/51981/stara_kobieta_wysiaduje_teatr_wspolczesny_wroclaw_1969.pdf.

[3] Tamże.

[4] Zapowiedź festiwalu – Wojciech Blecharz; źródło: http://www.nowyteatr.org/pl/event/instalakcje_7.