System Failure, No Recovery

Dorota Kozińska / 11 maja 2014
Zwycięstwo nad słońcem, fot. Krzysztof Bieliński

Zwycięstwo nad słońcem, fot. Krzysztof Bieliński (facebook.com/operanarodowa)

Miałam napisać tylko o muzyce Sławomira Wojciechowskiego i Marcina Stańczyka. Muzyce, która w moim wciąż naiwnym przeświadczeniu powinna była odegrać rolę pierwszoplanową w tegorocznej odsłonie „Projektu P”. I uświadomiłam sobie, że po jednokrotnym wysłuchaniu i obejrzeniu Zwycięstwa nad słońcem i Solarize mogę się zdobyć tylko na garść banałów wobec tego pierwszego i gromki jęk zawodu w stosunku do drugiego. Cóż z tego, jeśli znów się przyznam, że mam słabość do „neomodernistycznej” metody twórczej Wojciechowskiego? Że lubię jego precyzyjne, czułe na każdy szmer układanki dźwiękowe, z ducha tyleż webernowskie, co lachenmannowskie. Tę muzykę stuknięć, puknięć, szumów i przetworzeń elektronicznych, z których ktoś, kto zechce i umie, poskłada sobie cały świat – ale nieprędko, bo jej istotą jest ciągła potrzeba szukania, dopasowywania, zamiany niepasujących elementów na inne, wszystkie równie intrygujące i obce, bo przychodzące z krainy wiecznego eksperymentu: z tożsamością samego dźwięku, z jego artykulacją instrumentalną, próbą „dopasowania” do ludzkiego aparatu mowy i śpiewu (króciutka, brawurowa partia Sopranistki w wykonaniu Barbary Kingi Majewskiej). Że cenię narrację muzyczną Wojciechowskiego za jej wewnętrzną dyscyplinę, za wyraźny, wręcz organiczny puls, który niesie ją szybciej, niż potrafimy za nią nadążyć, a mimo to nie ustajemy w pościgu, ciekawi, co będzie dalej. Że wyczuwam w jego twórczości modernistyczną wiarę w sens sztuki, moc rozumu i nieprzemijalność pewnych wartości. Choćby swobody głoszenia tego, co sam uważa za słuszne.

Podobnie bliska – choć z innych powodów – jest dla mnie muzyka Stańczyka, wbrew pozorom zdyscyplinowana, dopracowana w najdrobniejszych szczegółach, opatrzona niezwykle obszernym komentarzem autorskim. Z tych wszystkich brudów, zgrzytów i hałasów, które u Wojciechowskiego składają się w ściśle wykoncypowaną, odrobinę chłodną muzykę maszyn, u Stańczyka wyłania się falujący, rozedrgany ocean pramaterii – trochę jak u Lovecrafta, „sączący się jak pierwotny śluz w atomowym chaosie, na zawsze poza najdalszymi ze znanych punktów w czasie i przestrzeni”. Stańczyk gra przede wszystkim barwą, także w intrygujący sposób zniekształconą, szuka niespodziewanych interakcji brzmieniowych między instrumentami, wydobywa frapujące współbrzmienia z ukrytych zakątków własnej i cudzej pamięci dźwiękowej. Tak w każdym razie było na samym początku Solarize, w rozkołysanym preludium, którego „nieoznaczoność” udało się celnie podkreślić dyrygentce Marcie Kluczyńskiej. A potem pierwotny śluz zapadł się z powrotem w atomowy chaos – ni to free jazzu, ni to rave’u, ni to J-popu w jego najtandetniejszym, najbardziej komercyjnym wydaniu. Nie z winy Stańczyka. Z powodu koncepcji Krzysztofa Garbaczewskiego, który narzucił obydwu kompozytorom wizję dramaturgiczną, librecistów i współpracujących z nim na co dzień aktorów. Wojciechowski wyszedł z tego starcia dość potargany, ale bez większego uszczerbku. Stańczyk padł na deski mniej więcej w dziesiątej minucie: reszta Solarize rozegrała się wśród ogłuszającego łomotu, który z pewnością nie przypominał głęboko przemyślanej, eksplorującej nieznane obszary percepcji muzyki łódzkiego twórcy.

Co nie zmienia faktu, że obydwaj panowie dali się zrobić w konia. Przez modnego reżysera, który nie ma bladego pojęcia o specyfice pracy w teatrze muzycznym, przez TW-ON, który od samego początku nie ma pomysłu na „Projekt P” i traktuje go jako swoistą kontrybucję wobec namolnego środowiska muzyki współczesnej, domagającej się obecności na jednej z najważniejszych scen operowych w Polsce, wreszcie przez mainstream, który nie oczekuje od nich niczego poza tym, by stworzyli neutralny podkład muzyczny pod spektakl, który przez okamgnienie będzie na ustach wszystkich, opatrzony bałamutną etykietką „wydarzenia kulturalnego”.

I chyba to ostatnie niesie z sobą największe niebezpieczeństwo. Życie kulturalne w Polsce toczy się ostatnio na łamach stabloidowanych gazet codziennych, w radosnej, beztroskiej blogosferze, która każdy komunał przyjmie za dobrą monetę, na hipsterskich salonach, które z przerażającą skutecznością zajęły miejsce zatęchłych, cuchnących naftaliną salonów drobnomieszczaństwa. W tej atmosferze wszelkie brednie chłonie się jak prawdę objawioną: androny o rzekomej przypadłości muzyki najnowszej, która boi się dużych form, bzdury o dostojnych instytucjach operowych, które próbują się otworzyć na świat eksperymentów dźwiękowych. To już nie zbrodnia, to błąd, jak powiedziałby Joseph Fouché, minister policji za panowania Napoleona. Mam coraz bardziej dojmujące wrażenie, że zamiast się zbliżać do cywilizowanego świata muzycznego, oddalamy się odeń z prędkością światła. W ostatnich dziesięciu latach zobaczyłam na scenach europejskich przynajmniej kilkanaście doskonałych przedstawień nowego teatru operowego. Kolejne kilkadziesiąt znam z płyt, internetu oraz transmisji radiowych. W nowojorskim Center for Contemporary Opera organizuje się publiczne czytania nowych librett, otwarte próby, warsztaty, atelier ze śpiewakami, konkursy na nowe utwory. Kompozycje „z pogranicza”, wykraczające poza ścisłą definicję opery – instalacje, performansy, dzieła teatru muzycznego – są integralną częścią wszystkich najważniejszych festiwali muzyki współczesnej, a często też przedmiotem festiwalowych zamówień kompozytorskich.

Ktoś powie, że Kozińska nie rozumie się na nowej sztuce. Bynajmniej. Kozińska jest po prostu wyczulona na wszelkie przejawy hucpy. Zanim obwieścimy kryzys opery współczesnej, zastanówmy się wpierw, co to właściwie jest, i jakie warunki trzeba zapewnić twórcom, żeby coś takiego w ogóle powstało. TW-ON nie jest do tego miejscem odpowiednim, podobnie zresztą, jak nie jest najwłaściwszym miejscem do wprowadzania nowicjuszy w świat opery tradycyjnej. To instytucja nie tyle skostniała, co filisterska, koniunkturalna, zamykająca przestrzeń dyskusji, nastawiona przede wszystkim na społeczny poklask. Kłócić się, spierać, rozmawiać – potrzeba gdzie indziej i z kim innym. Z początku będzie trudno i w „Wyborczej” o nas nie napiszą. Oby to była najniższa cena za wolność twórczą i wierność wyznawanym zasadom.

Dorota Kozińska