Miejska ważka, czyli o warszawskim koncercie Regan Bowering jako o performansie

Hanna Raszewska-Kursa / 29 kwi 2026

Sala im. Wojciecha Krukowskiego, Laboratorium CSW Zamek Ujazdowski, 26 marca 2026. Podesty tworzą wznoszącą się schodkową widownię, ale pierwsze dwa rzędy krzeseł ustawiono półkoliście na scenie, skracając dystans między publicznością a miejscem akcji. Układ ten tworzy kameralną atmosferę, zachowano jednak odległość, dzięki której nasza bliskość nie przytłacza przestrzeni gry. Czarna scena jest zasiedlona na planie trójkąta. Linia podstawy rysuje się na horyzoncie, a jej końce wyznaczają dwa cienie, rzucane na ścianę przez siedzącą za zestawem Regan Bowering, stanowiącą trzeci, frontowy wierzchołek figury. Drobna, ale mocno wyprostowana perkusistka, wydaje się integralną częścią wieloelementowej bryły złożonej z kompaktowo zsuniętych instrumentów. Szeroko rozstawione nogi stabilizujące postawę, nikną za bębnami i tylko wystające z boków czubki butów pozwalają domyślić się układu ciała. Skład zestawu na pierwszy rzut oka wygląda dość typowo, oprócz może faktu, że talerze są zdjęte ze statywów i półkryją się po bokach. Uważniejsze spojrzenie wychwytuje jednak dodatkowe, najwyraźniej elektroniczne, obiekty, przymocowane do obręczy niektórych bębnów; kombinację instrumentów uzupełniają nieidentyfikowalne dla laickiego oka urządzenia rozmieszczone na przylegających do zestawu jasnych stołkach.

fot. Agata Tkaczyk

Bowering wydobywa dźwięk na różne sposoby; oprócz tradycyjnych pałeczek, którymi uderza w membrany, czy filcowych główek, służących do pocierania kotła, operuje elektroniką. I kiedy oburącz porusza pokrętłami i suwakami, wyzwalając i korygując strumienie dźwięku, a także kiedy pulsacyjnie rotuje nadgarstki i końcami rozczapierzonych palców koliście przesuwa po membranach, jej ruch przywodzi na myśl motorykę obserwowaną zwykle przy zupełnie innego rodzaju instrumentach, bo podczas gry na klawiszach. Precyzyjne, celowe gesty szybko i pewnie docierają do określonych punktów, reagują na zmiany brzmień i generowanego przez nie nastroju. A ten jest niezwykły. Mimo ascetycznego charakteru muzyki improwizująca perkusistka przyciąga uwagę jak magnes i nie pozwala jej odpłynąć. Czasem kołysze słuch w hamaku repetycji, czasem budzi napięcie wyrazistą zmianą natężeń i wysokości dźwięków, nieprzerwanie utrzymuje w publiczności ciekawość rozwoju sytuacji. Zarazem nie wchodzi w rolę szamanki: nie zamyka percepcji w hipnotycznej dezorientacji, lecz wprawia ją w tryb odbioru aktywnego, w którym receptory zaczynają generować twórcze odpowiedzi.

Głębokie zanurzenie w tym, co się dzieje, uruchamia moją wyobraźnię i wyzwala strumień obrazów dostępnych tylko wewnętrznemu wzrokowi. To nie jest perkusistka i to nie jest koncert. To olbrzymia ważka opowiada swoją historię. Ciało Bowering to korpus owada, zestaw instrumentów to pancerz okrywający tułów, a cienie na tylnej ścianie sali to barwione czarnym ornamentem krawędzie kilkumetrowych przezroczystych skrzydeł. Ciągły, długi dźwięk, nie bardzo wysoki, ale wyraźnie sugerujący, że w każdej chwili może się takim stać, to wibracja, którą wybuczają nośne błony chitynowe utkane z rytmu i linii melodycznej, żyłkowane poezją. Pierwszy utwór, stanowiący połowę około czterdziestopięciominutowego wieczoru, staje się dla mnie relacją z lotu ważki: o szybkim nurkowaniu w powietrzu, o upajającym oddychaniu słońcem wpadającym w przetchlinki rozmieszczone na całym tułowiu, o elektryzującej iluzji omnipotencji wywołanej zapachem deszczu, odbieranym receptorami, jakich ludzkie doświadczenie nie pozwala sobie wyobrazić – muzyka jednak na chwilę mąci granice międzygatunkowe i pozwala dotknąć myślą wizji: jak by to było, żyć ciałem drapieżnego owada. Żaden z dwóch improwizowanych utworów składających się na koncert nie ma tytułu, który mógłby stanowić wskazówkę interpretacyjną lub ograniczenie swobody odbiorczej. Dzięki temu w podążaniu za rozwijającymi się w moim umyśle obrazami czuję się przyjemnie wolna.

fot. Agata Tkaczyk

Drugi utwór zaczyna szybkie staccato, dobitnie wystukiwane na tle długiego, stabilnego burdonu. To nie jest, jak mogłabym się spodziewać, dźwięk ważkowych łapek, przebierających po błyszczących rosą liściach nenufarów. Mamy do czynienia z cywilizacją przemysłową: ważka jest w mieście, mknie po metalowym dachu oświetlonym ulicznymi latarniami. Barwa jej tupotu połyskuje chłodem, a dynamika drży rozkosznym napięciem. Owadzica przemieszcza się po nieorganicznych liniach prostych, upojona transem bezcelowego biegu jako przyjemnością samą w sobie. Fasetki oczu umieszczonych po bokach głowy komponują kraj-obrazy, a przyoczka przeszywają nisko wiszącą warstwę smogu i chłoną księżyc. Ta technoważka nie zatraciła nic z delikatności, która towarzyszyła jej dorastaniu nad leśnym jeziorem, ale to miejska geometria jest żywiołem dla niej właściwym. Wraz ze wzrostem natężenia elektronicznego jęku i zmianą rytmu bębna następuje maszynowo-cielesna transformacja: skrzydła na przemian teleskopowo skracają się i wydłużają, zmieniając przy tym kolor. Nie są już błyskotką flirtującą z promieniami słońca, lecz zwierciadłami dla mostów i wieżowców.

Nagle wysokość dźwięku obniża się i nabiera pomrukującej mrokiem gęstości, a ważka odrywa się od dachu i rzuca w dół. Nie po to jednak, by kreślić w powietrzu wzory, które przywołałyby leśno-jeziorne wspomnienia. Frunie prosto ku asfaltowej powierzchni, by zawisnąć nad nią i kontynuować lot wzdłuż linii krawężnika. Raz wyżej, raz niżej, ale cały czas blisko bitumicznej gładkości. Już nigdy nie będzie chciała przemykać między palcami nimf i zdobić włosów driad, jej miejsce jest tutaj, stąd czerpie rytm, który teraz odczuwa jak własny, jakby od zawsze była zaprojektowana do tego otoczenia przez Matkę Nienaturę. Nie wraca, zostaje – to koniec opowieści. Publiczność klaszcze długo i głośno, choć pewnie ważka przemierzała tylko mój umysł. Ciekawi mnie, co pojawiało się u innych, ale nakarmiona sycącym przeżyciem mam w sobie zgodę, żeby nigdy się tego nie dowiedzieć.

fot. Agata Tkaczyk

Przez cały czas trwania wydarzenia Bowering wydawała się fizycznie zrośnięta z zestawem. Pionowe i ukośne paski na czarno-szarym swetrze wpisywały jej ciało w wertykalną orientację statywów i mikrofonów, a lekko połyskująca srebrna biżuteria łączyła się wizualnie z opalizowaniem metalowych korpusów. Jednocześnie instrumentalistka stanowiła centralną oś tej raczej horyzontalnie rozmieszczonej i, wyjątkowo jak na perkusję, zwartej bryły, co podkreślało wiodącą rolę artystki. Delikatna wizualnie i jakby eteryczna, ale zarazem pewnie trzymająca stery, jedyny organiczny byt na scenie, w pełni sprawujący kontrolę nad sztuczną materią. Całość znakomicie oświetlono: ciepła żółtawość obejmowała centrum przestrzeni, tworząc kopułę o subtelnie rozmglonych, przejrzystych ścianach. Jednocześnie dwa strumienie chłodnej bieli puszczone z reflektorów – umieszczonych przy samej podłodze skraju widowni – rzucały na tył wspomniane wyżej cienie, tworząc precyzyjne rysunki o klarownych liniach, kontrastujące z miękko zarysowaną kopułą, ale i uzupełniające ją. Dla mojego odbioru, stałej gościni CSW, zapewne nie bez znaczenia był tu kontekst miejsca, które kojarzy mi się przede wszystkim z działaniami scenicznymi w obszarze tańca i ruchu oraz z performansami powstającymi na przecięciu choreografii i sztuk wizualnych.

Dlaczego właściwie po uczestnictwie wydarzeniu Pocztówki Dźwiękowej poczułam tak silną chęć napisania o nim? Chyba właśnie dlatego, że nie miałam poczucia, że wysłuchałam koncertu, ale że zostałam zaproszona na pełnowymiarowy performans. Działała tutaj nie sama muzyka. Warstwa dźwiękowa i wizualna splatały się w jednorodną całość, wytwarzając głębokie poruszenia w mojej choreologicznej percepcji, skalibrowanej na obiór kinestetyczny. Pierwsza część performansu zbudowała pewien obraz czy pejzaż, w którym można było się rozgościć, druga zaś wypełniła go zdarzeniami. „Regan Bowering to brytyjska perkusistka, kompozytorka i improwizatorka. W swojej twórczości bada rytmiczny i perkusyjny potencjał z pogranicza improwizacji, sztuki dźwięku i kompozycji eksperymentalnej” – można przeczytać w zapowiedzi prasowej. Potencjał ten w moim odczuciu jest znacznie szerszy niż same (choć i tak przeszywające) możliwości sound artowe: trzepoczą tu też skrzydła storytellingu i estetyki sceniczno-galeryjnej. Umiejętne uruchomienie przez artystkę wszystkich tych opcji naraz zabrało mnie w niezwykły lot.

Autorka serdecznie dziękuje Aleksandrze Kleinrok, wspaniałej koleżance zamieszkującej świat muzyki, za wspólne przedyskutowanie koncertu i lekturę wstępnego szkicu tekstu.