Dopiero się rozkręcamy. Rozmowa z Pawłem Kapicą

Natalia Glinka-Hebel / 11 paź 2026

Natalia Glinka-Hebel: Chciałabym zacząć od gratulacji za nagrodę Ministry Kultury i Dziedzictwa Narodowego – było to chyba miłe rozpoczęcie świętowania dwudziestolecia waszej działalności, prawda? Ciężko uwierzyć, że jesteście już 20 lat na scenie, nie tylko polskiej. Jak czujecie się jako dwudziestolatkowie?

Paweł Kapica: Szczerze mówiąc, my też nie wierzymy, że to już 20 lat. Ale te ten okres był trochę krótszy niż 20 lat. Mam na myśli to, kiedy naprawdę zaczęliśmy działać porządnie. Oczywiście, liczymy 20 lat od pierwszego koncertu, który odbył się w 2006 roku, i na którym między innymi graliśmy Beethovena. To było celowe, ponieważ każdy szanujący się kwartet, który zaczyna, musi zagrać coś klasycznego, żeby popracować nad wspólnym warsztatem. Kolejnymi kompozycjami był Górecki i jakaś fajna jazzowa transkrypcja jednego z utworów. To już było pewne, że będziemy się zajmować muzyką współczesną, tylko ten Beethoven był takim punktem startowym, żebyśmy poćwiczyli troszeczkę wspólną intonację, artykulację i tak dalej. Ale przez 5 pierwszych lat zagraliśmy dosłownie może 10 koncertów, bo to się dosyć długo rozkręcało; to był też taki okres, że rodziły się dzieci i rodzinne, prywatne sprawy mocno angażowały nas wszystkich. Wszystko ruszyło dopiero w 2012 roku, kiedy rozpoczęliśmy organizację festiwalu, którego, nota bene, pierwsza edycja odbyła się w Sopocie.

NGH: Czyli w dowodzie odejmujecie sobie trochę lat?

PK: Nie do końca. Jeśli liczy się to, kiedy zaczęliśmy grać, kiedy powstała intencja wspólnego grania, kiedy powstała nazwa – to jest 20 lat. Dużo dzieje się u nas od 2012 roku.

NGH: Po prostu czujecie się młodsi.

PK: Tak, my generalnie czujemy się dosyć młodo. Jeszcze bardziej, od kiedy dołączył do nas Antek Majewski. A propos bycia młodym, to ktoś nas parę razy namawiał na złożenie aplikacji do nagrody młodych talentów Siemensa. Orientowaliśmy się, jak to mogłoby wyglądać, ale jak sprawdzaliśmy, to wymagana średnia wieku w zespole wynosiła 35 lat. Wtedy grał z nami jeszcze Krzysiek [Pawłowski]. Padło pytanie, jak młodą osobę musielibyśmy przyjąć, żebyśmy mogli się załapać na tę średnią 35. Wyszło minus 7 (śmiech).

NGH: Czyli nowy członek zespołu jeszcze się nie urodził; urodzi się w 2033 (śmiech).

PK: Tak, śmieszna historia, ale my de facto zaczęliśmy dosyć późno, jak na muzyków, grać ze sobą. Zespoły często zawiązują się na studiach, gdy muzycy mają 20, 21 lat. Myśmy ze sobą zaczęli grać parę lat po studiach, mając po 28. Nie było czasu na to, żeby jeździć na jakieś inne studia. Po prostu zaczęliśmy od początku budować naszą ścieżkę po swojemu. 20 lat minęło i to super uczucie, że już tyle rzeczy się wydarzyło, ale powiem szczerze, że ja i moi koledzy i koleżanki z zespołu mamy przeświadczenie, że tak naprawdę dopiero się rozkręcamy. Dopiero teraz poczuliśmy, jak pewne rzeczy mogą działać. Wcześniej to było bardziej odkrywanie jakiejś drogi, a teraz mam wrażenie, że jak już wiemy, to jeszcze łatwiej nam pewne rzeczy robić. „Łatwiej” brzmi może dziwnie, bo nigdy nie wiemy, co się wydarzy, ale z perspektywy organizacyjnej jest nam teraz dużo prościej działać niż 15 lat temu, kiedy w zasadzie o każdy koncert był nieznanym terenem – telefony, rozmowy, nawiązanie relacji… Teraz dostajemy dosyć dużo propozycji, co jest bardzo miłe, ale cały czas staramy się działać po swojemu, żeby zachować kierunek, który nas najbardziej interesuje, żeby to nie było funkcjonowanie reaktywne, tylko bardziej proaktywne. Żebyśmy też starali się, w pewnym sensie, kreować ten nasz świat.

 

NGH: Czy w związku ze zmianą w składzie i tym, że dołączył do was Antoni, w pewien sposób odkrywacie się na nowo? Czy dynamika zespołu się bardzo zmieniła, czy coś was zaskoczyło?

PK: Dynamika się zmieniła, o jakieś 25%, bo jedna osoba [z czterech] jest zupełnie inna niż była. Wiadomo, każdy wiolonczelista jest inny – Krzysiek jest inną osobowością, Antek jest inną osobowością, i ma to na pewno wpływ na to, jak wygląda zespół. To jest jednak naturalny proces, bardzo interesujący dla nas, jako trójki muzyków, którzy byliśmy w zespole od początku i mamy wspomnienia z tego, jak to było we wcześniejszym składzie Ale co najważniejsze w kontekście tej sytuacji – która nie była dla nas łatwa, bo trochę znienacka Krzysiek nas poinformował o odejściu, nie było żadnych symptomów – ciągle jesteśmy przyjaciółmi, świetnie nam się grało razem, tak naprawdę się wszystko rozkręcało. W grudniu zeszłego roku mieliśmy wiele prób, bo czekało nas dużo różnych koncertów, i na jednej z prób Krzysiek podniósł głowę i powiedział, że musi odejść z NeoQuartetu, na co nam po prostu opadły szczęki. Zapadła piętnastominutowa cisza i od tego zaczął się proces zmiany, który trwał tak naprawdę do maja. Krzysiek – fajnie z jego strony, bo mieliśmy bardzo dużo działań do końca kwietnia – powiedział, że zostanie z nami do momentu, kiedy będziemy mieli zapewnionego następnego wiolonczelistę. Myśmy bardzo szybko się zdecydowali – Antka znaliśmy notabene  tylko z Instagrama – bo podobało nam się, że jest rzeczywiście świetnym wiolonczelistą, na dodatek bardzo skoncentrowanym na muzyce współczesnej. Postanowiliśmy przyjąć osobę, która nie będzie musiała przekonywać się, że zgrzytanie na wiolonczeli jest czymś fajnym. On już to wie, lubi i mógł od razu wskoczyć w utwory. Ta dynamika się zmieniła, bo o ile Krzysiek jest takim zwierzęciem energetycznym, rzuca się na wszystko – co ma swoje plusy i minusy – to Antek ma niesamowite wyczucie czasu, wspaniałą muzykalność i uwielbienie muzyki współczesnej. W zasadzie minęło kilka miesięcy i nie było kiedy zastanowić się nawet nad tym, czy nam się gra dobrze, czy źle. Dobrze się rozumiemy, różnica wieku nie gra jakiejś wielkiej roli. Antek jest fajnym, dojrzałym człowiekiem. Ma też świetny background, o czym nie wiedzieliśmy – jego rodzina zajmuje się sztuką współczesną. Wnosi do naszego zespołu wrażliwość nie tylko na muzykę, ale generalnie na sztukę najnowszą co uważam za olbrzymi atut i duży plus w kontekście tego, co się zmieniło w naszym zespole.

fot. Łukasz Ziętek

NGH: Kiedy Krzysiek ogłosił, że odchodzi, nie mieliście nawet przez chwilę takiej myśli, że chcecie rozwiązać zespół?

PK: Następnego dnia, kiedy spotkaliśmy się we trójkę na lotnisku – akurat tak się złożyło, że lecieliśmy osobno do Budapesztu – mieliśmy super okazję, żeby na ten temat pogadać sami i pierwsza deklaracja, która padła od każdego z nas, była taka, że kontynuujemy. To nie było nawet wywołane jakimś pytaniem, co robimy, czy działamy dalej. Po prostu każdy powiedział od siebie, że działamy dalej, nie mamy żadnych wątpliwości i po prostu kontynuujemy, mimo że coś się skończyło.

NGH: To też świadczy o tym, że po tylu latach funkcjonujecie jak jeden organizm i to jest super, bo gdyby był rozdźwięk i jedna osoba chciałaby kontynuować, a ktoś inny stwierdziłby, że może jednak bez Krzyśka to nie będzie to samo, to mogłoby potem rzutować na dalszą współpracę i jakieś wątpliwości. Skoro byliście jednomyślni, pewnie też jednomyślnie wybraliście nową osobę; można powiedzieć, że to NeoQuartet, wersja 2.0. A jeżeli chodzi o liczby, to wracając do waszego dwudziestolecia, macie teraz cykl 20 na 20. Zanotowałam taki cytat: „od 20 lat tworzymy, prawykonujemy i promujemy nową muzykę. Nasz jubileusz świętujemy w najlepszy możliwy sposób – powstaniem 20 nowych kwartetów smyczkowych napisanych specjalnie dla NeoQuartet przez kompozytorów z Polski, Europy, Azji i Ameryki Północnej”. Zastanawiałam się według jakiego klucza dobieraliście utwory na ten cykl.

PK: Te utwory przede wszystkim miały powstać w 2026 roku i my, jako Neo Quartet, mieliśmy je prawykonać. To nie musiało być w Gdańsku, ale od stycznia do grudnia – jeśli ktoś dla nas napisał utwór w tym roku i prawykonaliśmy go w styczniu czy w lutym, to też wchodził w tę grupę. To nie było takie proste, bo tych utworów, które zostały napisane dla nas w tym roku jest 25 czy 27. Mamy jeszcze utwory „rezerwowe”. A jeśli chodzi o kompozytorów, to przede wszystkim graliśmy to, co wiedzieliśmy, że będzie napisane dla nas w tym roku. Mieliśmy już wcześniej jakieś plany, bo często dogadujemy się z kompozytorami z dużym wyprzedzeniem. Wśród twórców, z którymi współpracujemy, są kompozytorzy polscy, europejscy, czy azjatyccy, oraz, na przykład, amerykański kompozytor, który doszedł do tej grupy w międzyczasie, ponieważ w przyszłym roku jedziemy do Stanford na rezydencję, i dzięki tej sytuacji poznaliśmy jednego z profesorów, który zaproponował, że chciałby napisać dla nas utwór. Dodatkowo mamy jeszcze konkurs kompozytorski, z którego będziemy mieli trzy kompozycje. Propozycje cały czas spływają. My jako kwartet nie mamy za bardzo w to wglądu, bo zajmuje się tym nasza asystentka, Anna Wodzyńska. My nie powinniśmy nawet mieć w to wglądu, nie powinniśmy wiedzieć, kto wysyła nam te utwory. Dowiemy się dopiero około 15 listopada. Liczymy, że będzie sporo kompozycji. Wybierzemy z tego trzy multimedialne utwory, które zaprezentujemy na koncercie w grudniu. Czyli, reasumując, wchodziło w to kilka kryteriów, począwszy od tych związanych z premierą i napisaniem utworu, kończąc na naszych osobistych relacjach z kompozytorami, którzy, kiedy mówiliśmy im o tej propozycji, to chcieli być częścią projektu. Na niektóre kompozycje udało nam się pozyskać fundusze, czy to z NIMiTu [Narodowego Intytutu Muzyki i Tańca], czy z innych instytucji, a część kompozytorów sama zdecydowała, że chciałaby coś napisać. Dla nas to fajny challenge – 5 lat temu było 15 na 15, teraz jest 20 na 20. Zastanawiam się, co to będzie w przyszłości. Wielką inspiracją do tego projektu był Kronos Quartet – zrobili dwuletni projekt 50 for the Future. Kompozytorzy z całego świata napisali dla nich 50 utworów. No cóż, nie chcemy odstawać – mam nadzieję, że dojedziemy do 50.

NGH: To ledwo skończycie jedną celebrację i będzie trzeba rozpoczynać drugą (śmiech).

PK: Możliwe, że będziemy robili to przez 5 lat.

NGH: Mam wrażenie, że kompozytorzy bardzo chętnie dla was tworzą. Macie z czego wybierać podczas 20 na 20. Zastanawiałam się, z czego to wynika. Może z samej charakterystyki pracy z wami, która jest przyjemna, a może kwartet smyczkowy wciąż jest atrakcyjną formą dla kompozytorów?

PK: Myślę, że to i to. Bo kwartet jest uważany przez dużą grupę kompozytorów za bardzo klasyczny przykład i formę kompozycji, w której kompozytor tak naprawdę się sprawdza. Jest duży background kwartetów – Beethovena, Mozarta, Haydna, i wielu kompozytorów trochę boi się do niego podejść. Oczywiście bardzo mocno generalizuję, bo możliwe, że wielu kompozytorów powiedziałoby, że wcale tak nie jest. Ale z drugiej strony wielu z którymi rozmawiam mówi, że to pewnego rodzaju wyzwanie: prosta struktura, tylko cztery głosy, a jednocześnie bardzo szeroki ambitus tych głosów; od niskich do wysokich.

NGH: I bogata tradycja, tak jak mówiłeś.

PK: Do tego dźwięk kwartetu jest dosyć monolityczny. Nie ma czegoś takiego, że wrzucimy klarnet, skrzypce, elektronikę, i to będzie urozmaicało sonorystyczny wydźwięk kompozycji. Tutaj naprawdę w sensie akustycznym to wyzwanie dla kompozytorów. Myślę, że też dlatego jest to atrakcyjne. To po pierwsze. Po drugie, my staramy się z szacunkiem podchodzić do każdego kompozytora, każdego twórcy. Nie staramy się wartościować. Jeśli współpracujemy z kimś, to zawsze jest to bardzo miła sytuacja. Wydaje nam się, że jesteśmy sympatycznymi ludźmi i staramy się przyjaźnie podchodzić do wszystkich. Jeśli ktoś chce dla nas coś napisać, to wspaniała informacja. Jesteśmy wdzięczni za to, że ktoś ma ochotę z nami współpracować. Czy to młody, czy dojrzały kompozytor, czy kompozytorka – to nie ma znaczenia. Świat muzyki współczesnej polega na relacjach między kompozytorami a wykonawcami. My wzajemnie wspieramy siebie i  nasze kariery. Kompozytorzy często są szefami festiwali, albo to wykonawcy mają swoje festiwale. Nie ma tam za bardzo miejsca na agencje. To bardzo ciekawy świat, w którym przyjacielskość i relacje prywatne grają najważniejszą rolę. Istotne jest również to, czy mamy flow pomiędzy kompozytorem i nami. Nie przypominam sobie sytuacji, żeby nie było jakiegoś flow z kimś, z kim współpracowaliśmy. Wszyscy, którzy z nami współpracowali mają bardzo pozytywne wspomnienia, tak samo jak i my. Kompozytorzy często chcą wracać. Jeszcze jedną ważną rzeczą jest to, że gramy sporo koncertów. A najbardziej istotne dla twórców – z tego, co zauważyliśmy – jest to, że ich utwory są grane. Jeśli są grane, to oni się cieszą, my się cieszymy i kółko się zamyka. Kiedyś mieliśmy propozycję, żeby zrobić wideo-wersje utworów i umieścić je na YouTube z doskonałym audio. Wielu z nich powiedziało, że nie do końca są zainteresowani tym, żeby wielka kolekcja ich utworów była na YouTube. Oczywiście ich to interesuje, ale najbardziej interesuje ich to, żeby te utwory były po prostu grane na koncertach.

NGH: Jesteś bardzo skromny, bo NeoQuartet ma już swoją renomę, jeśli chodzi o wykonawstwo muzyki współczesnej. Dla kompozytora to pewnie też bardzo istotne, że zespół o tak ugruntowanej pozycji wykonuje jego utwory.

PK: Inna perspektywa jest pewnie jak się patrzy na nas z zewnątrz, a inna jak się patrzy od środka, ponieważ my po prostu robimy swoją robotę. Codziennie nad czymś pracujemy, mamy próby i nie ma tam miejsca na zastanawianie się, czy już jesteśmy uznanym kwartetem czy nie. Zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy doceniani. I cieszymy się z tego. To też widać po kolejnych ciekawych propozycjach koncertowych, ale nie mamy czasu, żeby się na tym koncentrować. Przy takiej ilości działań nasze dni wyglądają dość prozaicznie – mój dzień wygląda tak, że wstaję rano, trochę się porozgrywam na skrzypcach, potem siadam na cztery godziny do komputera i pracuję nad  rzeczami organizacyjnymi. Potem mamy próbę, podczas których pracujemy nad nowymi utworami – prawie na każdym koncercie gramy nowe kompozycje. Jeśli mamy dużo koncertów, to siedzimy codziennie i pracujemy. Potem jest koncert, jest fajnie, sympatycznie, są brawa. Cieszymy się z tego. Ale to po prostu jest taka szara codzienność kwartetu.

fot. Łukasz Ziętek

NGH: Szara codzienność kwartetu, ale czasem jak ktoś spróbuje podsumować wasze działania, no to tak: organizujecie festiwal od 2012 roku, wydaliście pełno albumów, w tym z muzyką autorską, dostaliście nominację do Fryderyka, a do tego wśród tych wszystkich działań macie na swoim koncie projekty edukacyjne, NeoEduArte czy Bach w Piach. Z czego wynika u Was potrzeba działań edukacyjnych? Uważacie, że wciąż potrzebna jest edukacja słuchaczy, w tym najmłodszych, w zakresie muzyki nowej?

PK: Oczywiście, jest potrzebna i będzie zawsze potrzebna. Może nie jest to clou naszej działalności, bo jest nim po prostu granie koncertów. To najważniejsza rzecz, którą robimy. Nasze działania edukacyjne wynikają z tego, że jako ludzie, którzy są w tej branży, widzimy i obserwujemy to, co się dzieje na świecie, zdajemy sobie sprawę, że edukacja, pokazywanie pewnych możliwości młodym ludziom jest piekielnie ważne. Bo jak nie my, to nikt tego inny nie zrobi. W szkole tego nie mają. Więc robimy tyle, ile możemy w tym temacie. Jak są propozycje działań edukacyjnych – bo akurat Bach w Piach był taką propozycją – to zawsze bierzemy w tym udział. Robiliśmy też projekty, podczas których graliśmy koncerty w szkołach. I to też było super przeżycie dla nas, bo nie spodziewaliśmy się, jaką niesamowitą energię możemy też dostać od uczniów w wieku między 7 a 14 lat, grając na przykład Pendereckiego w sali gimnastycznej. Mieliśmy pewne doświadczenia ze swoimi dziećmi i dziećmi, które przychodziły na nasz festiwal. Byliśmy pewni, że te dzieci, które nie mają jakiegoś punktu referencyjnego, po prostu nie są uprzedzone. Nie zastanawiają się nad tym, nie mają żadnych przekonań na ten temat. Te dzieci dobrze reagowały, tańczyły, jak graliśmy muzykę współczesną, nawet te najbardziej awangardowe rzeczy. Byliśmy pewni, że dzieci świetnie to przyjmą. Mieliśmy więcej wątpliwości, czy my sobie z nimi poradzimy przez te 45 minut. Ale zawsze się udawało. Kiedyś zagraliśmy 4′33″ Cage’a w wersji 55 sekund, żeby za bardzo nie wydłużać tematu, to te miny, które widzieliśmy, były po prostu bezcenne. Cieszę się, że udało nam się zrobić takie rzeczy. I byłoby super robić ich więcej, ale to wszystko zależy tak naprawdę od pieniędzy i od czasu. W kontekście pieniędzy chodzi mi o to, że każdy projekt po prostu angażuje pewnego rodzaju środki. Musimy wynająć fotografa. Musimy kogoś prosić, żeby nagrał film. Nawet jeśli my nie pobieramy żadnego wynagrodzenia za taki projekt, to i tak to kosztuje. Przyziemne, ale prawdziwe. Zawsze odbywa się to dzięki wsparciu różnych instytucji. Jesteśmy bardzo wdzięczni, że jest taka możliwość, że możemy aplikować, że te pieniądze są. I w Polsce na tę chwilę jest ich coraz więcej. Nie wiem, jak będzie w przyszłości, ale to jest budujące. Wydaje mi się, że to, że rozwinęły się takie zespoły na rynku muzyki współczesnej w Polsce, jak nasz zespół, czy Hashtag [Ensemble], czy Sepia [Ensemble], czy Spółdzielnia [Muzyczna], czy Kompopolex, to dzięki temu, że pojawiły się też możliwości organizacyjne, instytucjonalne. Że NGOs mogły same aplikować i że cały system dystrybucji środków na kulturę się zdecentralizował. Dlatego działamy w edukacyjnej branży i przy każdej możliwości staramy się robić taki projekt. Teraz będziemy na przykład robili w grudniu dwugodzinny wykład dla Szkoły w Chmurze, która jest chyba najliczniejszą szkołą w Polsce, bo uczy się tam kilkaset tysięcy dzieci. Nie wiem dokładnie, dla ilu odbiorców my będziemy dawać wykład online, ale z przyjemnością przyjęliśmy taką propozycję. Raz, że pozytywnie wpływa to na wiedzę o nas, dwa, buduje nam widownię, a trzy, wpływa pozytywnie na całe społeczeństwo, bo ciągle mamy to przeświadczenie wewnętrzne, że kultura i sztuka, szczególnie ta współczesna, pobudza kreatywność i ma świetny wpływ na samą społeczność. To dosyć kluczowe w kontekście rozwoju, dobrego rozwoju demokracji czy nawet dobrobytu, tego, że ludzie są bardziej pomysłowi. Mają zupełnie nowe połączenia w mózgu, jak przyjdą na koncert. Słyszą coś, co zupełnie wychodzi poza ich sferę wyobrażeń o tym, jak może wyglądać koncert, albo o czym ten koncert może być, albo co na nim zobaczą. I to jest udowodnione naukowo. Culture-based creativity to pojęcie znane wśród naukowców i nie tylko.

NGH: Kształcicie poniekąd nowe pokolenie słuchaczy i odbiorców muzyki współczesnej, w tym pewnie osoby, które w przyszłości będą brały udział również w festiwalu NeoArte. Chciałam również porozmawiać z tobą o zbliżającej się kolejnej edycji, od której dzieli nas niecały miesiąc. Gdy myślałam o NeoArte na przestrzeni tych lat, to dotarło do mnie, że to bardzo inkluzywny festiwal; bardzo bogaty, ale też bardzo inkluzywny. W tegorocznym programie są elementy stałe, czyli Maraton Neoarte, jest też cykl kuratorski. Zastanawiałam się, skąd bierzecie energię i pomysły, żeby przez tyle lat tworzyć wydarzenie, które jest tak inkluzywne i tak bogate, i się nie wypalić.

PK: Bywają momenty takie trudniejsze, to jasne, ale dla nas największą satysfakcją jest to, że od wielu lat widzimy ludzi, którzy przychodzą na festiwal i ta widownia się powiększa. Staramy się dbać o to, żeby tych ludzi było coraz więcej, i daje nam to niewątpliwie satysfakcję. Jestem producentem tego festiwalu, reszta zespołu robi może troszeczkę mniej rzeczy, ale dzielimy się w takim sensie, że każdy robi to, co lubi. To jest nasza zasada – nic na siłę. Ja akurat uwielbiam organizować pewne rzeczy, także świetnie się tam czuję.

NGH: Sprawdzasz się w zupełnie innej roli wtedy niż na co dzień, prawda?

PK: Tak, dokładnie. Sprawia mi dużą satysfakcję to, że pomysł, który rodzi się w głowie, nagle przeistacza się w coś, co jest w rzeczywistości. To największa nagroda, jaką może dostać każdy, kto realizuje swój pomysł: że on się materializuje. Tak jest też z festiwalem. Sama energia, która panuje podczas festiwalu, energia, która wynika ze spotkania z widownią, energia, która wynika ze spotkania z innymi artystami, jest niezwykła. Bo myśmy się tego nauczyli, jeżdżąc na różne inne festiwale, że festiwal jest po prostu miejscem, gdzie się spotykamy, gdzie pewne środowisko ludzi – twórców, widowni – jest razem; gdzie możemy pogadać, że następuje wymiana energii. Ale też spotykają się tam ludzie, którzy są troszkę do siebie podobni, którzy mają wspólne zainteresowania, którzy lubią te same rzeczy, którzy mają podobne doświadczenia. Czasami się śmieję, że mamy więcej bliskich znajomości na innym kontynencie, że przyjaźnimy się z ludźmi, którzy mieszkają w Korei, z którymi widzimy się raz na trzy lata, ale mamy z nimi taki flow, jakiego w życiu nie miałem na przykład z moim sąsiadem, którego widzę codziennie. Festiwal jest takim miejscem, gdzie możemy się spotkać; możemy spotkać się też z widownią, możemy inspirować się wzajemnie, też od widowni. Tu warto wspomnieć, że promujemy też w pewnym sensie sztukę współczesną i muzykę współczesną. Wiadomo, że jest to zawsze wynik wielu aspektów, które są ważne dla nas czy dla tych artystów, którzy do nas przyjeżdżają. Generalnie dajemy dosyć dużo swobody wszystkim artystom, którzy przyjeżdżają tutaj – może dlatego, że sami jesteśmy muzykami i wiemy jak to jest, że ta swoboda to rzadkość. Jeśli chodzi o festiwale, często mamy narzucone programy i mamy grać to, co kompozytor czy kurator chce. My też widząc, jak to się rozwija w Gdańsku, może trochę dostosowujemy się do miasta, które jest bardzo kreatywne i ma dużą wymianę między różnego rodzaju sztukami. W Gdańsku często współpracujemy z artystami sztuk wizualnych. Coś się dzieje, oni do nas przychodzą, my do nich. Szukamy, bawimy się wspólnie w nowe formy. Stąd też Syntezator Sztuki – nazwa, która zmieniła się po drodze. Jeszcze nigdy nie myślałem o tym, że festiwal mógłby się zakończyć, bo gra dosyć ważną rolę również dla nas w kontekście kwartetu. Jest taką, jak to ktoś pięknie nazwał, platformą wymiany wartości. To miejsce, gdzie możemy zdecydować, że zagramy jakiś projekt, który chcemy zrobić, z kim współpracować. I możemy powiedzieć: dobrze, to możemy ten program zrobić u nas, zapraszamy cię, bo coś nas inspiruje, na przykład jakiś kompozytor, który ma interesujący pomysł. Dla nas to od razu jasne, że jeśli mamy taki pomysł, to możemy to zrobić na naszym NeoArte. Dlatego to jest też ważna platforma dla NeoQuartet.

NGH: Na koniec chciałabym podzielić się taką refleksją, że od kilku edycji uczestniczę w NeoArte i z jednej strony widzę, że są punkty styczne – chociażby właśnie Maraton NeoArte – ale z drugiej strony co edycję jest jakaś niespodzianka i coś nowego. Czy mógłbyś powiedzieć z twojego punktu widzenia, jako organizatora, czym ta nadchodząca edycja będzie się różniła od tych poprzednich? Mam wrażenie, że co roku jest coś takiego.

PK: Myślę, że w tym roku dosyć istotnym elementem jest prezentowanie twórczości kompozytorów z państw bałtyckich. Tego nie było wcześniej. Mamy trzy koncerty w programie z muzyką  ze wschodniej strony Europy. Po pierwsze Justė Janulytė, którą już bardzo dawno chcieliśmy zaprosić, bo bardzo nas inspiruje i już od wielu lat gramy jej utwory. To był punkt wyjścia, który warunkował pójście w kierunku krajów bałtyckich. Mamy koncert dedykowany tym krajom, na który zaprosiliśmy artystów z Estonii, Litwy i  Łotwy. Myślę, że bardzo interesujący, który współkuratorował Antek Michnik. Będzie dość różnorodnie, bo mamy i Einike Leppik z jej multimedialną kompozycją, i Arturasa [Bumšteinasa] z Litwy, który zrobi trzydniowe warsztaty, a potem wykona wraz z grupą warsztatową swoją kompozycję, i Platonsa Buravickisa, który też jest bardzo interesującą osobą, którą poznaliśmy na Łotwie, gdy byliśmy tam kilka lat temu. To absolutnie szalony artysta i kompozytor, który zagra swój set na syntezatorze modularnym. Mamy też Ukrainę. Historia zaczęła się około 10 lat temu, od powstania Neo Temporis Group, czyli naszego projektu, który łączył zespoły z Kijowa, Lwowa i z Gdańska. To dla mnie też bardzo osobiste przeżycie, bo uważam, że po pierwsze artyści ukraińscy są warci pokazywania, bo robią znakomite rzeczy. Po drugie, widzę, że naprawdę jest im ciężko. Może my słyszymy o tym w mediach, ale chyba nie zdajemy sprawy – ja też sobie nie zdawałem sprawy – jak to może wyglądać. To, co wyróżnia na pewno tę edycję, to ten wschodni element, ale wydaje mi się, że też to, z czego ja się też cieszę na tej edycji – udało nam się w końcu zorganizować ten projekt, o którym myśleliśmy od pierwszego festiwalu, projekt gdzie gramy Different Trains na cztery kwartety. To olbrzymie wydarzenie logistyczne i finansowe, i ciągle się zastanawiamy, czy wszystko się domknie. Ale udało się zaprosić trzy kwartety oprócz naszego i zagramy ten Reichowski program w Centrum Św. Jana. Najpierw Triple Quartet, potem WTC 9/11, a na zakończenie Different Trains w wersji na cztery kwartety. Nie jestem pewien, czy ktokolwiek to zagrał w taki sposób na żywo. Mam nadzieję, że ten finałowy koncert przypadnie widowni do gustu. Generalnie mógłbym mówić o każdym dniu, że jest wyjątkowy, bo taka jest prawda, że ekscytujemy się każdym dniem.

NGH: Lepszej reklamy już nie mogłeś zrobić.

 

Materiał powstał we współpracy ze Stowarzyszeniem NeoArte, organizatorem festiwalu NeoArte. Syntezator Sztuki. Najbliższa edycja odbędzie się 21-25.10.2026 w Gdańsku. Więcej informacji, program oraz bilety: Program :: NeoArte – Syntezator Sztuki