Dźwiękowe zjawiska 2019

Agata Pasińska, Antoni Michnik, Jan Topolski, Natalia Górecka / 31 grudzień 2019

Koniec roku to dobry moment, aby podsumować ważne dla niego wydarzenia. Co działo się przez ostatnie 12 miesięcy i jakie doświadczenia temu towarzyszyły? O ulubionych zjawiskach dźwiękowych piszą redaktorzy i redaktorki Glissanda.

Jan Topolski

1.

W roku, w którym nieustannie mówi się o kryzysie klimatycznym, dźwiękiem najczęściej mi towarzyszącym na jesieni i zimą jest dźwięk wody i ciepła. To delikatnie szemrzący kaloryfer w biurze na ostatnim piętrze budynku. Przelewająca się woda przywodzi na myśl dźwiękowy pejzaż leśnego, niespiesznie płynącego i przelewającego się między głazami strumienia. Oaza w miejskiej, betonowej pustyni. Kojąca i uspokajająca, przykrywająca i dystansująca. Zarazem sytuacja par excellence schizofoniczna, gdzie dźwięk odrywa się od źródła. W świecie gnębionym brakiem wody pitnej oraz ociepleniem klimatu idea centralnego ogrzewania nabiera nowego sensu. Czy wyśmiewane przez niektórych założenie ciepłej wody w kranie stanowi najbardziej przyjazne środowisku rozwiązanie? Czy faktycznie możemy i powinniśmy pozwalać sobie na dźwięki delikatnie szemrzącego kaloryfera?

2.

W filmach kinowych mijającego roku pod kątem dźwiękowym prym wiodły zdecydowanie horrory tudzież filmy z tą konwencją igrające. Reżyser Midsommar, Ari Aster, zaprosił do współpracy producenta i kompozytora Bobby’ego Krlica znanego jako The Haxan Cloak, by stworzył możliwie immersyjną i niepokojącą ścieżką dźwiękową. Sound designer Gene Park dołożył do tego bardzo kreacyjne użycie subiektywnego słyszenia oraz przestrzenności. Piorunujący efekt słychać już w jednej z pierwszych dramatycznych scen w amerykańskim domu rodziców bohaterki, gdzie dźwięk katastrofy przeszywa widza na wskroś. Gdy bohaterowie dojeżdżają na tytułową ceremonię w szwedzkich lasach, reżyseria dźwięku podąża lub nawet wyprzedza obraz w halucynogennym miksie, przestawianiu planów, mieszaniu kierunków i fuzji brzmień: drzewa oddychają wraz z ludźmi, instrumenty przenikają się z głosami. Oszałamiający soundtrack.

Antoni Michnik

1.

Był styczeń. Filharmonia im. Mieszysława Karłowicza w Szczecinie, koncert Anny Zaradny, podzielony na 3 części – najpierw video Octopus, potem wykonanie programu z albumu Go go Theurgy, na koniec jeszcze jedna praca video… I właśnie podczas tego ostatniego punktu programu wydarzyła się rzecz niezwykła. Publiczność filharmonii oglądała nieme obrazy tłuczonego szkła w narastającym szumie i napięciu. Podczas gdy kolejne odłamki przelatywały przez ekran w super HD tak sugestywnie, że nie sposób ich nie było słyszeć we własnej głowie, atmosfera na widowni zrobiła się nerwowa. W końcu ktoś się zaśmiał, ktoś wstał, ktoś zaczął ceremonialnie wzdychać. Publiczność się zbuntowała, odrzuciła pracę, zaczęła wychodzić. Część osób wyraźnie została z krytycznym nastawieniem. I Ci być może zdziwili się najbardziej, gdy po 13 minutach na końcu pojawił się tytułowy napis Enjoy the Silence. To doświadczenie było dla mnie fascynujące – pokazało, że wciąż jest sens operować ciszą w konkretnych warunkach społeczno-instytucjonalnych, że kiedy radykalne prace dotyczące dźwięku wyjmiemy z galerii i wstawimy np. właśnie do filharmonii możemy wciąż osiągnąć piorunujący efekt.

2.

W tym roku frapujące dźwięki można było usłyszeć w przestrzeniach galeryjnych całego kraju. Wystawy soundartowe rozlały po Polsce i można było posłuchać ciekawych wystaw w większości miast wojewódzkich, a niekiedy i w mniejszych ośrodkach. Co więcej, również wystawy niekoniecznie poświęcone bezpośrednio dźwiękom coraz częściej po prostu wykorzystują dźwięk, jako jedne z podstawowych narzędzi artystycznych oraz kuratorskich. Jedną z takich wystaw, szczególnie bliską memu sercu, była Przestrzeń bez końca kuratorowana przez Agatę Siwiak w ramach Biennale Warszawa. Założeniem wystawy, poświęconej demokratycznej edukacji, było wspólne tworzenie przestrzeni wraz z dziećmi – w imię idei Janusza Korczaka. Efektem była fascynująca wystawa nawiązująca do ducha eksperymentalnych, okołofluxusowych praktyk lat 60-70. Cała wystawa przepełniona była dźwiękami – można było posłuchać efektów warsztatów prowadzonych przez Siksę, nagrań do konkretnych przestrzeni Jacka Sienkiewicza, lub posłuchać reportażu, który wokół spektaklu przygotowanego przez dzieci zrobiła Dominika Klimek. Można było też pośpiewać karaoke i potańczyć do piosenki o glucie, który zagnieździł się w głowie prezydenta (!), lub pospędzać czas w „lasu” (z tego co pamiętam, to z głośników dobiegały nagrania terenowe), która w określonych godzinach stawała się pomieszczeniem krzyku. Ale chyba największe wrażenie zrobiło na mnie pomieszczenie-namiot zaprojektowane z myślą o dzieciach ze spektrum autyzmu, gdzie wszystkie przedmioty pomyślane zostały jako możliwie miękkie, gdzie, trzeba było przestrzeń odczuwać ciałem (schylić się, ściągnąć buty). I ta przestrzeń miała również swoją własną przestrzeń dźwiękową – miękką, gąbczastą, przytłumioną, delikatną.

3.

I wreszcie, podejmując pałeczkę od Jana Topolskiego – Mark Korven i jego praca z reżyserem Robertem Eggersem. Korven to fascynująca postać, wszechstronny twórca, który wychodził od sceny nowofalowej oraz muzyki elektronicznej, a następnie zapałał miłością do gry na instrumentach historycznych. W debiutanckim filmie Eggersa, Czarownica (2015) cała ścieżka dźwiękowa została oparta na instrumentach z epoki. Tym razem w Lighthouse Eggers zabrał nas w okolice końca XIX wieku, zaś Korven stworzył znakomitą ścieżkę stojącą w połowie drogi między sound dizajnem a współczesnymi eksperymentalnymi kompozycjami pograniczy noise’u, drone’u i ambientu. Kluczowe znaczenie dla całości warstwy dźwiękowej filmu mają brzmienia nautofonów, czy też buczków mgłowych – to z ich donośnych dźwięków (ale też dźwięków całej aparatury!) wyrasta 90% kompozycji Korvena.

Natalia Górecka

Wspominając eksperymenty dźwiękowe ubiegłego roku, warto ponownie zwrócić uwagę na Pneumatofony Krzysztofa Cybulskiego, które zostały zaprezentowane w formie interaktywnej instalacji podczas 62 Warszawskiej Jesieni. Intrygująca jest nie tylko sama nazwa obiektów dźwiękowych, ale również ich budowa i co najważniejsze brzmienie. Konstrukcja pneumatofonów nawiązuje do miechów organowych, których budowa pozostała niezmieniona przez wiele wieków. Forma instrumentów natomiast ulega ciągłym przekształceniom w zależności od ilości wpompowanego do ich wnętrza powietrza, przy pomocy specjalnie zainstalowanych pedałów. W ten właśnie sposób zamontowane na ich ścianach klapy, podnoszą się i opadają, wydając tym samym różnorodne dźwięki, nierzadko imitujące świst czy szum wiatru. Na odbiór muzyczny instalacji duży wpływ wywarło umiejscowienie jej w grocie pod pałacem w warszawskiej Królikarni, dzięki czemu przeszywające brzmienia pneumatofonów nieustannie przenikały się z odgłosami natury, tworząc niepowtarzalne współbrzmienia.

Pneumatofony, fot. Natalia Górecka

Agata Pasińska

Muzyka w muzeum. Zdecydowanie największe wrażenie zrobiła na mnie wystawa Dźwięki pierwotne w Oddziale Etnograficznym Muzeum Narodowego w Gdańsku bazująca na dialogu pomiędzy tradycją i współczesnością. Oprócz szerokiego zasobu eksponatów związanych z polską muzyką ludową ważnym aspektem była również sfera audialna reprezentowana przez niecodzienne instalacje dźwiękowe. Nawiązująca do matematyczno-muzycznych koncepcji Pitagorasa 0.X Floriana Tuercke to konstrukcja złożona ze stale wibrującej struny fortepianowej zawieszonej pomiędzy dwiema kolumnami i drewnianego rezonatora. Transowe brzmienie alikwotów i ich „falujące” modulacje w otoczeniu sieci rybackich i innych narzędzi niezbędnych do pracy na morzu współgrały z symultanicznie wyświetlaną instalacją audiowizualną Marcina Dymitera przedstawiającą krajobraz nadmorski. Otwarta przez ponad pół roku wystawa była więc świetną okazją do zebrania nowych, pobudzających wyobraźnię i wspomnienia doświadczeń dźwiękowych.