Szukając razem oddechu. Relacja z CTM 2026

Joanna Ewa Krukowska / 3 mar 2026

Gdy w Polsce większość inicjatyw wstrzymuje oddech, czekając na decyzje o finansowaniu, planując intensywne działania w głębi roku, w Berlinie przez dziesięć następujących po sobie dni odbywają się koncerty, dyskusje, warsztaty oraz część klubowa, prezentując różnorodne projekty dźwiękowe i audiowizualne. Wszystko w interdyscyplinarnym, gęstym sosie festiwalu CTM dissonate < > resonate.

Dysonować – Rezonować to czasownikowa oś, na której CTM rozłożył program edycji 2026. Od 27 lat to jeden z punktów startowych festiwalowego kalendarza muzyki eksperymentalnej i elektronicznej. Geneza festiwalu w berlińskim transmediale, dba o intermedialne aspekty, włączając zbiorową wystawę Echoes of Tumult koncentrującą się na instalacjach dźwiękowych. Wieloznaczne dysonanse i rezonanse w motywie festiwalu, wyrastają z dźwięku i muzyki, rozbudowując znaczenie o społeczne i polityczne wyzwania, napięcia, aż po pozytywne odbicia i uniesienia, budujące społeczności i nadzieje. 

Końcówka stycznia, mróz, śnieg, zima w pełni, mało słońca. Dobrze się to wszystko skleja w wyobrażoną atmosferę CTM. Nie wiem, czy to moje wrażenie, czy może Berlin w tej aurze wydaje się bardziej surowy, chłodny. Skupiona na mroczniejszych akcentach programu myślę: na ile motyw przewodni zostanie ucieleśniony w doświadczeniu?

Dysonans w praktyce

CTM 2026 rozpoczął się 23 stycznia, ja docieram w czwartek 29. W wewnętrznym dysonansie, liczę czas i zastanawiam się, czy zdążę choć na chwilę wieczornego koncertu. Berlin wita mnie lodowiskiem, większym niż w Trójmieście kilka dni wcześniej. Krokiem pingwina docieram na ostatnie 15 minut do Haus der Visionäre, na Spatial Comissions, w ramach Resynthesysing the Traditional. Wspomnieniami sięgam do 2 października, kiedy CTM testował system immersyjny w tej przestrzeni z mocnym składem DJsko-producenckim: SHERELLE, Minna-no-kimochi, mi-el, DJ Fuckoff i ¥ØU$UK€ ¥UK1MAT$U. Wtedy nie odczułam wartości dodanej systemu. Brakowało mi basu, klubowego dudnienia w ciele. Wspomnienie jednak zaciera się.

Duet Marcin Pietruszewski i Lukas de Clerck z Oto Aulos, to zderzenie antycznego instrumentu i matematycznego podejścia do muzyki. W rogu sali stoi duży telewizor, gdzie można podejrzeć operacje Pietruszewskiego. Małe elementy krążą po ekranie, przemieszczając się wraz z dźwiękiem. Wizualnie przypomina mi to wariacje na temat sapera. Na środku sali siedzi de Clerck, z opaską wokół głowy przytrzymującą aulos, instrument z grupy aerofonów stroikowych. Sam instrument przyciąga wzrok i uwagę. Spoglądając na ten dwu-flet przez pamięć przetaczają mi się antyczne rysunki waz z książek od historii. Przechadzam się, szukając skupienia. Wielokanałowość sytuacji dźwiękowej daje więcej możliwości doświadczania, tym samym pogodzenia się z ulotnością momentów nie do powtórzenia. 

Jadąc na CTM miałam dysonans poznawczy wokół Berghain. Festiwal programowo odnosi się do geopolitycznych i społecznych napięć i wyzwań. Dba o reprezentację, obecność osób z różnych kawałków świata. W motywie przewodnim, dyskursie, aż po Code of Conduct: uważność, inkluzywność i brak dyskryminacji. Jednocześnie na mapie festiwalowej, widnieje klub, który od 2/3 lat jest obiektem kulturowego bojkotu, o czym przypominają mi social media Raves For Palestine. Geneza bojkotu leży w odwołaniu występu Arabian Panther (RA), oraz nagłaśnianiu tematu przez Raves for Palestine (guardian), wskazując cenzurowanie artystów solidaryzujących się z Palestyną i milczenie w sprawie działań Izraela. Równocześnie klub przedarł się do mainstreamu, przez postaci pokroju Drake’a, Elona Muska, czy gierką webową Berghaintrainer, ogrywana przez streamerów na Twitchu. Miesza mi to wszystko w głowie. Jest to dysonans, niekuratorowany, a jednocześnie wpisuje się w motyw. Kilka dni później podczas Research Networking Day, od panelistki i panelisty wybrzmiewa krytyka CTM za organizację festiwalu w Berghain pomimo bojkotu. Dysonans, dyskomfort, dylemat – tak można to opisać. Jaka jest głębia tej sprawy, trudno ocenić z dystansu. Ostatecznie wkraczam do monumentalnej przestrzeni, z soundsystemem Funktion One, który odsuwa obawy na bok, a może na później. Przez korytarz przechodzi dziewczyna z szalikiem z palestyńską flagą.

Czwartkowa noc to 3 sceny: interwały niepokoju (główna), ucieczkowy potencjał (Panorama Bar) i tropikalna strefa konwergencji wielu języków (Säule). Ta ostatnia brzmi jak wystawa sztuki współczesnej i nie ma przypadków, bo to scena z transmediale. Säule (dół) i Panorama Bar (góra), korespondują ze sobą, rozciągają gatunki i style elektroniki z wielu punktów na mapie. Główna scena to głównie gitarowe zespoły, które przez metal, punk, elementy techno wykrzykują niezgody i troski.

Na głównej scenie, debiutuje Pain Magazine, kolaboracja francuskiego post-hc Birds in Row, z DJ Maelstrom oraz wokalistką Louisahhh. Surowy, punkowy, przeplatający się w elementy prostego techno, wklejał się dobrze w przestrzeń. Wokal niesie się i odbija od ścian. Sami określają gatunek jako techno punk, nie trafia do mnie ta nazwa. Set jest zróżnicowany, trochę jakby wrzucić Nine Inch Nails, Bikini Kill i tresorowe techno do pralki. Momentami trafia, momentami się rozjeżdża. Może właśnie o ten rozrzut chodzi. W Säule peruwiański duet Dengue Dengue Dengue miesza cumbię i dub z dużą ilością basu, dźwiękami południowoamerykańskiego folkloru. Tętni od nich energia, jest zróżnicowanie, wielowarstwowo. Jakbym nie doczytała skąd są, mogliby wkleić się w wiele rejonów. Kipiąca zabawa rozkręca się. Tuż po nich trafiam na osobiste odkrycie tego festiwalu, czyli budots. Słyszę najbardziej odjechany remix Satisfaction, w którym jak pioruny z nieba wskakują gwizdki (tiw-tiw). Czuję, jakby ktoś połączył polską dyskotekę szkolną z lat ’00, z ruchliwą ulicą i memem. DJ Love (Sherwin Tuna) pochodzący z Filipin, to jeden z twórców gatunku, powstałego w Davao. Oczy mi się cieszą, wchodzę w tłum, żeby być w dobrym dźwiękowo punkcie. Wjeżdża Sandstrom w remiksie z klaksonami, street-style techno porywa. Spada kurtyna powagi, z którą mierzyłam się kołując po świątyni techno. I created the genre to steer people away from gangs, crime, drugs. I want to positively influence the people of my community. That’s proof you can help save the world in small ways – notuję później z wywiadu w The Face. Na scenie niezależnej gatunek wypłynął na szersze wody dzięki wydawnictwu w Eastern Margins w 2024 i 2025. Równolegle na Tik Toku trendy budotsowe weszły w viral, wychodząc do szerszego grona międzynarodowych odbiorców.

Przeskakuje na główną, doświadczam dysonansu scen, przez industrialny, surowy metal. King Yosef wprawia mój mózg w zakłopotanie. Wspinam się do Panoramy. Guedra Guedra (Abdellah M. Hassak), producent z Maroko, w albumie MUTANT z 2025 prezentuje wciągające, wibrujące dźwięki, które mają ducha pustyni, północnej Afryki. Album rzeźbi rytmy w oparciu o analogowe syntezatory, automaty perkusyjne, nagrania terenowe z Maroka, Tanzanii, Gwinei, tworząc unikatową podróż dźwiękową. Hassak eksploruje motywy panafrykańskie, afrofuturystyczne i dekolonialne, spajając nawiązania do tradycyjnych dźwięków z techno i dubem. Dostrzegam go w rogu sali, dwa światła nad nim świecą jak oczy sowy. Widzę z oddali jego maskę, frędzle bujają się z boku na bok. Całość pod kątem struktury, warstw jest równocześnie narracyjna i taneczna. This is African too, wybrzmiewa z jednego sampla. Północno-afrykańska impreza rozkręca się do czerwoności, nie tylko od bitów, ale kaloryferów na full w Panoramie. Po końcu seta na DJce płynnie zaczyna Valesuchi z Chile, z dźwiękami unoszącymi się w powietrzu. Wygląda jak profesora robiąca poważne operacje, precyzja, a pod spodem coś bardzo cielesnego. 

Odzyskana wiara w immersje

Piątek przynosi drugą z części koncertowych Resythesising the Traditional. Premierowe wykony, pod egidą Forecast Platform (link): Resonance, Corin Ileto, oraz Sound Design in Far Sea, Sote. Corin Ileto, filipińsko-australijska artystka dźwiękowa siedzi na środku, z delikatnym oświetleniem. Na stole równo ułożone kulitangi, przy stopach kolorowe loopery. Roztacza się mistyczna aura. Immersyjny system audio to dylemat eksploracji, na szybko dający dwie ścieżki: statycznie, uszami obserwować przesuwające się dźwięki, czy fizycznie przemieszczać się i zmieniać położenie ciała. Wybieram pierwszą. Skupienie Ileto jest hipnotyzujące. Wokół krążą dźwięki, warstwy. Jesteśmy w innymi miejscu niż to fizyczne, filipińskie opowieści dźwiękowe rezonują, przyspieszają, zwalniają. Każdy ruch wchodzi w przetworzenie, zaplanowaną podróż. Dźwięki rozchodzą się i krążą jak kosmiczne obiekty, w środku tradycja, brzmienie dostępne akustycznie. Kompozycja początkowo spokojna, później staje się dynamiczna, a światło czerwone. Corin szybciej wybija rytm, spoglądając co rusz na mikser i ekran na bocznym stole. Wszystko jest spójne, jest całością. 

Sote, kompozytor irańsko-amerykański, od lat znany jest ze swoich wydawnictw, krążących wokół dziedzictwa Iranu i Persji. Mimo trudnej sytuacji geopolitycznej udało mu się przybyć z Teheranu. Podczas premiery na CTM wykorzystał mistrzowsko możliwości immersyjnego systemu. Sam na scenie na końcu sali, z wysokim stolikiem i postawionym laptopem. Tylko tyle i aż tyle. Minimalizm w secie, maksymalizm w warstwach dźwiękowych i prowadzonej narracji. Poruszająca kompozycja, składająca się zarówno z rytmicznych, dryfujących fragmentów, jak i nagrań terenowych. Eksploracja przestrzeni dodawała kolejnych niuansów i smaczków. Momentami brzmiało to jak z wykopanej na pustyni pozytywki. Ebtekar sprawił, że czas przestał istnieć, rozpuścił wszystkich w pejzażach, splecionych wspomnieniach, emocjach. Doświadczenie tych dwóch koncertów odbudowuje mi wiarę w immersyjne nagłośnienie. Jednak można to zbudować świadomie, dając nową jakość doświadczenia, wchodząc głębiej.

Klubem na dwie ostatnie noce jest RSO, na oddalonej dzielnicy Schöneweide, w klimatycznym budynku starego browaru. Zimą dwie sceny Robus i Summe goszczą z nagłośnieniem Kirsch, pierwszej nocy: Ecstatic Fractures, prezentująca zróżnicowane osoby artystyczne żonglujące gatunkami i performensem oraz przekazana kairsko-barcelońskiemu kolektywowi No Stone. Eksploruję labirynt fabrycznego klubu, trafiam na główną, gdzie zaczyna Yetsuby. Producentka z Korei Południowej, prezentuje przyjemny, słoneczny, lekko cukierkowy, house’owy set z kosmicznym polotem. Na drugiej ze scen rozkręca się nunguja, buduje napięcia i przeplata, ze spokojem i koncentracją, dokładając warstwy z różnych światów, kultur, wrażliwości. Kiedy set zaczyna Container, wgniata wszystkich w parkiet, ze swoim surowym uniwersum. Album Yacker inspirowany równocześnie „Oh, The Guilt” Nirvany, „It’s Always 1999” Mindflayer i „Sooop Toe Pump Girls” Rah Bras, wszystko słychać i czuć. Dźwięki brzmią jak wyjęte z remontu najbardziej znienawidzonego sąsiada, ale ułożone w kompozycję, której chcesz słuchać. Można wpaść w trans, co z resztą widzę po zaangażowaniu na parkiecie, bliższemu choreograficznie moshowi. Najbardziej rockowa elektronika tego festiwalu. Po intensywnych 45 minutach, zmieniam scenę, a tam zaskakuje mnie Catnapp, mieszkająca od lat w Berlinie, pochodząca z Buenos Aires. Miesza rap z różnymi gatunkami.Trafiam na końcówkę seta, bit wprawia w bujanie, wchodząc w dubstep. Stoi na scenie z efektami na szyi. Noc kończę z wysmakowanym DJingiem w wydaniu TOCCORORO. Myślę jedno: synonim do słowa charyzma, która bije i tętni, wraz z lekkością grania mocnych bitów.

Obraz dopełnia dźwięk

Sobota, Echos of Disquet, to dwa koncerty w Volksbühne. Noemi Büchi, producentka ze Szwajcarii prezentuje nadchodzący album, ze swoim audiowizualnym show. Album ma specyficzny przeszywający modularny sound. Büchi ze stołem pełnym szpeju, z dużym ekranem z wizualizacjami z nią samą: bezbronną, zniekształconą, w ruchu i statyce. Oglądając myślę, że elektroakustyce rzadko spotyka się wizualizacje tak bezpośrednio bazujące na wizerunku, wyglądzie grającej artystki. Raczej kojarzę te zabiegi z popem. Tytułowe Exuvie, część zrzucanej powłoki po przemianie, pomiędzy tym co stare i nowe. To osobista podróż, pełną zniekształceń, koresponduje i rozbudowuje album. Dźwięki przeszywają, otaczają, z ekranu wprost spogląda kompozytorka w dużym zbliżeniu. Stroboskopy pulsują, twarz Büchi morfuje. Drugi z koncertów to premiera filmu i albumu Withous Us, Daniela Brandta, występującego wraz z zespołem. To eksploracja lęków wokół katastrofy klimatycznej, ograniczeń sprawności, świata bez nas. Film nie stanowił tła, nie było dogrywania do niego, a był przerywany utworami (i odwrotnie), dając nowy wymiar doświadczenia. Nowy nie zawsze znaczy lepszy.

Ostatnio noc w RSO, to ekscytujący line-up, wypełniony świeżymi postaciami jak i legendami, reprezentując karuzelę stylów. Dwie sceny, dwa kolektywy: Terminal z Meksyku oraz Oroko Radio, ze stolicy Ghany. Rozpoczynam podróż z Terminalem. Na sam początek Viian, współzałożycielka labelu Voragine, rozpościerającego się pomiędzy Mexico City, Nowym Jorkiem i Berlinem. Łączy subtelne i wielowarstwowe nagrania terenowe z basem i tanecznym rytmem. Spokojny początek, potem będzie już tylko goręcej. DJ Deep RH, a po nim jego mentor, jedna z najmocniejszych ksyw ostatnich lat czyli DJ Babatr. Współtwórca gatunku raptor house, powstałego w latach ’00 w Caracas ostatnio zyskuje międzynarodowy rozgłos, wciąż sięgając do energii buntu młodych Wenezuelczyków. Dinozaurowe tąpnięcia i zabawa tempem, baza w perkusji. Ruiseñor przejmująca scenę, nie zwalnia tempa, żongluje gatunkowo rozciągając podróż po Karaiby. 

Oroko Radio i główna scena rozpala równie mocno, choć inaczej. Kolektyw zebrał równie świetną selekcję osób, rozpiętych jeszcze szerzej: od singeli i sega po shatta. tripes to jedna z postaci, na które szczególnie czekałam. Młody producent z Mauritiusa, wydał EP Sega Tron, łącząc elementy maurytyjskiej sega i maloyi z Reunionu, dodając do tego z polirytmiczne style: południowoindyjskie thappu, angolskie kuduro i marokańską gnawę. Gęsto od inspiracji i wpływów, przekłada się tu na niezwykle intrygujące, unikatowe drogi nowych wariacji o elektronice. Nakładające się dźwięki instrumentów, powodują eksplozje ciekawości w mózgu. Liczba warstw i bitów brzmi energicznie, świeżo, inaczej niż wszystko. Otwiera mi to uszy na nowe rejony klubowych wariacji. Pod koniec seta widok tripesa zbijającego piątkę z Opium Hum i tańczący obok Jay Mitta wprawia mnie we wzruszenie, może przez nieoczywiste spotkanie gatunków i generacji. Jay Mitta, jeden z legendarnych producentów singli z Der es Salaam, rozgrzewa parkiet, szykując nas na wejście Anti Vairas. Po jej pojawieniu się na scenie z energią i charyzmą, wszyscy szaleją. Tempo, jak to w singeli, zabójcze, uśmiechy nie schodzą z twarzy. Pełen performens z Tanzanii dopełniony o chura dance, wprowadzając wszystkich w jeszcze większą ekscytację. Anti Vairas i Mitta się nie zatrzymują, hipnoza trwa. Tempo rapowania w Kiswahili nabiera zawrotnej prędkości, Jay Mitta dokręcał kurek BPM, wszyscy w transie, z intensywnością przedzawałową. 

Od maksymalności do kameralności

Finałowe koncerty pod spajającym hasłem cieni kadencji muzycznych, to spotkanie dwóch różnych podejść do grania. Na początek premiera Sama Slatera, z albumem Lunng, w towarzystwie: Lukas Feigelfeld (wizualizacje), Theresa Baumgartner (światła), Maria W Horn, Hildur Guðnadóttir, Hilary Jeffery and Cavid Dhen. Sięgając pamięcią do poprzedniej nocy w Volksbühne, zamiast filmowego podejścia do wizualizacji, lekkie tło, jadące auto, główny bohater okładki. Spektakularne, monumentalne dźwiękowo, a jednocześnie minimalistyczne pod kątem wizualnych zabiegów. Jego doświadczenia ze współpracy filmowych zdają się ucieleśniać w tym materiale. Światła, dym, subtelny film, wspólna przejażdżka dźwiękowa. Materiał zaskoczył mnie swoim zróżnicowaniem. Spodziewałam się, że będzie jednolicie, a jednak napotkałam warstwy i zwroty akcji. Solowy moment wokalny Slatera, z metalowym podkładem, sporo mrocznych dronowych chwil z wokalem Marii W. Horn, ale też subtelny, charakterystyczny saksofon w stylu Bendika Giske, grany przez Cavida Dhena. Oświetlony magicznie dym wypełnił salę, dopełniając pełne emocji kompozycje. Minimalistyczne światła wyglądają jak reflektory auta, świecąc na publiczność. 

 Na sam finał, przełożony z ubiegłorocznej edycji występ Emmy Ruth Rundle. Odwrotność całej scenografii do poprzednich 3 koncertów w tej przestrzeni, minimalizm, bez wizualizacji i dymu. Na początku tylko Emma z gitarą, jasne delikatne światło. Obok pianino, na razie bez towarzysza. Emma singer-songwritersko wprowadza w każdy z utworów, większość premierowo z nadchodzącej płyty. Wiele z nich politycznych, rezonując z napięciami i nierównościami świata systemów, tych czasów. Urokliwy minimalizm, historie i opowieści, do osobistych odniesień. Myślałam, że to zakończenie jakoś nie siądzie względem zagęszczenia dźwięków, świateł i dymów, a jednak było idealnym finałem. 

I’m gonna play you two songs, the old ones, and then it will be the end of the festival.

Dysonanse i rezonanse towarzyszyły mi niczym lupa do przyglądania się CTM. Pomimo pozornej dychotomii, doceniam to spektrum, w którym mieściły się liczne dźwiękowe eksploracje. Taka nawigacja na początku roku – dla mnie zadziałała. Resynteza tradycyjnego, uwydatniła i podkreśliła nowe podejścia i warstwy dźwiękowego dziedzictwa, z odświeżoną ramą interpretacji. Kuratela pozwoliła stopniowo podróżować, oddalać i przybliżać się do narracji bezpośrednio wychodzącej ze “starego”. I tak podejście odbija się dla mnie nie tylko w cyklu koncertów (i laboratorium toczącym się w tygodniu), ale w klubowych kawałkach różnorodnych scen, wybrzmiewających w nocnej warstwie CTM. Taneczna resynteza, wyciągająca rytmiczne fragmenty do reinterpretacji i budowania nowego wymiaru zabawy.

Kuratela klubowa oddana w ręce kolektywów wzniosła te noce na wysoki poziom eksploracji świeżości i spójności. No Stone, Terminal, Oroko Radio, dały kompleksowe i zróżnicowane wejście w rezonujące w ciele brzmienia, z uśmiechem na twarzy (dalekie od skojarzeń i wyobrażeń aury alternatywnego Berlina). Wielość gatunków i inspiracji pozytywnie telepała. Wychodzę z workiem gatunków do dalszej eksploracji, na nowo ekscytując się nieskończonymi wymiarami klubowych scen.

Immersyjne audio i skupienie na infrastrukturalnej wizji, połączonej z wiedzą, oprogramowaniem i praktyką, to unikatowy walor CTM na tle innych festiwali. Wątki były szeroko eksplorowane na wszystkich płaszczyznach. Co warte wymienienia było to możliwe dzięki współpracy z d&b Audiotechnik, Ambrio Sound, Urbiks Music, Ableton, Forecast i Haus der Visionäre. Rzadko spotyka się inicjatywy wokół infrastruktury i hardware’u. Na festiwalu wyleczyłam się z mojego sceptycyzmu, z większym zrozumieniem podchodzę do nowych możliwości, sprzężonych z rozwojem technologicznych.

Ta edycja zaczęła się dla mnie jako festiwal dźwięków przechodzących przez trudne emocje, wspólnego procesowania, stopniowo przeistaczała się w rezonujące take-overy kolektywów, które rozszerzyły uszy na więcej gatunków, otuliły wspólnotą. I tak, może żeby wejść w nowe, trzeba przekroczyć granicę komfortu. Poczuć dysonans, odbić się od ściany powtarzalności i wskoczyć w kolektywny rezonans, szukając razem oddechu.