Zmysły prysły. Rozmowa o Musica Polonica Nova z Pawłem Hendrichem

Iga Batog / 30 kwi 2026

Iga Batog: Rozmawiamy przy okazji zbliżającego się festiwalu Musica Polonica Nova, który w tym roku odbywa się pod hasłem Zmysły i podejmuje temat syntezy sztuk oraz wielozmysłowego odbioru muzyki. Zapytam może przewrotnie – czy sam dźwięk współczesnemu odbiorcy już nie wystarcza?

Paweł Hendrich: To dobre pytanie i myślę, że odpowiedź nie jest jednoznaczna. Nie mogę mówić za każdego odbiorcę, ale jeśli miałbym wnioskować na podstawie minionych edycji festiwalu, to rzeczywiście zauważam zmieniające się tendencje w odbiorze sztuki. Coraz częściej akcent przesuwa się z doświadczenia wyłącznie słuchowego w stronę integracji różnych bodźców, łączenia dźwięku z obrazem czy innymi mediami. Jednocześnie nie jest to zjawisko charakterystyczne wyłącznie dla naszych czasów; wydaje się, że taki sposób odbioru sztuki był obecny od zawsze. Publiczność można tu, w pewnym uproszczeniu, podzielić na dwie grupy. Są osoby, które podczas koncertu skupiają się głównie na słuchaniu – potrafią niemal całe wydarzenie spędzić z zamkniętymi oczami. Choć z mojej perspektywy jest to raczej mniejszość, takie postawy zdecydowanie istnieją. Z drugiej strony są odbiorcy, którzy potrzebują również bodźca wizualnego, obserwują muzyków na scenie, śledzą ich ruchy, ekspresję i to właśnie ten obraz współtworzy ich doświadczenie muzyki. Można powiedzieć, że odbiorca od zawsze miał możliwość wyboru: czy zamknąć oczy i skupić się wyłącznie na dźwięku, czy świadomie śledzić to, co dzieje się na scenie. Dziś jednak możemy ten wizualny wymiar dodatkowo rozwijać i modyfikować. Elementem współtworzącym doświadczenie nie musi być już tylko sam wizerunek muzyka, może nim być także warstwa wideo czy element performatywny. Ale ta para „oko-ucho” w muzyce słuchanej na żywo obecna była od zawsze.

IB: Wspomnieliśmy już o wzroku, może najbardziej intuicyjnym w kontekście wielozmysłowego doświadczenia. Jakie inne zmysły pojawią się na festiwalu?

PH: Przychodzi mi tu na myśl zmysł równowagi, który określa naszą relację wobec przestrzeni i otoczenia. Na tradycyjnym koncercie pole do eksperymentu w tym zakresie jest zazwyczaj ograniczone – publiczność najczęściej po prostu siedzi. Natomiast w kontekście festiwali muzyki współczesnej coraz częściej próbujemy pracować również z tym aspektem. W przypadku Musica Polonica Nova proponowaliśmy już koncerty, w trakcie których publiczność mogła leżeć na pufach albo swobodnie przemieszczać się w przestrzeni. W takich sytuacjach zmysł równowagi pozostaje niejako w tle, często nieuświadomiony, ale jednak wpływa na całe doświadczenie. Dodałbym do tego jeszcze element, który nie jest zmysłem w ścisłym znaczeniu, ale ściśle się z nimi wiąże – chodzi o przestrzenność i związane z nią odczucia. Nasz odbiór różni się w zależności od tego, czy przestrzeń jest duża, czy mała, czy znajdujemy się blisko źródła dźwięku, czy daleko od niego. Jako festiwal wielokrotnie podejmowaliśmy dialog z tym zagadnieniem. Jedna z wcześniejszych edycji, zatytułowana daCamera, była w dużej mierze poświęcona właśnie myśleniu przestrzenią. Do tego podejścia wracamy i staramy się je twórczo rozwijać. Przykładem może być tutaj koncert Orkiestry Muzyki Nowej zatytułowany Zoom In // Zoom Out. Sam tytuł sugeruje zabiegi kojarzone głównie z obrazem: przybliżanie i oddalanie. W kontekście dźwięku nie są one tak oczywiste, ale mają ogromny wpływ na sposób percepcji muzyki. W przypadku tego koncertu chcemy się zastanowić, jak różni się nasze doświadczenie w zależności od oddalenia od źródła dźwięku. W pierwszej części wydarzenia publiczność znajduje się bardzo blisko muzyków, bezpośrednio na estradzie, w odwróceniu. W ten sposób będziemy słuchać kompozycji Jerzego Kornowicza, Marty Śniady i Adama Porębskiego. Dzięki temu odbiorca doświadczy muzyki w swoistym „zbliżeniu” – zobaczy mikrogesty, detale wykonawcze, które z dalszej perspektywy często pozostają niewidoczne. Można powiedzieć, że słuchacze będą obserwować muzykę niemal „okiem kamery”, choć w pełni analogowo. W drugiej części koncertu sytuacja się odwróci. W przerwie, w foyer, odbiorcy będą mogli wysłuchać przestrzennej kompozycji Macieja Michaluka, a następnie przeniosą się na balkony. Utworów Marcina Bortnowskiego i Grzegorza Wierzby wysłuchają więc z pewnego oddalenia, dzięki któremu dźwięk zaczyna się inaczej rozchodzić – pojawia się większy pogłos, detale się rozmywają, a wizualny kontakt z wykonawcami staje się ograniczony. Jednocześnie otwiera się inna perspektywa, bardziej całościowa, „holistyczna” i okazuje się, że doświadczanie muzyki na takim globalnym poziomie też jest interesujące.

IB: Możliwość zmiany perspektywy wobec źródła dźwięku pojawi się także na innych koncertach, szczególnie widoczne będzie to podczas wydarzeń w ramach Nocy Muzeów w NFM. Jaka jest pana strategia na programowanie takich wydarzeń, które często przyciągają także publiczność na co dzień nie sięgającą po muzykę współczesną? 

PH: Staram się myśleć o programowaniu wydarzeń w kategoriach inkluzywności, zarówno poprzez różnorodność form, jak i tworzenie krótszych, bardziej elastycznych formatów koncertowych. Punktem wyjścia jest dla mnie szacunek wobec nawyków współczesnego odbiorcy; traktuję przy tym siebie również jako jednego z nich. Zakładam, że dzisiejszy słuchacz nie jest już odbiorcą „monogatunkowym”. Nie wartościuję tego jako zjawiska pozytywnego czy negatywnego, ale obserwuję, że szczególnie wśród młodszych pokoleń trudno znaleźć osoby słuchające wyłącznie jednego rodzaju muzyki. To prowadzi do pytania o wpływ nawyków wyniesionych z muzyki popularnej – czy, jak wolę to określić, „muzyki szerokiej”. Nie chodzi o tworzenie opozycji między sztuką „wysoką” i „niską”, lecz o zauważenie, że to właśnie ta druga często kształtuje nasze przyzwyczajenia związane z odbiorem muzyki. Jednym z nich jest większa swoboda zachowania. Na koncercie muzyki popularnej spontaniczne reakcje, jak chociażby gwizdanie czy podśpiewywanie, są czymś naturalnym i akceptowalnym. W przestrzeni filharmonii takie zachowanie wciąż byłoby odebrane jako niestosowne. Wychodząc od tej obserwacji, staramy się w pewnym stopniu przenieść elementy tej swobody do naszych wydarzeń – to pierwszy istotny aspekt. Drugim jest format samych koncertów. Podczas wydarzenia takiego jak Noc Muzeów proponujemy formułę krótszych, bardziej przystępnych mini-recitali. Program układany jest tak, aby mniej więcej co pół godziny pojawiało się nowe wydarzenie, trwające około 20 minut. Dzięki temu odbiorca otrzymuje muzykę współczesną w mniejszych „porcjach”. Lubię porównywać to do kontaktu z nieznaną kuchnią. Łatwiej zacząć od degustacji niż od razu decydować się na pełne, wielodaniowe doświadczenie. Uczestnik może sam zdecydować, w ilu wydarzeniach chce wziąć udział i kiedy je opuścić. Ta swoboda wyboru sprawia, że czuje się bardziej zaangażowany, a mniej przymuszony, co przekłada się na większą otwartość na nowe doświadczenia. Cztery lata temu, podczas Nocy Muzeów w ramach NFM, jednego dnia ponad pięć tysięcy osób wzięło udział w koncertach muzyki współczesnej, co można uznać za swego rodzaju fenomen. Idąc krok dalej, wprowadzamy także element świadomego wyboru. Program wydarzeń celowo układamy tak, aby część z nich odbywała się równolegle. Odbiorca nie jest w stanie zobaczyć wszystkiego. Dlaczego tak robimy? Na pierwszy rzut oka wygląda to źle, tak jakbyśmy nie dbali o to, by publiczność mogła wziąć udział we wszystkich koncertach. Jednak chodzi nam tutaj o zaangażowanie odbiorcy – w efekcie nie tylko „konsumuje” on program, ale współtworzy własne doświadczenie. Obserwujemy, że paradoksalnie to właśnie brak przymusu i możliwość wyboru sprawiają, że ludzie chętnie zostają z nami na dłużej.

IB: Myśląc o wielozmysłowości w muzyce, widzę dwie często pojawiające się strategie: z jednej strony intensyfikację bodźców poprzez angażowanie obrazu, światła, projekcji, zapachu czy smaku, a z drugiej ich ograniczanie, jak w muzyce akuzmatycznej czy doświadczeniach słuchania w ciemności, które uwrażliwiają nas na brak. W zapowiedzi festiwalu piszą państwo także o tym braku jako o narzędziu empatycznego słuchania – co się za tym kryje?

PH: Jeśli cieszymy się możliwościami odbioru sztuki, jakie dają nam nasze zmysły, powinniśmy jednocześnie pamiętać, że są osoby, które do różnych sposobów percepcji świata nie mają dostępu. Do tej perspektywy bezpośrednio nawiązuje projekt Krzysztofa Raua, który przeniesie nas do wirtualnej rzeczywistości i pozwoli spojrzeć na świat oczami postaci ze świata fantasy, postrzegającej go w bardzo specyficzny sposób. Nie chcę za dużo zdradzać, ale poruszając się po tej przestrzeni, będziemy doświadczać obrazu i dźwięku z perspektywy pewnego braku. Na festiwalu pojawi się również inny projekt, który będzie zaburzał klasyczny porządek percepcji i pokazywał, że relacje między zmysłami nie muszą ograniczać się wyłącznie do osi wzrok–słuch. Mowa o seansie sensorycznym Pawła Romańczuka i Agaty Zemli zatytułowanym Pomieszanie zmysłów. Samo wyrażenie często odnosi się do osób z trudnościami poznawczymi, jednak tutaj twórcy wykorzystują to skojarzenie w przewrotny sposób. Próbując odejść od jego pejoratywnego wydźwięku, prowadzą publiczność w stronę doświadczenia, w którym zmysły dosłownie zaczynają się mieszać.

IB: Rozmawiamy o wielozmysłowości przede wszystkim z perspektywy odbioru, ale pomyślałam też o samym procesie twórczym. Często jego efektem końcowym jest dzieło stricte muzyczne, podczas gdy inspiracje kompozytorskie bywają silnie związane z innymi zmysłami – obrazem, ruchem, fakturą, zapachem.

PH: Tak, chcieliśmy zaprezentować zarówno kompozycje, w których aspekt wizualny, gest czy warstwa wideo jest elementem integralnym, jak i takie, w których te inne zmysły pozostają w tle. Najlepiej w to drugie założenie wpisuje się koncert Światło // Cień // Światłocień. Na początku wysłuchamy utworu Żanety Rydzewskiej. Fire, czyli ogień – próba przełożenia na orkiestrę symfoniczną odczuć związanych z temperaturą, dźwiękiem płomieni, zapachem; temat silnie atawistyczny. Na końcu pierwszej części pojawi się, niejako w opozycji, Akhlys Michała Ziółkowskiego, dotyczący greckiej prabogini cienia, mroku, wszystkiego, co upiorne. W tej ramie wysłuchamy także koncertu fletowego Ukiyo-e no. 2 Marcela Chyrzyńskiego, inspirowanego japońskimi drzeworytami (znowu para oko-ucho), oraz Symfonii zmysłów Jagody Szmytki, a po przerwie kompozycji Postmuzyka Adama Porębskiego. Pytała pani o proces twórczy i myślę, że wśród naszych artystów to właśnie u Jagody Szmytki wielozmysłowość ujawnia się najsilniej już na początkowym etapie komponowania. Często punktem wyjścia dla jej utworów są szkice wizualne: rysunki, prace wykonane różnymi technikami malarskimi. Podczas koncertu Pięknienie chcemy pokazać ten proces odbiorcom. Pozornie będzie to dość klasyczny koncert monograficzny kompozytorki-rezydentki tegorocznej edycji MPN, złożony z krótszych utworów powstałych na przestrzeni kilku lat. Jednak jego wyjątkowość polega na tym, że publiczność zobaczy również grafiki, które stały się inspiracją dla tych kompozycji. Nie chodzi przy tym o prostą zależność, jednoznaczne „przełożenie” obrazu na dźwięk. To raczej próba uchwycenia samego momentu inspiracji, pokazania, jak bardzo indywidualny i nieprzewidywalny jest proces twórczy. Możemy przecież stawać w obliczu tych samych sytuacji czy obrazów, a mimo to tworzyć zupełnie różne rzeczy. To właśnie ten fenomen chcemy przybliżyć odbiorcom.

IB: To od razu dopytam także o drugiego rezydenta festiwalu.

PH: Poprzez dobór naszych rezydentów chcieliśmy pokazać, jak różnie można odmieniać hasło „zmysły” przez przypadki i przekładać je na działania artystyczne. Drugą ważną postacią w tym kontekście jest Wojciech Błażejczyk. On również pracuje na styku różnych mediów, choć w inny sposób. Znany jest z tworzenia tzw. obiektofonów, czyli instrumentów powstających z przedmiotów codziennego użytku, które zostają przekształcone w źródła dźwięku. Utwory Wojtka usłyszymy podczas koncertów Flow Unit i Spółdzielni Muzycznej, ale przede wszystkim jest on autorem muzyki do spektaklu Słońce, Powietrze, Popiół – tryptyk  To wydarzenie towarzyszące tegorocznej Poloniki, które organizuje wrocławski Teatr Polski w Podziemiu. W tym przypadku znowu nie chcę za dużo zdradzać, ale mając z tyłu głowy perspektywę teatralną, publiczność może się domyślać, że tu także będzie mieć do czynienia z oddziaływaniem na wiele zmysłów równocześnie.

IB: Wspomnieliśmy już o koncercie Spółdzielni Muzycznej voLume(n), czy mógłby pan rozwinąć ten tytuł?

PH: To gra słów – z jednej strony mamy „volume”, czyli głośność, natężenie dźwięku, z drugiej „lumen”, czyli jednostkę światła. Już na tym poziomie pojawia się więc podwójna perspektywa: dźwięku i światła, intensywności i stopniowego wygaszania. Program koncertu jest podporządkowany właśnie tej idei. Rozpoczynamy od mojego utworu Djentle // Bruthall. Tutaj też mamy do czynienia z grą słów, która opiera się na skojarzeniu współczesnych odmian muzyki metalowej – djent i thall – z opozycją łagodności i brutalności. Proszę przygotować się na duży wolumen brzmienia, intensywne oświetlenie – mam świadomość, że może to być dla części odbiorców wymagające doświadczenie, być może nawet znajdą się osoby, które zdecydują się opuścić salę. Kolejne utwory autorstwa Wojtka Błażejczyka i Barbary Zach stopniowo tę intensywność redukują. Cały koncert jest zaplanowany jako proces przechodzenia od maksymalnego natężenia do coraz większego wyciszenia. Zamkniemy delikatnymi brzmieniami – utworem Moniki Szpyrki, gdzie warstwa wizualna przestaje dominować, pozostaje skupienie na dźwięku. To odwrócenie tradycyjnej dramaturgii koncertu; zazwyczaj programy buduje się odwrotnie, od form bardziej kameralnych do kulminacji. Tutaj celowo idziemy w przeciwnym kierunku. Przyznam, że jest to dla mnie eksperyment kuratorski i jestem świadomy ryzyka: taki układ może okazać się dla części odbiorców nieoczywisty lub trudny do odczytania. Jednocześnie wydaje mi się, że żyjemy w czasach, w których publiczność jest coraz bardziej otwarta na nietypowe formaty.

IB: Mamy więc zróżnicowane dramaturgicznie koncerty, spektakl, mini-recitale, instalacje, performensy… Jednocześnie nie ucieka pan zupełnie od tradycyjnego koncertu – mam tu na myśli wydarzenie pod tytułem #704214.

PH: Tak, ten koncert w wykonaniu Sepia Ensemble jest takim „stabilizatorem” w naszym programie. Proszę zauważyć, że Sepia to nie tylko znakomity zespół muzyki współczesnej, ale też jedyna znana mi polska formacja, która ma w nazwie odniesienie do koloru. Stąd również pomysł na tytuł koncertu, który oparty jest na kodzie HEX – zapisie koloru w formie numerycznej. Po wpisaniu tytułu koncertu w wyszukiwarkę wyskoczy nam właśnie barwa sepii. Faktycznie, jest to jeden z najbardziej klasycznych koncertów podczas tej edycji festiwalu. Jednocześnie chciałbym podkreślić, że jako kurator nie narzucam twórcom konkretnych rozwiązań artystycznych, a staram się raczej stworzyć przestrzeń do wypowiedzi. Jeśli kompozytorzy i kompozytorki, w tym przypadku poznańscy i wrocławscy, podejmą dialog z tematem zmysłów, będzie to dla mnie bardzo wartościowe. Jeśli jednak powstaną utwory bardziej abstrakcyjne, skupione wyłącznie na materii dźwiękowej, również jest to w pełni uzasadnione. Festiwal, choć oparty na wyraźnym haśle przewodnim, nie powinien ograniczać różnorodności postaw artystycznych ani odbiorczych. Tu znowu dochodzimy do kwestii inkluzywności. Z jednej strony kierujemy część programu do młodszej publiczności, otwartej na eksperyment, co było widoczne chociażby w trakcie poprzedniej edycji odbywającej się pod hasłem POPKULTURA / subkultura. Z drugiej jednak pamiętamy o odbiorcach mających bardziej tradycyjne oczekiwania. Wielokrotnie słyszałem, że część osób czeka na koncert Związku Kompozytorów Polskich właśnie dlatego, że lepiej odnajdują się oni w bardziej tradycyjnych formatach. Ta różnorodność jest świadomym wyborem, dzięki której festiwal nie zamyka się w jednej estetyce czy modelu odbioru.