O osiąganiu granic wytrzymałości. Relacja z 24. edycji Przeglądu Sztuki SURVIVAL.
Na Survivalu jestem niemal każdego roku, odkąd mieszkam we Wrocławiu. To w zasadzie najbardziej obecny w moim życiu festiwal i oczywisty punkt kalendarza u schyłku powtarzającego się co dwanaście miesięcy czerwca. Choć minione dwie odsłony tego wydarzenia, przyznaję, opuściłam ze względu na intensywność projektów z moim udziałem, tak okoliczność trwającej jeszcze dwudziestej rocznicy działalności fundacji organizującej festiwal oraz możliwość przyjrzenia się efektom jej pracy, zupełnie na to nie zasługiwały. Zwłaszcza, że jak to zwykle bywa, jubileusze niosą za sobą wiele miłych niespodzianek oraz podsumowań, a Art Transparent udowadnia, że granty realizuje naprawdę dobrze.

fot. Tobiasz Papuczys
Muszę przyznać, że tegoroczny „Palec w sercu”, odbywający się w Dawnej Klinice Psychiatrii i Chorób Nerwowych Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu pierwotnie wcale nie wywołał u mnie entuzjazmu. Prawdopodobnie stało się tak za sprawą delikatnego już zmęczenia tematem zdrowia psychicznego, które odczuwam jeśli chodzi zarówno o dyskusję publiczną, jak i to, co dzieje się na rynku sztuki współczesnej. Niemniej, jako że dyskurs ten wciąż uważam za istotny, a po zapoznaniu się z opisem kuratorskim nabrałam apetytu na wykraczające poza tę sferę wątki, nie zawiodłam się. Pogłębione przemyślenia na temat tego, czym jest w ogóle w dzisiejszych czasach dysfunkcja, a czym norma, zarówno ta wyznaczana zewnętrznie, jak i wewnętrznie, analiza całego systemu kontroli i podporządkowania oraz tego, jak ideologia wdziera się w nasze tkanki, a aspekty takie jak sztuka, biologia, fizyka i polityka mieszają się ze sobą, refleksja na temat wynalazków, które jednocześnie służą i szkodzą – w ostateczności wojna to także wynalazek ludzki, a władza uzurpuje sobie prawo do mówienia o tym, co zdrowe i właściwe to tylko, jak się okazało, część tegorocznej edycji festiwalu. 24. Przegląd Sztuki Survival zaimponował mi przede wszystkim prezentacją różnego typu podejścia do tych samych dylematów, czego dowodem były chociażby poświęcone szeroko pojętemu zdrowiu wykłady na Scenie Społecznej. Ta z kolei absorbowała dyskusjami nie tylko wokół sztuki, ale też zagadnieniami ze sfery publicystyki, biologii, edukacji, socjologii i innych pokrewnych im nauk. Scena, która skupiona była wokół tego, czym jest dziś wiarygodność badań, a czym fake news, zostawiła nas ponadto (tak jak zresztą ekspozycja artystyczna) z jednym bardzo ważnym pytaniem, a mianowicie: czy w dobie tak łatwego dostępu do wiedzy i informacji potrafimy wciąż pozostać otwarci na to co jeszcze niewyjaśnione?
Rozpoczynając jednak od wrażeń, które z reguły poprzedzają refleksje, muszę przyznać, że rokrocznie w Survivalu zachwyca mnie przede wszystkim fakt wykorzystanego potencjału przestrzeni, w której się on odbywa. Klinika, osadzona z jednej strony na osłoniętym drzewami uboczu, a z drugiej wcale nie tak daleko, bo około piętnastu minut pieszo od znanego dobrze wszystkim Wrocławianom Placu Grunwaldzkiego okazała się strzałem w dziesiątkę, biorąc pod uwagę panujące wówczas temperatury powietrza. Choć czerwcowy Wrocław słynie z upałów, jestem przekonana, że na etapie planowania wydarzenia nikt nie przypuszczał nawet, że w tym samym czasie mieszkańcy z niemałym zainteresowaniem będą „wyczekiwali” rekordowych, około czterdziestu stopni Celsjusza. Kierunku Bujwida nie należy jednak mylić z równoległą niemalże stacyjką Kliniki i wciąż działającą tam Kliniką Dermatologii, Wenerologii i Alergologii, co muszę przyznać, że i u mnie na krótką chwilę wywołało konsternację. Po chwili przypomniała mi się natomiast odbywająca się w Dawnym Szpitalu Betania dwudziesta edycja festiwalu. Już wtedy zresztą, a nie było to wcale tak dawno, tematem były „Pigułki”. Być może właśnie dlatego, po zestawieniu z moją dwuletnią absencją, temat wydał mi się pierwotnie nadmiernie wałkowany.
Wśród powracających ostatnio na wielu wystawach motywów solastalgii, wojny, czy kobiecego ciała i jego seksualizacji (swoją drogą te ostatnie zostały niezwykle smacznie i estetycznie w ramach tegorocznego Survivalu podane) pojawiło się też kilka olśnień. Dla przykładu poruszające szkice Waldemara Masicza „Bez paniki” traktujące o rannych żołnierzach, wykańczanych (o ironio) nie przez wroga, ale wobec własnej bezsilności, przez samych siebie. Z kolei Daniel Kotowski poprzez swoją reinterpretację cage’owskiego „4’33”” – „Lizanie 4’33”” zachęcał nas do zastanowienia się nad odpowiedzią na pytanie, jak potencjalną ciszę odbierają osoby głuche. Zaraz po refleksji nad wspomnianymi pracami warto zwrócić jednak uwagę na to, co je łączy. Klucz, który zaproponuję jest bowiem nieoczywisty, ponieważ w obu przypadkach wysnute przemyślenia wyłuskałam z opisu wspomnianych utworów. Kryje się za tym również pewna obserwacja, którą chciałabym się podzielić.
Od dłuższego czasu, odwiedzając rozmaite wystawy, w ramach swojego niezależnego eksperymentu obserwuję relacje pomiędzy wyeksponowanym dziełem, a przyporządkowanym do niego opisem. Siłą rzeczy nasuwa mi się wtedy niejednokrotnie myśl, że doklejony do obiektu tekst jest dosłownie czymś do-tudzież od-klejonym. Źródeł tego impasu może być wiele. Wśród nich chociażby dwa, najbardziej prawdopodobne, takie jak zagubiony artysta, który podtrzymuje, że woli oddziaływać na odbiorcę wyłącznie poprzez swoją pracę, czy nieugięty kurator żądający nierzadko w ostatniej chwili komentarza od autora pracy, którym mógłby się pochwalić widowni. Są jednak dzieła, w których zarówno tekst, jak i jego inspiracja zaskakująco dobrze się uzupełniają. Przykładem na to są choćby wymienione wcześniej wideo oraz szkice z tegorocznego Survivalu. Odnoszę wrażenie, że zarówno w tym przypadku, jak również wtedy, kiedy opis i praca wiodą nas w tym samym kierunku, tworzenie deskrypcji zaczyna być w pełni uzasadnione. Tkwię, być może niesłusznie, ale w przekonaniu, że jeśli artysta naprawdę wie, co robi, to ubranie tego w słowa nie powinno stanowić dla niego problemu. Jeżeli natomiast niewiedza i nieokreśloność stają się celem samym w sobie to powinno być to zdeterminowanym wyborem twórcy oraz zaproszeniem widza do współtrwania w tym stanie. Chciałabym jednak, aby z całego tego wywodu wyłoniło się jedno słowo klucz: spójność. I to właśnie o niej z całą pewnością można mówić w ujęciu każdego dnia festiwalu. Dlaczego jest ona dziś tak wartościowa? Po pierwsze dlatego, że w kontekście sztuki współczesnej wcale nie jest oczywista. Po drugie, jest po prostu przekonująca, zupełnie jak komplementarne z dziełem opisy.
Autentyczny był zresztą cały festiwal, co udowodniły odwiedzające go jak co roku tłumy, których nie odstraszyła nawet prawdziwie survivalowa pogoda. Najciekawsze w tym wszystkim było natomiast to, że największą frekwencją cieszył się nie weekend, a poniedziałek i wtorek. Festiwalowa wielowątkowość, która mimo wszystko towarzyszyła wspomnianej już komplementarności, wzbudzała zaufanie poprzez jeszcze jedną rzecz. Otóż w moim odczuciu 24. edycja Survivalu była prawdziwie niewykluczająca. O wspomniane perspektywy zatroszczyli się zarówno organizatorzy, jak i artyści, ukazując punkt widzenia kobiet, mężczyzn, dzieci i zwierząt. Europejskie i pozakontynentalne sposoby postrzegania tych samych spraw. Poglądy zwolenników i przeciwników utartych idei, i schematów, które przede wszystkim poparte były naukowymi badaniami i studiami przypadku.
Do dziś będę polecać otwartą wciąż dla zwiedzających scenę dziecięcą. Chapeau bas dla kuratorów, którzy na wystawie w ramach Kliniki Wspólnych Wyobrażeń umieścili również opisy dostosowane do najmłodszych. Jeśli więc ktokolwiek będzie się jeszcze upierał przy stanowisku, że sztuka współczesna, również ta o skomplikowanych wątkach tematycznych nie nadaje się dla dzieci, zapraszamy na Bujwida 44. Jawi się tutaj piękny kontekst wprowadzania w niepopularną strefę artyzmu kolejnych pokoleń małych odkrywców. Co więcej, panele dyskusyjne Survivalu wypełnione były rozmowami na temat perspektywy dziecięcego odbioru sztuki i świata oraz sposobów na podawanie im tak zwanych trudnych tematów, a dyskutowali o nich specjaliści z różnych dziedzin i rozmaitych narodowości. Nie chciałabym jednak skupiać się na streszczaniu dostępnego zresztą na stronie internetowej programu. Zwrócę natomiast uwagę na wybrane jego aspekty.

fot. Tobiasz Papuczys
Przechodząc do strefy dla dorosłych, ciekawym okazał się wzbudzający spore zainteresowanie „Wykład z dupą w misce”. Brawa dla Alicji Paszkiel, która ze swojej choroby uczyniła artystyczne studium przypadku i wartościowy minimonodram, który polecam jeszcze kiedyś w miarę możliwości zobaczyć. Na nagrywanie i fotografowanie słusznie nie wyrażono zgody, więc zachęcam do podążania za artystką. Skłamałabym, gdybym nie napisała, że sama niejednokrotnie myślałam o tego typu publicznej wiwisekcji, jakiej dokonała Paszkiel. Dziękuję zatem, że to zrobiłaś Alicjo i dzięki za cytaty z Manna.
Survival 2026 oferował bogaty wybór atrakcji. Spodobało mi się pewne określenie mojej przyjaciółki, która podsumowała, że nazwa nabiera tutaj podwójnego znaczenia i choć miała na myśli panujące wtedy temperatury, ja połączyłabym je z mnogością wydarzeń. Gdy wydaje ci się, że osiągn_ł_ś granice swojej wytrzymałości, za chwilę w głowie pojawia się myśl: „Jak m_gł_bym przepuścić taką okazję?” Jednym słowem każdy wędrował tam, gdzie miał ochotę, ponieważ równocześnie z wystawą odbywały się wykłady, warsztaty oraz performance. Nic dziwnego, że w zależności od tego, na co odbiorca akurat świadomie lub mniej celowo trafił, tak bardziej lub mniej pochopnie oceniał to, co zobaczył. Mimo to wciąż uważam, że najcenniejsze w sztuce współczesnej i chyba w sztuce w ogóle jest to, że odczucia obcujących z nią odbiorców tworzą nowe konteksty i znaczenia, i nie należy się na to obrażać. Często łączymy je przecież z naszymi osobistymi doświadczeniami i filtrujemy właśnie poprzez nie. Wówczas dyskusja na ten temat staje się platformą do poznania drugiego człowieka.
Trzeba przyznać, że tegoroczna edycja była naprawdę przemyślana. Nawet najwięksi malkontenci mieliby problem ze znalezieniem powodów do narzekań. Na miejscu nie brakowało niczego: wiatraków, namiotów, cysterny z kranówką, łazienki, baru ani strefy gastro. Trudno byłoby więc zarzucić organizatorom brak przygotowania.

fot. Tobiasz Papuczys
Choć w tym roku 24. edycja Survivalu stała instalacjami i szeroko pojętą audiosferą, najciekawsze propozycje artystyczne zaproponowała właśnie muzyczna z założenia Scena Dźwiękowa i z tego jako muzyk jestem niesamowicie dumna. Pamiętam dokładnie moment, kiedy rozpoczynałam studia w Akademii Muzycznej i w ramach fakultetu z muzyki współczesnej, na który uczęszczałam z ówczesnym rokiem dyplomowym równoległego kierunku teorii muzyki, przedstawiono mi wybrane rozdziały „Kultury dźwięku” pod redakcją Christopha Coxa i Daniela Warnera. Do dziś nie potrafię powiedzieć, czy była to kwestia etapu, na którym się znalazłam, czy wyjątkowości tej książki, którą do dziś cenię, ale od tamtej pory na stałe zapisała się we mnie jedna refleksja na temat recepcji dźwięku. Mianowicie o tym, jak istotne jest nie tyle czego, ale w jaki sposób słuchamy. Idąc tym tropem zabrałam się za eksplorowanie „Praktyki przebudzenia” Natalii Góreckiej i Miłosza Kędry. Performance celowo obejrzałam kilka razy i muszę przyznać, że każdego dnia wyglądał on zupełnie inaczej. Po pierwsze dlatego, że mój odbiór uzależniony był od zupełnie innego stanu psychofizycznego, w którym akurat się znajdowałam, a po drugie dlatego, że pod wpływem podobnych czynników wykonawcy przechodzili wyraźną transformację. Gdyby do tego dodać, że performance już w swej naturze jest czymś żywym i ewoluującym z każdym wykonaniem, mamy tutaj pełen obraz sytuacji. Przy oczywistym, delikatnym spięciu, jakie niosła za sobą premiera, ale też rosnącymi w miarę upływu czasu tajemniczością i mistyką, we wtorek, na zakończenie festiwalu, mieliśmy do czynienia z jak gdyby zupełnie innymi osobami artystycznymi i całkowicie nowym, pełnym życia, i ekspresji utworem. Muzyków miło było obserwować także przed wejściem „na scenę”, bo ich nastawienie wnosiło do odbioru dodatkową wartość. Osobną jakość do instalacji wprowadzał także zamęt, który powstawał, gdy do instrumentu z radością przystępowały osoby całkowicie spoza muzycznego świata, na co Kędra i Górecka nie tylko zezwalali, ale do czego wręcz zachęcali. Fascynującym elementem całego przedsięwzięcia było także samo pianino, opatrzone organowymi piszczałkami oraz spowite rurkami, wypełnionymi powietrzem. Jego dopływ, a tym samym dźwięk można było regulować za pomocą starych kurków od kranu. Przekornie była to również jedyna możliwość gry na tym instrumencie poza efektami perkusyjnymi oraz szarpaniem strun za pomocą umieszczonych obok nich elementów z uwagi na niedziałającą klawiaturę. W trakcie występu brzmienie uzupełniała zaprojektowana przez twórców elektronika, wykorzystująca rozszerzone techniki fortepianowe, zarejestrowane wcześniej przez Natalię Górecką i wkomponowane w zaloopowaną treść przez Miłosza Kędrę.
Zachwyciły mnie również trzy kobiece prace: „Plotkary” Kingi Molińskiej, „Menady” Magdaleny Hueckel oraz „Wspólne bicie serca” Anny Underowicz. To z jaką czułością eksplorowały one zarówno wielowarstwowość dźwięku, jak i kobiecości zostanie ze mną na długo, tak samo zresztą jak sposób, w jaki te prace zostały zaprezentowane, a publiczność w nie włączona. Wisienką na torcie były ich opisy, stanowiące wraz z przedstawieniami pełnię doświadczenia.

fot. Tobiasz Papuczys
Jako śpiewaczka uśmiechnęłam się także na „Pieśń o miłości” Sylwii Gorak, traktującą o uczuciu do siebie i swojego ciała, odkrywanym poprzez śpiew i fizyczny dostęp do własnego serca. Cieszę się, że w kontekst mocy, jaką daje kontrolowany przepływ powietrza i otwarte rezonatory została wprowadzona publiczność na co dzień nie zgłębiająca wokalnych technik i emisji głosu, zwłaszcza, że śpiew operowy nie jest ponadto częstym gościem na festiwalach sztuki współczesnej. Tu natomiast pojawił się więcej niż raz. Sylwia bowiem poza przygotowanym i permanentnie w budynku D odtwarzanym video pojawiła się jednego dnia festiwalu, aby zgłębić także jego akustykę poprzez swoje wykonanie na żywo. Motywy śpiewu tzw. klasycznego były zresztą wplatane tego roku również w wybrane instalacje audio video. Jednym słowem sporo się w tej sferze działo.
Łatwo byłoby pominąć (aczkolwiek w tym roku zupełnie nie warto) Klub Festiwalowy, który okazał się spotkaniem twórców nieprzypadkowych. Wprawdzie uczestniczyłam tylko w jednym z wieczorów, ale zaobserwowałam, że wyjątkowo dla mniejszości muzyka stanowiła tam element tła do rozmów.
Z Survivalu wychodzę zatem z poleceniem kilku wartościowych książek, paroma dziwnymi przemyśleniami, jak chociażby dostrzegając związki pomiędzy AI i ropą naftową, obserwując krąg życia, w który włączane są skały i minerały, czy faktem, że w świecie, który goni i pomija, jego badanie poprzez tytułowy palec w sercu lub palec w dupie (tytuł jednej z prac) mógłby stać się sposobem na ponowne, wnikliwe zespolenie z rzeczywistością, tak jak badają świat bez ogródek medycyna i polityka.
