Cricoteka – obiekt grający. Rozmowa z Wiktorem Burym, kuratorem cyklu instalacji „Rezonanse” w Cricotece
Weronika Bielecka: Jak zrodził się pomysł na „Rezonanse”?
Wiktor Bury: Pierwsza edycja „Rezonansów” realizowana była dwa lata temu, w 2024 roku, kiedy jako Cricoteka obchodziliśmy dziesięciolecie obecności w Podgórzu. Zastanawialiśmy się wtedy, w jaki sposób możemy zaznaczyć tę rocznicę. I ja, jako osoba, która zajmowała się zarówno performatywnymi, jak i muzycznymi wydarzeniami w tej instytucji, od razu zacząłem myśleć o jej budynku przez pryzmat dźwięku. Jako nie tylko spektakularnym obiekcie architektonicznym, ale także jako inspirującym obiekcie grającym, którego przestrzenie można poeksplorować, posprawdzać, jak brzmią. Mamy salę teatralną, salę widowiskową, w której realizujemy koncerty i inne działanie muzyczne, ale mnie od początku interesowały raczej te wszystkie nieoczywiste przestrzenie, trochę takie foucaultowskie nie-miejsca: przejścia, korytarze, klatki schodowe, magazyny i archiwum. To był główny punkt wyjścia, żeby jakoś poeksplorować ten budynek, tę dziwną bryłę. Na początku planowałem koncerty, potem jednak stwierdziłem, że lepiej tutaj zadziałają instalacje, które nie będą aż tak efemeryczne, tylko jednak potrwają. Założenie jest takie, że każda z tych instalacji jest specjalnie zaprojektowana do konkretnej przestrzeni, biorąc pod uwagę jakiś aspekt architektoniczny, funkcję, którą pełni, czy jej znaczenie.
WB: Słowo rezonans pochodzi z języka francuskiego (résonance), a pierwotnie z łacińskiego, gdzie re-sonare oznacza po prostu oddźwięk, brzmieć ponownie. Zjawisko rezonansu w akustyce oznacza wzmożenie drgań obiektu pod wpływem działającej na nie siły zewnętrznej. Jak te dwie kategorie – wzmocnienia czy pobudzenia i powtórzenia tutaj działają? Także, być może, w sensie psychoanalitycznym? Jaka warstwa znaczeniowa była dla ciebie istotna?
WB: Cieszę się, że wychwyciłaś dualizm tego słowa, bo faktycznie oprócz jego czysto akustycznego, czysto dźwiękowego znaczenia, istotny był także jego symboliczny oraz językowy wymiar. Moje kuratorstwo jest tutaj istotne, bo faktycznie traktuję te przestrzenie jak takie samograje. Artyści tworzą do nich instalacje, ale one same w sobie też wydają dźwięki i same w sobie już są jakąś sytuacją. I tak naprawdę dopiero z połączenia tych instalacji, ludzi w nich uczestniczących oraz wypełniających je dźwięków codzienności, powstaje wielka kompozycja. Nakładanie się tych warstw jest dla mnie intrygujące. A drugi, istotny dla mnie wymiar, to ten społeczny, bo też od początku zależało mi, żeby te instalacje były możliwie ogólnodostępne i możliwie otwierające się na słuchacza. Żeby można było w nich swobodnie uczestniczyć czy przypadkiem na nie trafić, nawet nie wiedząc, co się tu wydarza. Chciałem zaznaczyć, że nie trzeba interesować się muzyką współczesną i festiwalami muzyki nowej, żeby wziąć w tym udział, tylko można po prostu wejść na plac Cricoteki czy odwiedzić kawiarnię na czwartym piętrze i natrafić na jakieś dźwięki.
WB: I rzeczywiście instalacja umożliwia to w o wiele większym stopniu niż koncert.
WB: Tak, to mnie najbardziej w tym kręci – że ktoś może w ogóle jej nie zauważyć, zdziwić się, zatrzymać i po prostu pobyć sobie w tej przestrzeni. A przy okazji dowiedzieć się czegoś nowego, poznać nową artystkę_stę. Może się zainspirować, może się od tego odbić i w ogóle to odrzucić. I to też jest okej. Zależało mi więc na tym, żeby ustanowić najmniejszy próg wejścia i żeby to się działo w symbiozie z przestrzeniami i z ludźmi, którzy z nich korzystają.
WB: Jaki był klucz wyboru osób artystycznych? Jakie kryteria brałeś pod uwagę?
WB: Staram się dobierać osoby do konkretnych przestrzeni, dostosowywać ich twórczość do tematów, o których myślę, czy do jakichś konkretnych wątków, które w moim odczuciu są w stanie w nich zarezonować. Myśląc na przykład o archiwum, pierwszym skojarzeniem, takim naturalnym połączeniem była Zosia Hołubowska, która na co dzień pracuje z różnego rodzaju archiwami i je przetwarza, queeruje, dekonstruuje. Czy jak w tym roku wybierając plac, myślałem o ekologiczno-aktywistycznej warstwie instalacji. Stąd też wybór Justyny Banaszczyk, która w tych rejestrach się porusza. W poprzedniej edycji mieliśmy Julka Ploskiego, który często gra z estetyką trochę gliczu, trochę kiczu, trochę dźwięków z gier czy z filmu, tworząc bardzo intensywne, bardzo wyraziste dźwiękowe pejzaże, a tutaj postanowił je zamknąć w ciasnej przestrzeni windy i sprawdzić, co powstanie z tej mieszanki. I to, myślę, bardzo ciekawie zadziałało.
WB: Czy w jakiś sposób poprzednia edycja „Rezonansów” koresponduje z aktualną? Czy te dwa cykle ze sobą rezonują? Czy jest to raczej po prostu kontynuacja projektu?
WB: Zapewne dopiero okaże się, jaka była interakcja między tymi dwiema edycjami. Myślę, że jest w tym sensie kontynuacją, że eksplorujemy nowe przestrzenie i wchodzimy do innych miejsc, a także pojawiają się nowe wątki. Ale sądzę, że jest tutaj potencjał na jakieś zarezonowanie. Dobrym przykładem jest praca Teoniki Rożynek, która w tym roku powstaje do Galerii Pracowni Tadeusza Kantora, czyli jego ostatniego mieszkania przy ulicy Siennej. W swojej instalacji Teoniki wykorzystuje materiały z archiwum Cricoteki – z prób, przygotowań czy wypowiedzi Kantora i próbuje jakoś tę audialną, kantorowską materię ożywić, ożywić nią jego pokój. A w tamtej edycji Zosia Hołubowska również działała w archiwum, niejako wywołując duchy. I także na bazie jakichś strzępków, szmerów i szelestów, z pozornie nieistotnych dźwięków zbudowała swoją instalację.
WB: Ten wątek hauntologiczny jest tutaj niezwykle ciekawy. Badanie, przepracowywanie i nadawanie nowych znaczeń przeszłości było istotnym elementem w twórczości Kantora. Czy można powiedzieć, że dźwięk w „Rezonansach”, ale też dźwięk pojawiający przy okazji innych projektów odbywających się Cricotece, staje się swoistym medium i sposobem na nie tylko ożywianie pamięci, ale także jej stwarzanie, wynajdywanie? W jaki sposób dźwięk wchodzi tutaj w grę z historią Cricoteki i z twórczością jej patrona?
WB: Faktycznie to nie tylko „Rezonanse”, ale też wiele innych projektów około-dźwiękowych eksploruje ten temat, czy nawiązuje do historii tego miejsca, czy konkretnie do twórczości Kantora. I to na takim bardzo podstawowym poziomie, w próbie odejścia od historii pisanej i wizualnej. Samo skupienie się na dźwięku, na warstwie audio wydaje się być co najmniej nieoczywiste i odświeżające. Wszak dziedzictwo Kantora to nie tylko wielkie manifesty i świetne obrazy, czy spektakle teatralne, ale też właśnie warstwa dźwiękowa, która w jego twórczości jest bardzo ważna i często wykorzystywana. Istotnym wątkiem jest tutaj polifoniczność jego praktyki. To, że on nigdy nie był wyłącznie reżyserem, wyłącznie malarzem, wyłącznie scenografem. Jego spektakle są nie tylko przedstawieniem teatralnym, ale też trochę instalacją, trochę żywym obrazem. Dźwięk pojawia się w jego twórczości na dwóch poziomach: jako konkretny cytat z historii muzyki – to są jakieś walce, mazurki, militarne nawiązania i wojenne przyśpiewki, konkretne utwory muzyczne. A oprócz tego, i co ciekawi mnie bardziej, są wszystkie dźwięki generowane na żywo podczas spektakli i wytwarzane przez ludzi oraz nie-ludzi: stukania, pukania, wrzaski. Bardzo ciekawy wydaje mi się wątek obiektów, które tworzył i które traktował nie jako scenografię, tylko jako równorzędnego aktora na scenie i które często miały funkcję dźwiękową. Na przykład jest praca Maszyna Aneantyzacyjna, która składa się z konstrukcji z krzeseł. Jest ona akurat obsługiwana przez człowieka. W środku tej konstrukcji aktor porusza dźwignią, spuszczając krzesła. I to generuje ogromny hałas. Inną pracą jest samoporuszająca się kołyska, która gibając się, wystukuje bardzo konkretny, jakby metronomowy rytm. Ten dźwięk był więc tam obecny.

fot. M. Zygmunt
WB: Czy w poprzednim roku któraś z tych instalacji najbardziej zarezonowała z publicznością?
WB: Myślę, że najwięcej zaciekawienia budziła praca Julka Ploskiego w windzie. Najbardziej zaskakiwała. Wchodziło się do niej trochę jak do jaskini potwora czy na pokład jakiegoś statku kosmicznego. Pewnie najwięcej osób miało okazję doświadczyć tej instalacji ze względu na to, że odbywała się właśnie w tym miejscu. Ale sądzę, że ciekawe wątki rozwinęła także praca Oli Słyż, która uwypuklała wątki militarne u Kantora, i nawiązując do poprzedniej wystawy stałej, Tadeusz Kantor. Widma. Jej instalacja totalnie się wpisała w tę wystawę i niejako zespoliła się z jej warstwą wizualną, więc w pewnym sensie były one nie do odróżnienia. Można było w ogóle nie zauważyć, że to jest jakaś międzyczasowa interwencja, bo tak dobrze wpisywała się w wystawę.
WB: Za nami pierwsza instalacja autorstwa Justyny Banaszczyk aka FOQL. Czy stanowiła ona rozszerzenie koncepcji Bug Poems, czyli jej ostatniego albumu? Co mogliśmy usłyszeć?
WB: Zaproponowałem współpracę Justynie jeszcze przed ukazaniem się tego albumu, więc po prostu interesowała mnie jej dotychczasowa twórczość na przecięciu aktywizmu i muzyki eksperymentalnej. Ale jak już przeszliśmy do pracy nad tą instalacją, to sama Justyna zasugerowała, że Bug Poems mogą być tutaj dobrym kontekstem. I faktycznie jej muzyka w ciekawy sposób wchodzi w przestrzeń i rozwija właśnie wątki, na których mi zależało. Czyli wprowadza jakiś taki ludzko-nieludzki element do tego betonowego placu. Bo oprócz tego, że Bug Poems ma ciekawą strukturę i formę trochę słuchowiska, trochę eksperymentalnego albumu, składanki przeróżnych, bardzo różnorodnych utworów, to w warstwie i dźwiękowej i tekstowej, która też jest bardzo ważna, dotyczy właśnie relacji człowieka z naturą, a w szczególności z owadami. Zarówno na bardzo konkretnym, fizycznym, abiektalnym poziomie, jak i tym metaforycznym – owad funkcjonuje tutaj jako symbol czegoś obcego i nie do końca poznanego.
WB: Czy planujesz w jakiś sposób uwiecznić materiał z tych instalacji, żeby mogli go usłyszeć ci, którzy nie byli w stanie dotrzeć na miejsce?
WB: Póki co nie mam takich planów, ale faktycznie jest pomysł, żeby coś po nich zostało, żeby wydać ten materiał w jakiś sposób. Problem tkwi w tym, że to były zawsze instalacje wielokanałowe – sześcio, ośmiokanałowe, więc w tej wersji moglibyśmy pokazać jedynie wycinek z całości doświadczenia. Brakowałoby też warstwy wizualnej towarzyszącej każdej z instalacji. Niemniej zastanawiam się, czy można coś z tym zrobić. Na pewno Zosia Hołubowska wrzuciła na swojego Bandcampa fragmenty pracy, więc można ich posłuchać. Ale jest to wątek do przemyślenia: jak zapisać takie rzeczy?

fot. M. Zygmunt
WB: Rezonować to także wchodzić w interakcję, wywierać na siebie wpływ. Czy ten aspekt wybrzmiewa w którejś z instalacji? Może w tej, która dotyka kwestii edukacji, gdzie twórcza wymiana, odwaga do bycia źródłem pobudzenia, ale też bycia siłą, która wywiera wpływ jest nieodłącznym elementem procesu uczenia się?
WB: Tak, w sumie właśnie ta najbliższa instalacja autorstwa Asi Miny i Pawła Romańczuka, która powstaje do przestrzeni wystawy „Dzikie Harce”, trochę o tym jest – o wzajemnym uczeniu się i wywoływaniu dźwięków. I o tym, że to nigdy nie jest tylko relacja ja-słuchacz, i ty-źródło dźwięku, ale zachodzi jakaś wymiana. Ich wspólna praca będzie interaktywna i zapraszająca do współtworzenia warstwy dźwiękowej, do komponowania jej tu i teraz. Składają się na nią pudełeczka dźwiękowe, które będzie można samodzielnie zestawiać, wyciszać, dokładać i tworzyć własną instalację.
WB: Po raz pierwszy „Rezonanse” wybrzmią w przestrzeni przeznaczonej dla dzieci i po raz pierwszy będzie to instalacja stworzona przez duet. Jak przebiegała współpraca między Asi Miną a Pawłem Romańczukiem? Na czym ona polegała? Jak będziemy mogli tego doświadczyć?
WB: Tak, bardzo się cieszę, że udało mi się zrealizować ten pomysł akurat przy okazji konkretnej wystawy. To, że zapraszamy dzieci do eksperymentu, do działania, do zwrócenia w ogóle uwagi na dźwięk, traktuję jako misję. Myślę, że jest to bardzo cenne. Zwłaszcza jeśli może się wydarzyć w takiej lekkiej, atrakcyjnej formie, czyli, że nie uczymy dzieci historii muzyki, tylko dajemy im ciekawe, śmieszne pudełka do pogrania i po prostu jakoś tak otaczamy ich dźwiękiem, dając możliwość tworzenia. Faktycznie instalacja jest stworzona przez duet. Praca Asi Miny jest już częścią wystawy „Dzikie Harce”. Od marca prezentowana jest jej „Przechowalnia dźwięków”, która stanowi przestrzeń do muzykowania i do eksperymentowania z dźwiękiem, więc ona jakoś automatycznie się tutaj pojawiła. Zastanawiałem się, kto będzie pasować do tej sytuacji, i też bardzo się cieszę, że Paweł Romańczuk zgodził się przyjąć moje zaproszenie. Jest on nie tylko muzykiem, ale przede wszystkim niesamowitym konstruktorem i wynalazcą dźwiękowym, który zarówno jako Małe Instrumenty, ale też w swojej solowej twórczości eksploruje bardzo fizyczną, materialną, obiektową warstwę poszczególnych dźwięków. Jego prace to zarówno instrumenty, jak i dzieła sztuki. Z Asi Miną połączył ich temat pudełek, które już są obecne na wystawie. Czeka na nas gra ze skalą, ze źródłem dźwięku, bo dźwięk będzie pochodził od ludzi uruchamiających pudełka, ale też część instalacji przygotowana przez Pawła będzie takim samogrającym obiektem. Także ta złożona relacja autorstwa, skali, pochodzenia i uruchomienia wystawy będzie obecna w procesie.
WB: Instalacja Rafała Ryterskiego wypełni przestrzeń sali edukacyjnej. Jaka będzie relacja między jego pracą dźwiękową a funkcją i charakterem tej przestrzeni?
WB: Nazwaliśmy tę przestrzeń salą edukacyjną dla funkcjonalności komunikacji. Ja ją potraktowałem bardziej jako przestrzeń warsztatową. Jest to także dla pracowników_czek Cricoteki miejsce, w którym można się czasami zamknąć, odciąć się od hałasu biura, open space’u czy wystawy, i która pełni też funkcję wyciszenia i odseparowania. I z tą myślą zwróciłem się do Rafała, który faktycznie zaproponuje w tej przestrzeni swój mikroklimat, alternatywną wersję rzeczywistości, uzupełnioną dodatkowo obiektami Ľudmily Bubánovej, która stworzy warstwę wizualną instalacji. To będą trochę naturalne, trochę syntetyczne materiały, tkaniny eksplorujące temat poszukiwania dziwnego, obcego, nieco kosmicznego miejsca. Będą tam więc grzyby, mchy, pleśnie, miejsca poukrywane, podskórne, w których można się zanurzyć i które stanowią taką alternatywę dla tej kapitalistycznej, wygładzonej rzeczywistości, oferując zanurzenie w tym, co abiektalne, w śluzach i organicznych, nie zawsze dających się kontrolować, materiałach. Rafał projektuje tę instalację w taki sposób, żeby reagowała na otoczenie. Aby nie tylko udawała mikroklimat, ale jednocześnie funkcjonowała jako żywy organizm, więc ona będzie się zmieniać w zależności od obecności innych osób w środku.

fot. M. Zygmunt
WB: Czyli rozumiem, że trochę wybrzmiewa tu wątek zagrożenia wynikającego z technologizacji życia i związanym z tym przebodźcowaniem, a także ograbieniem świata z materialności.
WB: Tak, jesteśmy tak bardzo przeładowani i przebodźcowani, także dźwiękiem. W każdej publicznej i domowej przestrzeni zawsze coś brzmi, pulsuje, bzyczy i szumi dookoła nas. Ta instalacja jest trochę o próbie ucieczki od tego i próbie poszukiwania innych form organizacji życia.
WB: Powiedz coś więcej o instalacji Teoniki Rożynek.
WB: Teoniki działa w Galerii Pracowni Tadeusza Kantora, a konkretnie w jego pokoju, który jest zachowanym pokojem z roku 90., w którym Kantor zmarł. Jest więc trochę żywą biblioteką, żywą galerią codzienności Kantora. Teoniki zainteresowała mnie właśnie w tym kontekście, ponieważ podobnie jak ona, Kantor też kolekcjonował dużo bibelotów, odpadków, jakichś takich często bardzo kontrastowych obiektów i tworzył z nich swoją przestrzeń. Są tam zarówno jakieś antyki włoskie, meble, jak i lampy z Ikei albo jakieś bibeloty, figurki z podróży, które w ogóle wydawałoby się, że nie przystają do wizerunku Kantora jako wielkiego awangardowego artysty. Interesował mnie wątek znalezisk dźwiękowych, odpadków w jego twórczości. Teoniki nie dość, że uruchomi te wszystkie dziwne znaleziska, to też doda do nich ich autora, ich ojca, w postaci głosu Kantora.
WB: Czego będzie można doświadczyć ramach wydarzeń towarzyszących?
WB: W tym momencie mogę potwierdzić i zapowiedzieć warsztaty z Rafałem Ryterskim, które odbędą się 19 sierpnia. I to będzie propozycja dla osób już zajmujących się muzyką, bo tak samo jak w poprzedniej edycji, tak i w tej, zależy mi, żeby był ten komponent już dla ludzi aktywnych muzycznie. Na początku myślałem, że będą to warsztaty z produkcji dźwięku, ale Rafał raczej chciałby pójść w stronę tych organicznych struktur i przetwarzania dźwięków na żywo. A reszta programu jeszcze się kształtuje, więc tutaj nie mogę na razie niczego zdradzić. Zachęcam więc do uważnego śledzenia naszych mediów społecznościowych, gdzie będą pojawiać się informacje na temat nadchodzących wydarzeń.