Od przydomowego tarasu do edycji marzeń: 13 lat muzyki w Biedowie. Rozmowa ze Sławkiem Koryzno i Maciejem Świniarskim
Natalia Glinka-Hebel: Gracie – razem i osobno – w uznanych zespołach i składach, wśród których wymienić można Nene Heroine, Hér czy Tomasz Chyła Quintet. Do tego jeszcze Sławek współprowadzi wytwórnię płytową, obaj organizujecie też Biedowo Music Fest. Pytanie rodem z kobiecych poradników – jaki jest wasz sekret, że w ogóle macie na to czas i siłę?
Maciej Świniarski: To chyba po prostu miłość do muzyki. Jeżeli bym tego nie lubił, to nie mam pojęcia, skąd brałbym tę energię i drive do przechodzenia od jednej rzeczy do drugiej. Bardzo często mówię o tym, że gdybym grał, na przykład, w jednym składzie albo robił jedną konkretną rzecz, to dostałbym absolutnej paranoi i klaustrofobii. Lubię te zmiany planów i robienie różnych innych dziwnych rzeczy, też w kontekście samego grania – wchodzisz z różnymi ludźmi na scenę i okazuje się, że to zupełnie różne światy, w których musisz się odnaleźć. Poza tym, jeżeli chodzi o prowadzenie wytwórni czy organizowanie festiwalu, to też chęć poznania muzycznego świata od drugiej strony. To kolejna muzyczna zajawka – to nadal robienie muzy, tylko w zupełnie inny sposób.
Sławek Koryzno: Tak, to trochę inny tor. U mnie jest podobnie – napędza mnie ta zmienność i też bym nie wytrzymał w jednym zespole, robiąc jedną rzecz. Fakt, te aktywności, które wymieniłaś, wypełniają po prostu wszystkie moje doby. Nie mam za bardzo czasu na nic innego, więc to duże poświęcenie, żeby robić to wszystko jednocześnie. Bywa bardzo gęsto, ale da się to połączyć. Ten drive, o którym mówił Maciek, wynika właśnie z tego, że jest ta zmienność, że cały czas jesteśmy obok muzyki. Festiwal też jest trochę takim oddechem. Mimo, że wkładasz w to pracę, to jest to oddech na przykład od samego grania – tutaj masz inne zadania do wykonania.
MŚ: Tak, to jest obcowanie z muzą i w zasadzie trochę jesteś na scenie, ale niekoniecznie jesteś wykonawcą. To inny rodzaj obciążenia. Fajnie obserwować to z boku. Dajesz platformę innym i potem sprawdzasz, jak sobie radzą z tymi warunkami i jakie warunki ty generujesz.
SK: Nie masz tych wysokich emocji, które towarzyszą ci podczas grania na scenie – ja, na przykład, przy Biedowie dużo siedzę przy kompie, ale samo ustawianie line-upu i szukanie wykonawców jest dla mnie co roku mega zajawą. Poznaję nowe bandy, sprawdzam festiwale, na które nasze zespoły też mogłyby się wybrać, więc to wszystko są połączone naczynia.
MŚ: Tak, albo na festiwalach, na których jesteśmy, spotykamy zespoły, które potem na backstage’u możemy zagadać.
SK: Teraz byłem z Cinnamon Gum w Niemczech na festiwalu Kimiko, który odbywa się na kampusie uniwersytetu. Nie miałem czasu wcześniej przejrzeć line-upu, i tak jedziemy busem, sprawdzam, a tam Yin Yin, czyli nasz headliner z Biedowa. Okazało się, że mieliśmy garderoby obok siebie i od razu zbiliśmy piątkę. Przypomniałem im, że jestem z Biedowa. Skojarzyli nas, spotkaliśmy się wcześniej też w Holandii na festiwalu ESNS i nie wiem, czy to holenderskie spotkanie nie było trochę kartą przetargową – zapamiętali nas, wtedy jeszcze trwały rozmowy, nie mieliśmy potwierdzonego deala i może właśnie przez to, że nawiązaliśmy bezpośredni kontakt to gdzieś im w głowie zostało, że o, Biedowo, fajne miejsce gdzieś tam na wsi w Polsce z ciekawym lineupem.

fot. Sisi Cecylia Kreft
NGH: No właśnie, Biedowo jest nietypowe i wyjątkowe pod wieloma względami, zaczynając od tego, że jesteście festiwalem niezależnym, przez lokalizację – jak to się w ogóle zaczęło? Przeglądałam zdjęcia, które wrzuciliście na Instagramie z porównania dotychczasowych edycji i widać, jak bardzo to się rozrosło. Podobno wszystko zaczęło się od tarasu.
SK: Tak, pierwsza scena to był taras domu moich rodziców. Tak naprawdę dopiero od pięciu lat mamy scenę z prawdziwego zdarzenia – osiem pierwszych edycji było na tarasie. Zaczęło się po prostu od impulsu moich rodziców, którzy przeprowadzili się z Olsztyna do Biedowa; z jednej strony fajnie, bo mama zawsze chciała wynieść się na wieś – wychowała się na wsi, jakoś nie bardzo ta wielka płyta i osiedle w Olsztynie jej odpowiadało. No ale jednak wiadomo, że jak się wyprowadzasz na wieś, to trochę tracisz kontakt ze znajomymi. Chyba trochę brakowało im ludzi i namawiali mnie – a zacząłem wtedy studiować na Akademii Muzycznej – żebym przyjechał z kumplami muzykami na grilla, żebyśmy pograli na tarasie. No i tak się zaczęło: jam session z kumplami na tarasie, a rodzina i najbliżsi nas słuchali.
NGH: Widać było na tych zdjęciach garstkę osób w porównaniu z setkami ludzi z zeszłego roku. Spodziewałeś się, że to się tak rozkręci?
SK: Nie, ani nie spodziewałem się, ani nie marzyłem, bo w ogóle nie projektowałem tego w swojej głowie od początku – wiedziałem, że zrobimy to ponownie za rok, ale nie myślałem o tym, że to ma wciąż się rozrastać.

NGH: Mówisz o tym tarasie, a potem o tym, że scena była tam, gdzie teraz jest strefa gastronomiczna, i nagle z festiwalu, który był na tarasie, robi się festiwal, który potrzebuje strefy gastronomicznej…
SK: Tak, dokładnie, dokładasz takie małe cegiełki. Wiesz, jednak ten okres jest długi, 13 lat to nie jest mało. Pamiętam drugą edycję, zorganizowaliśmy spływ kajakami – za 5 lat nie można było zorganizować tego spływu, bo było za dużo ludzi.
NGH: No właśnie – jak udało się to rozkręcić do tego poziomu? Czy to była poczta pantoflowa?
SK: Tak, 100% pantoflowa…
MŚ: Jak myśmy się jeszcze [ze Sławkiem] nie znali i przyjechałem na studia, to już mi ludzie mówili, że jest koleś, co w ogródku u rodziców robi festiwal. Ktoś z moich znajomych tam pojechał i pamiętam, że potem oglądałem zdjęcia – wiesz, ludzie śpiący gdzieś w namiotach pod domem – i to rosło. Później się poznaliśmy, okazało się, że to jest Sławek Koryzno i to on robi ten festiwal. A potem tam pojechałem na niszową, połowiczną edycję urodzinową, taką dla rodziny. Pojawiłem się pierwszy raz na Biedowie, siedziałem między wujkami i sąsiadami, i puszczałem dym na scenie. Potem, właśnie po tej sytuacji stwierdziłem, że przyjadę, i tak znalazłem się w tej ekipie. Wtedy dużo słyszałem o jakiejś inicjatywie, ale ona nie miała jeszcze nazwy. Nie mówiło się wtedy, że to festiwal, że to jest Biedowo Music Fest. Nie mieliśmy social mediów, tylko ludzie mówili, że jest taki event w ogóle, że można wziąć namiot i pojechać posłuchać muzyki gdzieś tam na wsi. A teraz jest tak jak jest.
NGH: Wracając do tego, jak bardzo festiwal się rozrósł, można odnieść wrażenie, że dla was na tym etapie nie ma rzeczy niemożliwych. Zastanawiam się, czy na przykład są kwestie organizacyjne, które wciąż stanowią dla was problem, i na przykład wolelibyście, żeby ktoś was z nich odciążył, albo wolelibyście nie robić. Czy jest jakaś część festiwalu, która jest dla was nieprzyjemna?
SK: Wiesz co, może nie tyle nieprzyjemna, ale mamy ograniczone możliwości i zasoby czasowe, żeby samodzielnie wszystko ogarniać. Więc tak naprawdę to, o czym mówisz, już się dzieje, bo zrzucamy pewne zadania.
NGH: Macie też chyba sporą ekipę wolontariuszy, prawda?
SK: Tak, ale zlecamy też część prac zewnętrznym firmom. Na przykład w tym roku cała obsługa techniczna sceny głównej jest obsługiwana przez firmę z zewnątrz. Wynajmujemy scenę z techniką, realizatorami od światła i dźwięku, stage managerem. To są oczywiście nasi znajomi, ale to jednak zewnętrzne płatne zlecenie. Plus, tak jak wspomniałaś, mamy około 20 wolontariuszy, oprócz samego teamu, który ma prawie 30 osób, więc te zadania są rozdzielone. Fajne jest też to, że my wywodzimy się ze środowiska muzycznego, ale w teamie są ludzie z bardzo różnych branż. Łączy nas zamiłowanie do muzyki – tak naprawdę znamy się z tego środowiska, ci ludzie przychodzili na nasze koncerty, razem chodzimy na festiwale – ale oni mają inne skille. Nie muzyczne, ale, na przykład, jedna dziewczyna, która jest w teamie, jest inspektorem nadzoru na budowach i super ogarnia tematy organizacyjne i techniczne. Nasz kumpel, Konrad, basista, z kolei ma skille techniczne, podłączą hydraulikę, buduje wieżę na projektory itp. Każdy dodaje cegiełkę z trochę innego obszaru.
MŚ: Kiedy muzycy z zajawki organizują festiwal, same skille muzyczne czasem nie wystarczają.
SK: Wielu muzyków kompletnie nie ogarnia innych rzeczy niż granie na instrumencie.
MŚ: Gdyby festiwal organizowali sami muzycy, to by był dobry eksperyment…
NGH: …ale trzynastu edycji by raczej nie wytrzymał (śmiech).
SK: Nie sądzę, żeby wtedy to się w ogóle odbyło (śmiech).
MŚ: Wiesz, ja też tam przyjeżdżam i moim ulubionym zajęciem na Biedowie jest obecnie koszenie pola.
SK: Ja tak zapamiętałem Maćka z pierwszego Biedowa – przyjechał i skosił na chillu całą działkę.
NGH: Często organizator przyjeżdża na gotowe, a wy przyjeżdżacie na festiwal i jeszcze macie tam mnóstwo pracy, a do tego czasem sami gracie na festiwalu organizowanym przez siebie. Zastanawiałam się, jakie to jest dla was uczucie i czy lubicie grać na tym, co sami organizujecie.
SK: Tak, mam z tym totalny luz, bo to jest inicjatywa DIY, nigdy nie biorę kasy za to, że gram. Szczerze mówiąc, wolałbym nie grać, ale na razie zostałem przegłosowany, bo co roku jakiś zespół, w którym gram, jest na fali i musi wystąpić. Rok temu obiecywałem sobie, że w tym rok już naprawdę nie zagram, ale Nene Heroine wydało nową płytę i mój team mówi: musisz zagrać, tym bardziej, że w Olsztynie nie gracie, to ściągniecie też nowych słuchaczy do Biedowa, więc już machnąłem ręką (śmiech). Pamiętam różne koncerty, lepsze i gorsze, w moim wykonaniu na Biedowie. Jestem trochę rozproszony w tym całym organizacyjnym szale – wskoczenie tak nagle na scenę i wejście w muzę wychodzi różnie, dlatego też raczej wolałbym się wycofać, ale póki co się nie poddaję (śmiech).
MŚ: Ja mam zupełnie inny zestaw obowiązków…
NGH: Koszenie trawy (śmiech).
MŚ: Koszenie trawy, ale też chociażby stage management. Mam zajawę i wiem jak się nazywają różne kabelki, więc przy tym towarzyszyłem. Jestem też gdy przyjeżdża scena, ale też przy zadaniach typu przynieś, podaj, pozamiataj. Spełniam się w zadaniowej roli – ktoś mi mówi: zrób to, więc idę i to robię. Podczas Biedowa mam zupełnie inny zestaw obowiązków [niż Sławek] i mam w zupełnie drugą stronę. Jak graliśmy jako Sviniarski Orchestra na festiwalu, przy którym pracowaliśmy, to czuliśmy się jeszcze bardziej jak u siebie. Wchodzisz na tę scenę i jak zazwyczaj mam luz, to wtedy miałem taką niesamowitą przyjemność, stuprocentową, że wiem, co jest na tej scenie, dlaczego to stoi tu, że dokładnie rozumiem, co się może wydarzyć. Jak u siebie po prostu.
SK: To ciekawe, co Maciek powiedział, bo wielu muzyków ma tak, że jak grają u siebie, na przykład w swoim mieście, bardziej przed swoją publicznością, to mają większy thrill, trochę więcej stresu. Maciek rzeczywiście też ma inne zadania; ja jako koordynator muszę spinać to w całość, więc jestem w ciągłym kontakcie z teamem. Oczywiście teraz dużo lepiej to wygląda niż jakieś kilka lat temu – pamiętam takie edycje, że naprawdę nie miałem chwili wytchnienia.
MŚ: Nastąpiła decentralizacja.
SK: Tak, fajnie udało się porozrzucać te zadania na podzespoły i już nie jestem tak nękany, mam trochę więcej spokoju.

fot. Stefan Głosnik
NGH: Chwilę wcześniej powiedziałeś, że Biedowo to inicjatywa DIY. Jak na taką inicjatywę, to festiwal jest bardzo dopracowany pod takimi względami, o których nawet większe festiwale czasami nie myślą – chociażby wasza oprawa wizualna, piękne plakaty czy merch. W tym roku wybraliście sobie hasło przewodnie „Year of the Horse”. Skąd ten pomysł i co to dla was oznacza?
SK: Julia Rajs zaprojektowała w tym roku całą identyfikację graficzną festiwalu i to hasło z kalendarza chińskiego przypasowało jej pod ten nasz sielski, wiejski vibe.
MŚ: Skoro pojawiają się konie z różowymi siodłami, to możemy wykorzystać ten Rok Konia jako nasz motyw przewodni.
NGH: W waszym wypadku to bardziej powinny być te jednorożce i pegazy, które unoszą was na skrzydłach marzeń o wielkim festiwalu.
SK: Mamy w Biedowie sąsiada, obok naszego pola namiotowego, który ma osły, konie, kozy – więc te zwierzęta też są częścią festiwalu. Festiwalowicze mogą do nich podejść i się zapoznać (śmiech).
NGH: Aha, czyli taki motyw lokalny, nie horoskopowy.
SK: Trochę tak, bo cała identyfikacja wizualna w tym roku jest trochę ezoteryczna. Nawet zamiast ulotek mamy karty jak do tarota – to wszystko jest spójne. Często dostajemy też taki feedback od odbiorców. Ludzie doceniają, że mamy prysznice z ciepłą wodą – staramy się, żeby to wszystko działało. Aspekt wizualny też jest dopracowany dzięki temu, że mamy team ludzi z różnej branży, w tym kilku grafików.

proj. Julia Rajs
NGH: To też przyczynia się do tego, że Biedowo stało się w pewien sposób marką i jest rozpoznawalne. Kolejna rzecz, która paradoksalnie jest luksusem na festiwalu, to brak zasięgu. Jak już się do tego przyzwyczaisz, to masz mega luz, nie patrzysz ciągle na telefon, nie korzystasz z niego cały czas, choć podejrzewam, że to raczej wypadkowa, a nie celowy zabieg.
SK: To jest wypadkowa. Ja akurat mam zasięg i w ogóle nie czuję tego odcięcia – chciałbym, ale nie mam szans na to, żeby nie mieć komunikacji.
MŚ: Ja przyjeżdżając na Biedowo po prostu od razu odkładam telefon i przełączam się raczej na walkie-talkie, który jest takim wewnętrznym intercomem, gdzie możemy sobie rozmawiać, a ten telefon zostawiam, bo będę się tylko irytował, że mi się kółko kręci, kręci, kręci i nic się tam nie wydarzy. Jestem wielkim przeciwnikiem tej całej smartfonozy, więc mi się to mega podoba. Zawsze zachęcam do tego, żeby w trakcie wydarzeń muzycznych, jakikolwiek, nie patrzeć na nie przez obiekty smartfonika, tylko jak już tu jesteś, to doświadczaj. Mamy fotografów i wideografów podczas festiwalu, więc będzie relacja i będzie można znaleźć zdjęcia czy filmy może nawet w lepszej jakości niż wykonane własnym telefonem. Może nie mają wartości sentymentalnej, bo nie są zrobione samodzielnie, ale nadal jest to dokument. To nie jest festiwal w mieście, że jak się nic nie dzieje, to wychodzisz do knajpy, do kawiarni, do food hallu, tylko jesteśmy cały czas w zamkniętym środowisku i w momencie, w którym wyłączasz smartfony, nagle generujesz w ludziach sytuację, w której zaczynają się socjalizować, chętnie do siebie odzywać.
NGH: To właśnie powiedziałeś, Sławku, w jednym wywiadzie, że dla ciebie na Biedowie najważniejszy jest kontakt między ludźmi.
SK: I właśnie takie historie często słyszymy, że ktoś sobie siedzi, odwraca się w prawo czy w lewo i nagle zaczyna się konwersacja z totalnie nieznajomą osobą. Może to też dzięki temu, że te telefony w większości nie działają. Pewnie ludziom na początku ciężko się przyzwyczaić, ale z upływem czasu się socjalizują.
MŚ: Biedowo jest festiwalem ludzi dobrej woli. Zawsze – i w każdym wywiadzie, którego udzielałem przy poprzednich edycjach, i jeżeli kogokolwiek zapraszam – zachęcam do absolutnej ekstrawertyczności podczas festiwalu, żeby się otwierać, zaczepiać, rozmawiać, uprawiać small talk, bo to działa. Raczej nie mamy sytuacji nieprzyjemnych czy ludzi przypadkowych – tu wszyscy są nastrojeni na dobry czas.

fot. Sisi Cecylia Kreft
NGH: Do Biedowa chyba nie da się trafić przypadkiem.
SK: Pewnie teraz już trochę bardziej można trafić tu z przypadku, przez to, że festiwal jest tak otwarty i bardziej promowany. Choć uważam, że to nadal jest bardziej marketing szeptany – znajomy przez znajomego. Na pewno bardziej wyświetlamy się ludziom w social mediach, ale nadal to wiążą z kimś znajomym, kto był na festiwalu. Aczkolwiek też mi się wydaje – tak widzę w tym roku – że jak ogłaszaliśmy headlinerów, to jest garstka osób, która po prostu chce na dany zespół przyjechać. Może nie wie jeszcze, co to jest Biedowo, ale jest z Olsztyna albo z Warszawy, a to tylko dwie godziny drogi. Cena biletów, patrząc na inne festiwalu, też nie jest zabójcza, więc może przyjechać nawet na jeden dzień.
NGH: Rozmawialiśmy już o tym, jak to się fajnie rozpędziło przez trzynaście edycji, ale zastanawiałam się, czy bardziej myślicie krótkoterminowo, czyli planujecie z edycji na kolejną edycję, czy macie jakiś bardziej dalekosiężny plan, na przykład wizję, jak to będzie wyglądało w przyszłości, albo co jeszcze chcecie osiągnąć?
SK: To jest system jednoroczny, bo tak naprawdę tutaj najważniejszą rolę pełnią gospodarze, czyli moi rodzice. Zawsze czekamy na ich decyzję. Emocje opadają, rodzice też muszą odpocząć, dajemy im trochę czasu na odpoczynek i wtedy ich pytam. Oni się bardzo cieszą na festiwal, ale widzę też po nich że się tym mocno stresują. Szczególnie teraz, na miesiąc przed festiwalem, co chwilę dostaję od nich pytania – jak bilety, czy wszystko się zepnie, czy wszystko dograne i tak dalej. Więc ta ich decyzja jest dla nas, dla teamu najważniejsza. Jeśli jest zielone światło, to wtedy na nowo zaczynamy. Z roku na rok zaczynamy jednak trochę szybciej, bo festiwal jest coraz większy i potrzebuje coraz więcej pracy. Widzę też po line-upie, że skoro mierzymy wyżej jeśli chodzi o zespoły, to musimy dużo wcześniej je bookować. Wiadomo, że duże festiwale planują z kilkurocznym wyprzedzeniem…
NGH: Ale to, że działacie w cyklach rocznych ma swój urok, bo to bardziej pozwala i wam, i słuchaczom docenić ten festiwal.
MŚ: Za każdym razem nakręcamy to po prostu od nowa, aż do momentu wydarzenia; euforia, koniec festiwalu, podsumowania i wyjadanie wszystkich pierogów, które zostały. A potem oczekiwanie na nowość. Wydaje mi się, że z każdym rokiem, jak na coś wpadasz na bieżąco i coś na bieżąco udaje się przeforsować, zbudować, zrobić, ulepszyć, to też za każdym razem daje ci taki drive. Wiesz, rozmowa od, powiedzmy, dziesiątej edycji, że jak już zrobimy to, to już będziemy mieli z głowy na przyszły rok. Ale jak już to zostanie zrobione i festiwal się kończy, to wtedy zaczynają się rozmowy: gdybyśmy teraz to, ale do tego dodali jeszcze to i potem zrobili to i tu przesunęli, a to przekształcili, to będzie świetnie, bo okazuje się, że na następny rok jest dwa razy więcej pracy – to się nigdy nie kończy.
NGH: Ledwo kończy się jedna edycja, a wy już musicie promować następną, jak tylko rodzice odpoczną.
SK: Tak, ale my też musimy odpocząć, bo nie zapominajmy o tym ważnym aspekcie, że my wszyscy robimy to z zajawki i to nie jest nasza główna praca. Cały team musi odpocząć, oni mają swoją pracę i swoje życie. Nie można forsować tego, że Biedowo musi być na piedestale przez cały rok, bo po prostu ludzie się wypalą. Pierwsze rzeczy zaczynają się późną jesienią. Oczywiście były takie plany, że skoro się rozrastamy, to może przenieśmy w ogóle scenę na przykład na pole. W pewnym momencie urwałem te pomysły z rozwijaniem, bo Biedowo by na tym straciło. To miejsce, które mamy, to jest serce festiwalu – ten lasek brzozowy z DJką pośrodku, ten dom rodziców i ogród mamy.

fot. Sisi Cecylia Kreft
MŚ: To jest ta magia, to jest ta bliskość, to jest to, co ostatecznie działa. Jak już zaczynamy kręcić, w momencie, w którym doprowadzilibyśmy do ekspansji festiwalu, to zaczyna być coraz mniej DIY, a coraz bardziej skręcanie w stronę imprezy masowej, gdzie jest kilka scen i to trzeba pójść tam, a to tam, a tam jest coś nowego, co stracisz jeśli tam nie pójdziesz…
SK: Jak postawimy scenę na polu, to będzie to samo co x różnych wydarzeń.
MŚ: Chciałem jeszcze nawiązać do twojego poprzedniego pytania – mówiłaś, że to festiwal DIY, i że jest staje się quality marką. To też łączy to, o czym teraz rozmawiamy – bazujemy na zajawce przez cały czas; Biedowo nie jest zleceniem, nie jest pracą, nie jest jakimś korpo do zrobienia, tylko to jest cały czas po prostu zebranie energetyczne ludzi, którzy stwierdzają: tak, robimy kolejną edycję, i to za każdym razem jest zrobione z serduchem. Dlatego czy merch, czy jakakolwiek identyfikacja wizualna nie jest przygotowywana, bo musi być, bo festiwal musi mieć social media albo opaski czy ulotki, tylko one są przygotowywane właśnie z uczuciem.
NGH: Da się to odczuć, co mogę potwierdzić jako słuchacz – mam tylko nadzieję, że was to nie ogranicza w pewien sposób. Wypracowaliście na tyle specyficzny sposób funkcjonowania i przygotowywania festiwalu, że zaczęłam się zastanawiać, czy wam to trochę nie ogranicza jakby pola manewru, chociażby właśnie żebyście nie musieli przenieść sceny. Ale to już są chyba zmartwienia na przyszłość, na dobrych kilka następnych lat, więc teraz może też nie ma co się nawet o tym zastanawiać.
SK: Myślę o tym, bo tutaj jest jeszcze ważny aspekt finansowy, a liczba odbiorców nas niejako ogranicza. Na szczęście nie dobiliśmy jeszcze do maksymalnej liczby osób, ale robią się już na przykład problemy z parkingiem, dlatego co roku wprowadzamy nowe rozwiązania. Finansowo bazujemy głównie na biletach, a w tym roku to już szczególnie na nich. NIestety nie dostaliśmy żadnych dofinansowań z sektora państwowego. Mamy sponsorów, jednego głównego, ale to nadal mało. Przy tym rozroście próbuję te finanse trzymać pod kontrolą i nie wydawać na zbędne rzeczy. Wszystko prognozujemy, porównujemy z innymi festiwalami, jakie są wzrosty, no i tu jest trochę walka właśnie pomiędzy rozrastaniem się, a trzymaniem kameralnej imprezy. Do tego jest line-up – oczywiście w następnym roku nie może być gorszego…
NGH: Właśnie, może trochę odchodząc od kwestii technicznych – zastanawiałam się, jaki jest wasz klucz doboru wykonawców. Czy to lista pobożnych życzeń i próbujecie na przykład odezwać się do tych zespołów czy wykonawców, czy bardziej zastanawiacie się, kto w danej edycji pasowałby do jakiegoś motywu przewodniego?
SK: Nie ma jednego motywu przewodniego, bo sam line-up ma bardzo szeroką stylistykę muzyczną. Kiedyś to był bardziej jazzowy festiwal, ale to tylko dlatego, że ja wywodzę się z tego środowiska i grały tutaj lokalne zespoły trójmiejskie moich znajomych. W pierwszych edycjach mój brat robił banery z nazwą festiwalu, sprejował je na jakimś materiale i pamiętam, że było tam napisane „Biedowo Jazz Festiwal”. Potem zaczęliśmy szerzej programować lineup – mieliśmy większe możliwości i mogliśmy zacząć zapraszać zespoły z zewnątrz.
MŚ: Myśmy też odeszli od używania słowa jazz. To jest festiwal muzyczny, festiwal muzyki alternatywnej.
NGH: Z jednej strony, powiedziałabym, ambitny, bo to nie jest to typowa muzyka, którą usłyszysz idąc na festiwal na stadionie, ale z drugiej strony jest przystępny – jeżeli ktoś trafi tam pierwszy raz, to nie będzie tak, że muzyka, która jest tam prezentowana, zniechęci go, bo stwierdzi, że jest zbyt hermetyczna. Właśnie zaczęłam się zastanawiać, czy jest na jakiś artysta, którego bardzo byście chcieli zaprosić.
SK: Jest taka lista, każdy z teamu ma ją w swojej głowie (śmiech). Wszyscy mówią na to „edycja marzeń”. Ja tak od dwóch lat nie mam już zahamowań, chciałem też mocniej poznać rynek i sprawdzić, jakie są ceny, więc napisałem do bardzo wielu zespołów, w tym topowych, żeby w ogóle poznać ich stawki. O dziwo odzew był spory, oczywiście niektóre stawki były powalające, typu rekordowa 75 tysięcy euro. Cieszę się, że ten feedback jest, poznałem dzięki temu kilku managerów i rozpocząłem współpracę z kilkoma agencjami bookingowymi.
MŚ: A muza też jest tak dobierana, żeby była na tyle wykręcona, dziwna, inna, żeby cię chwyciła i zrobiła taki świder przez dwa dni bez telefonu, a z drugiej, żeby nie przegiąć.
SK: Sam fakt tego, że ludzie tańczą pod sceną jest już takim wyznacznikiem. To nie musi być pop z radia, to może być coś naprawdę z mocnym twistem, co jest oparte na groovie, gdzie ludzie chcą do tego po prostu tańczyć. To może być ciekawe, alternatywne, niszowe.

fot. Sisi Cecylia Kreft
NGH: Z perspektywy osoby biorącej udział w festiwalu mam wrażenie, że waszym hasłem reklamowym mógłby być „festiwal bez spiny”, a z kolei z perspektywy organizatora mam wrażenie, że to powinno być „sięgaj chmur”.
SK: Ta dewiza trochę nam towarzyszy. Co chwilę dostaję od teamu nowe pomysły. Tak jak Maciek powiedział: o, zbudowaliśmy już wszystko, dobra, nie będzie roboty. Nie ma czegoś takiego. Pomysłodawczyni djki, która sama ją zaprojektowała i zbudowaliśmy ją w tym roku popatrzyła na nią i stwierdziła, że wygląda jak budka na jarmarku, i że musimy coś zmienić (śmiech). Oczywiście ma już pomysł jak to ograć i to są fajne zmiany, kolejne ulepszenia. Robimy sobie takie warsztaty po kilku miesiącach po festiwalu i podsumowujemy, co poszło nie tak, co było okej, jakie są nowe pomysły – wyciągamy wnioski i zapisujemy je na następny rok. Ja już mam w notatniku pomysły na 2027, w tym line-upowe, wpisuję tam luźne myśli i widzę, że coraz więcej ludzi z teamu też to robi.
NGH: Podejrzewam, że i tak trzy czwarte z tych rzeczy, które notujecie jako te, które nie wyszły, publiczność nawet nie zauważyła.
SK: Pewnie tak, ale my lubimy dbać o detale. Wiem, że część naszych odbiorców to docenia, że z jednej strony jesteśmy tak totalnie na luzie, a z drugiej dopieszczamy wszystko i na poziomie wizualnym i na poziomie organizacyjnym. U nas nie ma chaosu, to zasługa teamu i wolontariuszy, których dobór nie jest przypadkowy. W tym roku w ogóle nie ogłaszaliśmy naboru na wolontariat, bo nie było potrzeby – niektórzy są już z nami od kilku lat. Na przykład na bramce jest grupa wolontariuszy, która zna nasz system biletowy i doskonale wie, co mają robić. Dziewczyna, która była wolontariuszką, wskoczyła do teamu, i jest właśnie koordynatorką bramki, która szkoli wolontariuszy. Robią się z tego pewne struktury, ale oczywiście jesteśmy daleko od korpo (śmiech). Dzięki takiemu podziałowi na podgrupy mamy więcej czasu wolnego i większy spokój.
NGH: Myślę, że 13 edycja nie będzie pechowa…
SK: Zapowiada się bardzo mocno, line-up jest rewelacyjny!
MŚ: 13 nie jest pechowym numerem.
SK: Myślę, że ta ezoteryka, nasze karty i tarot przyniosą nam szczęście.
Tegoroczna edycja Biedowo Music Fest odbędzie się od 31 lipca do 1 sierpnia 2026 roku (piątek-sobota) w Biedowie koło Barczewa (ok. 17 km od Olsztyna). Bilety można kupić TUTAJ.
