1991: przed i po

Jan Topolski / 28 cze 2026

Międzynarodowa konferencja naukowa „1991: Fall of Communism and its Impact on Music and the Arts” (Belgrad, 28–30 maja 2026) testowała granice tego formatu, włączając do programu autorskie recitale, koncerty-referaty czy nawet architektoniczny spacer i didżejski set.

Kiedy ocienionymi lipami i jaworami ulicami Belgradu doszedłem pod ten budynek z kotwicą nad wejściem wiedziałem już, że będzie ciekawie. Wydarzenie zorganizowało parę instytucji, wnosząc swoje zasoby i perspektywy. Z amerykańskim Emory University w Atlancie związana jest profesor Laura Emmery, która przewodniczyła komisji programowej – autorka i redaktorka wielu publikacji o muzyce serbskiej. Od lat współpracuje z nią Iwana Miladinović Prica, także zasłużona badaczka i kuratorka, która reprezentowała Wydział Muzyki belgradzkiego Uniwersytetu Artystycznego (choć konferencję formalnie organizował Wydział Mediów i Komunikacji Uniwersytetu Singidunum). Wreszcie gospodarzem konferencji było Centrum Kultury Parobrod działające w sercu starej i modnej zarazem dzielnicy Dorcól. Na koniec jego gościnna dyrektorka Marija Pawlowić zaprosiła nas na oprowadzenie po siedzibie – spełniając moje nie tak skryte, bo wielokroć wyrażane życzenie.

fot. Ivana Prica

I chyba od siedziby wypada zacząć, bo rzadko rozkład, ale i genius loci budynku, tak wpływa na sam program naukowych wydarzeń. To zaprojektowana w stylu art deco belgradzka centrala Towarzystwa Żeglugi Parowej na Dunaju (Donau Dampfschiffahrts-Gesellschaft, DDSG). Powstała równo 100 lat temu, między 1924 a 1926 rokiem, jednak projekt architekta z Wiednia wymagał dostosowania do terenu przez lokalnego inżyniera. Biurowo-mieszkalny, narożny budynek nie tylko zdominował niskie wówczas otoczenie, lecz także znacząco się wyróżnił przez geometryczne wykusze, ostre kąty i smukłą sylwetkę. Nie brakuje w nim nawiązań do parostatkowej historii: kotwica nad wejściem, koło sterowe na mozaice w hallu, stylizowane maszty na szczycie, zegar na jednej z wież. Wygląda, jakby faktycznie przypłynął z daleka, ale już na dobre osiadł na zboczach Dorcólu.

Pierwotnie na parterze mieściły się biura, a na wyższych kondygnacjach mieszkania pracowników Towarzystwa. Konferencja miała miejsce głównie na I piętrze, w dawnym apartamencie dyrektora – o oryginalnym układzie z sześciokątnym hallem i trzema pokojami rozchodzącymi się pod kątem 45 stopni – oraz salonie, obecnie sali teatralnej. Dodatkowym atutem był narożny balkon, z którego można było obserwować aktualne życie uliczne, odpoczywając od intelektualnych wyzwań konferencji o roku 1991. W swej długiej historii budynek pełnił rozmaite funkcje: od siedziby niemieckiego Czerwonego Krzyża, przez kwaterę głównej dowództwa radzieckiej Floty Czarnomorskiej i ambasadę Szwajcarii (w czasie wojny i tuż po niej), po ośrodek zdrowia i przychodnię dziecięcą. Od lat 60. mieści się tu centrum kultury Stary Grad, działające pod trzema adresami w Belgradzie, którego filię nazwano adekwatnie Parobrod (Parostatek). Odbywają się tu wystawy, spektakle i koncerty, spotkania literackie i popkulturalne, a także liczne warsztaty, nie wspominając o klimatycznym pubie w podziemiach (legenda głosi, że w czasach wojny mieścił się w nich… dom schadzek).

No właśnie, wystawy! To od jednej z nich wszystko się zaczęło, bo Last Songs: Music in Serbia during Yugoslav Disintegration w Parobrodzie została otwarta już 15 maja i trwała do końca konferencji, 30 maja. Wystawie pod kuratelą Pricy i Emmery towarzyszył bogato ilustrowany katalog z esejami i tekstami, który w pliku pdf można bezpłatnie znaleźć na tej stronie. Fotografie kompozytorek_ów, dokumentacja wykonań i recepcji, kserokopie gazet oraz partytur zostały rozwieszone na ścianach całego dawnego apartamentu. Dzięki nietypowemu układowi i odbywających się w tych wnętrzach kolejnych sesjach referatów, ekspozycję Last Songs… można było odkrywać partiami i nielinearnie. Całość miała jednak przemyślany układ – od opowieści o samej historii Jugosławii i jej rozpadu, przez rozdziały o muzyce elektroakustycznej i postmodernizmie (w tym tzw. kompozytorskiej Wspaniałej Siódemce, debiutującej w 1988 roku), po zapis środowiskowej aktywności: festiwale, stowarzyszenia, czasopisma.

To dzieje u nas raczej nieznane, więc w każdej wolnej chwili oglądałem kolejne ściany. Jakoś tam kojarzymy Muzyczne Biennale w Zagrzebiu (a nawet mieliśmy poświęcony mu artykuł we wschodnioeuropejskim „Glissandzie” nr 30). Ale już Jugoslovenska Muzička Tribina? Założony raptem trzy lata później w 1964, w chorwackiej Opatiji, ten lokalny ale ważny festiwal trzeba było zastąpić nowym po 1991 roku i rozpadzie kraju – tak narodziła się Tibina Kompozitora w Belgradzie. Historia muzyki elektroakustycznej? Tłumaczyliśmy kiedyś tekst Wladana Radowanowicia, pisałem portret Ludmiły Frajt, ale wiele nazwisk było dla mnie tu zupełnie nowych. Szybko wychwyciłem, że jedną z najważniejszych postaci był Mirosław Sawić, minimalista i konceptualista w latach 80. kierujący muzycznym programem stołecznego Studenckiego Centrum Kultury. Ma na koncie wiele legendarnych performansów z fortepianem w roli głównej, uprawiał notację graficzną, w 1987 roku zorganizował także festiwa Lična Muzika (muzyka osobista, nawiązując do skrótu PC). I co najważniejsze: to postać do dziś aktywna i kultowa, którą koledzy witają na ulicy na kibicowską nutę skandując „Mi–ška Sa-wić!”, co stanowi ponoć nawiązanie do znanego imiennika-piłkarza.

Miroslaw Sawić, Uwo (Ucho, 1989), performans w Studenckim Centrum Kultury w Belgradzie, fot. Goranka Matić

Sawić był też współzałożycielem sztandarowego zespołu jugosławiańskiego minimalizmu: Ansambl za Drugu Nowu Muziku. Po paru intensywnych sezonach na przełomie lat 70. i 80., Zespół Innej Nowej muzyki się rozwiązał, ale po latach został reaktywowany, obecnie występując w swoim bodaj trzecim wcieleniu. Atut konferencji 1991: upadek komunizmu i jego wpływ na muzykę i sztuki stanowiło spójne połączenie programu naukowego z artystycznymi koncertami, a także formami pośrednimi. Emmery i Prica dwa lata temu zorganizowały już w Parobrodzie wystawę The Origins of Yugoslav Musical Minimalism, przy okazji innej międzynarodowej konferencji Minimalist Intersections (tu można przeczytać anglojęzyczną relację). Nie mogło więc zabraknąć i tym razem koncertu Ansamblu, w składzie aż dziewięciorga wykonawczyń_ców z paru już pokoleń (z przewagą pań). W instrumentarium klawisze wszelkiego asortymentu, od koncertowego fortepianu po syntezaory i cyfrowe organy i piano. Występ odbył się w sali Guarnerius, pierwszego serbskiego prywatnego centrum kultury, założonego 30 lat temu przez skrzypka Jowana Kolundžiję (posła obecnie rządzącej Serbskiej Partii Postępowej, a prywatnie brata pianistki Nady, członkini zespołu).

Program pochodził z najnowszej, trzeciej płyty Ansamblu, Džaba Muzika, zawierając oczywiście tytułowy utwór Dragoluba Ilicia Ilke, z bluesowymi harmoniami i rytmami mambo. Wieczór rozpoczął się jednak od miłego plumkania Fade In (2025) Andrieja Negicia, a potem ewoluował w interesujące fakturalnie The Sonorities of Patterns and Stiches (2025) Nataszy Bogojewić, współzałożycielki i weteranki zespołu. Potem łukowe w formie, a performatywne w środku Owo nije. Op. 1 (2018) Miroslawa Sawicia, który skrupulatnie czyta regulamin zgłaszania koncertów do SOKOJ-u (odpowiednika ZKP-u), a zespół coraz bardziej go zagłusza. Wreszcie na koniec widowiskowa i eklektyczna Toccata (2025) Igora Gostuszki. Po pół wieku serbski minimalizm wydaje się już nie być „inną” nową muzyką, lecz raczej tą mainstreamową, tonalną i miłą w odbiorze, a także publicznie docenianą.

Jakkolwiek nie oceniać utworów prezentowanych na koncercie Ansamblu za Drugu Nowu Muziku, miał on charakter międzypokoleniowej i międzygatunkowej platformy. Drugi wieczorny koncert konferencji Serbian Composers in Diaspora dostarczył wielu wzruszeń zwłaszcza kompozytor_kom, bo stanowił reunion po latach, w tym dla wielu ze wspomnianej grupy Siedmiorga Wspaniałych. Nic dziwnego, że skoro budowały go utwory emigrantów, to w muzyce przewijało się tyle nawiązań do tradycyjnych bałkańskich tańców (Kolo Bogojewić na fortepian z 2009) czy melodii (Vez Any Sokolowić z 2005). Drugim ważnym motywem okazała się rzeka, uosabiana przez potężny Dunaj, nad który udało mi się wyrwać drugiego dnia konferencji. Tiha voda (2026) pierwszej kompozytorki gra z koncepcją dźwięku i wybrzmiewania, a Dunavska etida (2021) Aleksandry Wrebalow z nieprzewidywalnością brzmienia fortepianu preparowanego kilkudziesięcioma piłeczkami pingpongowymi (oba świetnie zagrał Vladimir Milosević). Inni kompozytorzy wydawali się zasłuchani w muzykę filmową (fortepianowe Il circo Isidory Žebeljan z 1993) czy romantyczną (Duet without You z 2011 na cztery ręce Milosa Raickovicha). Z tego sentymentalnego klimatu wyłamywała się tylko pełna polimetrycznych iluzji Toccata z Suity (1984) Gostuszki, może z racji znacznie wcześniejszej daty powstania? Minimalizm albo nostalgia – tak ułożyła mi się w głowie nowa serbska klasyka po wyjeździe z Belgradu.

Wspomniałem jednak także o koncertach hybrydowych i z perspektywy paru tygodni wciąż zdają mi się one najoryginalniejszą propozycją tej konferencji naukowej, także z racji popołudniowej pory i zwięzłego formatu. W tym paśmie pojawił się fortepianowo-poetycki recital Duke’a Bojadzieva, który od lat mieszka w USA i po raz pierwszy publicznie opowiadał doświadczeniu emigracji i oderwania od swoich macedońskich korzeni. Dźwiękowo towarzyszyły temu repetytywne pasaże pogrążone w elektronicznych delayach, dość nużące z biegiem czasu (oparte na autorskim i komercyjnym pomyśle „atelier rezonansu”). Ciekawszy zdał mi się wykład-recital altowiolisty Netanela Pollaka z udziałem jego matki, pianistki Sophie Greis-Polak – urodzonej w Wilnie, a zamieszkałej od dawna w Izraelu. Muzyk zaprezentował mało znane altówkowe sonaty z końca ZSRR: Władimira Riabowa (Dialog, 1987) i Georgija Firticza (Fantazja, 1988). Zwłaszcza ten pierwszy utwór, z repetowanymi, surowymi akordami zrobił na mnie wrażenie, lekko przypominając ascetyczną twórczość Galiny Ustwolskiej. W tyle głowy miałem tylko: izraelski duet wykonujący radzieckie utwory? Na polskiej konferencji chyba by to nie przeszło. 

Ale w końcu byliśmy w Belgradzie, polityczna poprawność tu nie obowiązuje, podobnie jak zakaz palenia w miejscach publicznych. W zamian mamy bałkańską spontaniczność, która na konferencji 1991… objawiła się dodaniem w ostatniej chwili do programu wydarzeń towarzyszących recitalu pianisty i wykładowcy Iana Pace’a. Albo zwieńczeniem drugiego dnia setem didżejskim Oggie B (czyli Ognjena Bogdanovicia), który miał miejsce na ulicy pod Parobrodem i przyciągnął publiczność spoza zaklętego akademickiego kręgu. W zamian mamy też bałkańską gościnność, jak bułeczki z lokalnej piekarni czy częstowanie domową śliwowicą na zakończenie konferencji.

No właśnie, konferencji! Celowo zostawiam ją na koniec, omawiając wcześniej szeroki program wydarzeń wystawienniczych i muzycznych. A tu też było na bogato, z sześcioma keynote lectures oraz ponad czterdziestoma innymi, wygłaszanymi w trzech równoległych sesjach (cały program dostępny tutaj). Co szczególnie zapadło w pamięć? Na pewno Ian Pace wzywający do przepisywania historii muzyki współczesnej, gdzie wschodnie kraje nie byłyby podsumowywane prostą triadą: żdanowszczyzna – odwilż – westernizacja. Albo erudycyjny wykład Petera Schmelza, pokazujący status free jazzu w okresie rozpadu Związku Radzieckiego na przykładzie telewizyjnego show z udziałem Siergieja Kuriochina. Wiele uwagi poświęcono muzyce popularnej: rosyjskiemu metalowi (Dawn Hazle) i hip hopowi (John Vanderwert), serbskiemu rockowi jako zwierciadła rozpadu kraju (Srdan Teparić) czy estońskiemu jazzowi i jego społecznemu znaczeniu (Heli Reimann). 

Zaznaczyła się metodologia gender w obszarze tożsamości muzyki post-jugosławiańskiej (Claudia Mayr-Veselinović) albo wdów jako kuratorek pamięci po mężach kompozytorach (znakomit, zamykający keynote Marthy Sprigge). Zaintrygował mnie koncept „perwersyjnej dekolonializacji” przywołany w kontekście węgierskim (Indira Anna Hajnács) oraz duchologii w odniesieniu do muzyki Sofii Gubajduliny (Christopher Seagall). Ten ostatni badacz dostrzegł ją w trzech aspektach: odkształconych brzmień (i strojów), zdezintegrowanych cytatów i zakłóconej czasowości, ale można by to odnieść także do twórczości wielu innych osób tworzących w momencie przełomu czy emigracji. 

Sporo referatów poświęcono oczywiście poszczególnym kompozytorom serbskim: bohaterami prezentacji byli m.in. wspomniany Miroslaw Sawić (Blanka Bogunović & Nikola Dedić), Miloš Petrović i jego modalna „historia bizantyjska” (Jelena Janković-Beguš) czy zapomniany i przedwcześnie zmarły buntownik Goran Kapetanović (Ivana Medić). Z tych monograficznych prezentacji najbardziej przemówiła do mnie chyba Aleksandra Vojčić, która w obecności kompozytorki – niełatwa sztuka! – zaprezentowała multimedialny utwór Milicy Paranosić Tiger’s Wife (2012) na podstawie powieści Téi Obrecht. 

Sądząc po żywiołowych reakcjach publiczności na sample z serbskiej muzyki rozrywkowej czy rumuńskich chórów dziecięcych (Natalia Spân) albo i nawet jugosławiańskiego kina science fiction (niżej podpisany), zabrakło mi trochę na konferencji perspektywy afektywnej. Najbardziej się do niej zbliżyła Jelena Novak w osobistym wystąpieniu o wiele tłumaczącym tytule Soundtracking the Fall: Autotheory of Becoming a Musicologist after the Socialist Federal Republic of Yugoslavia. Innym Wielkim Nieobecnym były dawne republiki czy prowincje jugosławiańskie takie jak Bośnia i Hercegowina, Słowenia czy Kosowo. Jak się okazuje, rany domowych wojen są wciąż niezabliźnione, nawet jeśli podobna tematyka pojawiła się marginalnie na przykładzie chorwackich pieśni patriotycznych (Ivana Polić) czy utworu niemieckiej kompozytorki Ruth Schonthal The Bells of Sarajevo (Christoph Schuller) na klarnet, fortepiam i wideo (1997). 

Jakkolwiek żywa nie byłaby nocna scena Belgradu i liczne tłumy zachodnich turystów, wyczuwam tu sporo resentymentów wobec UE i NATO, gorzką pamięć sankcji i bombardowań. 1991 rok dla każdego z naszych krajów znaczył coś innego: w niektórych proces zmian był w miarę bezbolesny, u innych oznaczał początek konfliktów, jeszcze gdzie indziej rozciągnął się na wiele dekad, jak w Gruzji (o czym wciągająco opowiedziały Nana Sharikadze i Maia Sigua). Międzynarodowe konferencje naukowe z dyskusjami i koncertami pozwalają na bezcenne porównanie perspektyw, więc wyjechałem wiedząc znacznie więcej o tej serbskiej i jugosławiańskiej. Wizjonerskie brutalistyczne bloki Nowego Belgradu czy wciąż straszące ruiny gmachu sztabu generalnego w centrum to jej architektoniczne znaki – wyraziste i mocne. I tylko Sawa i Dunaj spokojnie opływają miasto.