Ochotnicze przeciążenie zmysłów. Ephemera 2026
Ephemera to festiwal co najmniej szczególny, wręcz specyficzny, który już dawno wyszedł spod skrzydeł Unsoundu. Zestawia kontrastujące estetyki, zabiera w podróż od eksperymentu do mainstreamu, od klubu po kameralny ogród. Żongluje skrajnością kolorów, natężeń i estetyk. Publiczność, niczym kolorowe ptaki, w korowodzie alternatywnego pokazu mody przyciąga oko barwnym tłumem. Zmysły skaczą od jednego bodźca do drugiego, rozpraszane feerią bodźców. Prowokacja, hałas, kontrast, ciało wibrujące od basu, błysk i stroboskop. Trudno być słuchaczem, któremu spodoba się wszystko, równie trudno w zróżnicowanych programach Ephemery nie znaleźć nic dla siebie. W tym roku nie było inaczej. Może jedynie oczekiwania podskoczyły w górę – siódma odsłona festiwalu objęła pełny, intensywny tydzień (symbolicznie? być może). Nie stroniła też od blichtru gwiazd znacznie bliższych „głównemu nurtowi”, utrzymując jednocześnie charakterystyczne dla siebie elementy klubowe i sztuki alternatywnej (w tym eksperymentalnego performansu, awangardy, czy nieoczywistych estetyk wizualnych) i budując wielowymiarową konstrukcję programową. Na ile Ephemera udźwignęła wyzwanie wzrostu? Czy pompa siódmej edycji nie przygniotła sztuki? A jeszcze bardziej rozszerzonej multidyscyplinarności udało się uniknąć chaosu?
Rozbudowanie tegorocznej Ephemery wydaje się organicznym rozwojem logiki lat poprzednich, chociaż może z większym rozmachem. Interdyscyplinarność i krzyżowanie estetyk zawsze były jej głównym atutem i znakiem rozpoznawczym – w tym roku festiwal mógł pozwolić sobie na sięgnięcie jeszcze dalej niż zwykle. Połączenie tradycyjnego japońskiego spektaklu z 1829 roku i performansu współpracującej z Madonną grupy YBDG? Żaden problem. Hani Rani z undergroundowym rapem? Zapraszamy. Rekonstrukcja Studia Eksperymentalnego Studia Polskiego Radia z klubową nocą? Przekraczające tabu filmy Małgi Kubiak i prywatne nagrania z podróży Magdaleny Abakanowicz? To wszystko czekało na festiwalowych bywalców. I chociaż momentami błysk i dezorganizacja wzięły górę nad artyzmem, Ephemera 2026 na pewno pozostawiła w pamięci wiele wyrazistych wrażeń.
W moich wspomnieniach z pewnością na długo zagości drugi wieczór, który zestawił w nieoczywisty, ale zaskakująco udany sposób wystawę Gender is Over Filipki Rutkowskiej z Tokiwazu: Mitsu-men Komori z 1829 roku odegraną przez multidyscyplinarną artystkę Hanayo. Spektakl, którego tytuł można luźno przetłumaczyć jako Niania z trzema maskami, to Nihon-buyō, tradycyjna sztuka japońska, łącząca taniec, muzykę i elementy dramaturgiczne, wywodząca się z klasycznego teatru kabuki i teatru tańca okresu Edo. Jej fabuła opowiada o młodziutkiej niani, która zabawia dziecko, odgrywając scenkę z wykorzystaniem masek Okame (młodej dziewczyny, symbolu pomyślności i dostatku, uroku), Ebisu (bożka udanych plonów i pomyślności w handlu) i Hyottoko (postaci komicznej o charakterystycznie wykrzywionej twarzy). Opowieści towarzyszy narracyjny śpiew i tradycyjne instrumenty (tutaj niestety tylko z nagrania). Mitsu-men Komori najczęściej grany jest przez starszych aktorów – dojrzały mężczyzna wciela się w dziewczynkę, która udaje młodą kobietę, przystojnego młodzieńca i pijanego błazna. W samą esencję spektaklu wpisane są zamiana płci, wymieszanie statusów społecznych i wieku. W Warszawie aktorką była kobieta, co wprowadziło kolejny poziom zamieszania konwencji i tożsamości. Używane maski, choć nierealistyczne, były świetnie dopasowane do twarzy Hanayo, budując kolejny poziom scenicznej metamorfozy – kto jest kim? Gdzie się kończy aktor, a zaczyna maska? Mnogość odniesień symbolicznych, dla współczesnej_go Europejki_czyka niezrozumiałych, wplecionych w powolną, w zasadzie pozbawioną akcji narrację, budowała całość, która wymagała odwrócenia do góry nogami moich zachodnich, linearnych przyzwyczajeń fabularno-strukturalnych. Z pewnością nie jestem specjalistką od tradycyjnych form japońskiego teatru, niemniej jego wyważona elegancja i precyzja gestu wraz z całym arsenałem zupełnie odmiennych od znanych mi środków pochłonęły mnie i nie pozwalały oderwać oczu od akcji na scenie.

fot. Michał Murawski
A w jaki sposób sztuka sprzed niemalże 200 lat zaczęła współgrać z wystawą współczesnej queerowej artystki? Wśród błysku przerobionych kurtek z lumpeksu, ansamblaży, wysokich obcasów, rzeźb o podwójnej tożsamości najsłuszniej wydaje się dać wybrzmieć głosom – kuratorskiemu Michała Grzegorz(e)ka i samej Rutkowskiej:
„Wyjątkową przestrzenią negocjacji dla artystki są jej ciało i tożsamość. Filip, Filipka, córka górnika, dziewczyna z Vogue’a. Galerzystka, artystka, imprezowiczka. Kobieta i mężczyzna, na serio i żartem. Pupilka, gwiazda i pył węgla. Transka, babochłop, maszkara.”
Aktorka, niania, Okame, bożek, błazen.
„Tożsamość rozbita na poszczególne składowe, a nie ujmowana jako jeden fikcyjny monolit, pozwala łatwiej odnajdywać punkty wspólne z osobami z innych grup społecznych. W moich pracach pojawiają się wspomnienia spotkań z ludźmi z różnych środowisk. […] Tożsamość jako splot różnych uwikłań i proces, czasem nawet wzajemnie się wykluczających sił”.
Kobieta wcielająca się w tradycyjnie męską rolę, obejmującą osoby różnych płci, wieku i statusu społecznego. I współczesna Europejka poszukująca znaczeń symboli z drugiego końca świata, sprzed dwóch wieków.
„Artystka miesza porządki i dyscypliny, a w tym sensie historia sztuki staje się queerowa — hybrydyczna, nierówna i złożona ze sprzeczności.”
Być może to jest najlepsze podsumowanie tego wydarzenia.
Po wielowymiarowym i pełnym barw tandemie Rutkowskiej i Hanayo, zamykający wieczór set daisy cutter w teatralnym barze rozpłynął się pośród rozmów i deszczu. Pozostał tylko równomierny bas.
Wydarzenie w Teatrze Studio nie było zresztą jedynym, które zbudowało twórcze połączenie między przeszłością a dniem dzisiejszym, tradycją a współczesnością. Nutami nostalgii rozpieścił nas koncert finałowy Yannisa Patoukasa i Mathijsa Leeuwisa (choć pompą zdecydowanie nie dorównywał otwarciu, stanowił raczej subtelne postawienie kropki. Albo wielokropka?). Z jednej strony muzealny rarytas, z drugiej tchnięcie nowego życia – artyści swoją improwizowaną kompozycję wykonali na oryginalnych odrestaurowanych sprzętach przygotowanych w ramach rekonstrukcji Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia. Retro brzmienie w nowoczesnej konwencji przypadło mi do gustu, chociaż forma tego pełnego energii setu, obfitującego w elementy punktualistyczne, momentami mi umykała. Doświadczyłam jednak szczególnej przyjemności z obcowania ze sprzętem, który akustycznie nie jest przezroczysty. Słyszenie jego mechanizmów, przycisków, przesunięć taśmy dało pewne poczucie cielesności muzyki elektroakustycznej, wchodzenia w bardziej intymną relację z instrumentami.

fot. Zuza Sosnowska
Pocztówkę z przeszłości opracował również Cabaret Voltaire z okazji pięćdziesięciolecia powstania zespołu. Na tę okazję dwaj członkowie założycielscy zespołu – Chris Watson i Stephen „Mal” Mallinder – po raz pierwszy od dekad ruszyli w trasę koncertową. Program koncertu przypominał przegląd historii – od dadaistycznych początków, poprzez industrial, po nieśmiałe eksperymenty z housem, wszystko zrekonstruowane przy użyciu oryginalnej technologii i procesów. Zdecydowanie było w nim sporo nostalgii, jednak narracji nie udało się mnie porwać. Może dlatego, że nigdy nie byłam fanką zespołu, trudno mi było włączyć się w atmosferę celebracji.
Wyjątkowo niekorzystnie był również do Cabaret Voltaire dobrany support. Klubowa atmosfera, przepełniona gwarem rozmów i sykiem gazowanych drinków, a także stojący pod sceną rozentuzjazmowany tłum zupełnie nie zagrały z muzyką otwierającej wieczór Olgi Anny Markowskiej. Ciekawa, stopniowo wyłaniająca się warstwa basowa otulona medytacyjną osnową miałyby potencjał w spokojnym otoczeniu kameralnej sali, pełnej puf do leżenia, ale nie w klubie Palladium. Ambient szybko zaczął nużyć, soundtrackowa atmosferyczność ugięła się pod hałasem klubu. W stojącej publiczności nabrzmiewało zniecierpliwienie – pionowa pozycja żąda energii, nie chce odpłynąć w odprężenie, które zresztą nie wydawało mi się zasadne jako wprowadzenie do The Cabs. Muszę przyznać, że nawet dość oczywiste, klamrowe zakończenie wywołało we mnie raczej ulgę niż irytację. Z muzyki do medytacji zrobiła się trochę muzyka do poczekalni. Niekomfortowej, tłocznej i głośnej, co więcej. Zupełnie nie zbudowała napięcia ani klimatu dla głównych bohaterów, a nawet stanowiła pewien setback – trochę czasu zajęło wejście na nowo w koncert.

fot. Michał Murawski
Archiwalną gratką stały się również pokazy prywatnych filmów Magdaleny Abakanowicz nakręconych kamerą Super 8 podczas jej podróży do różnych zakątków Afryki i Azji. Kolekcji towarzyszyła muzyka na żywo Joanny Dudy. Piękna opowieść, choć pozbawiona fabuły, pozwoliła spojrzeć na świat przez filtr wrażliwości artystki (i starego sprzętu). Temu, co widać było oczami Abakanowicz, akompaniowało to, co wewnętrznym uchem usłyszała Duda. Muzyczka stworzyła fantastyczną narrację muzyczną – bardzo wyczuloną, pełną pewnej cichej elegancji i wrażliwości na współpracę z obrazem. W tej synergii podobała mi się jej nieoczywistość – dźwięk nie podążał ślepo za wideo, a jednocześnie nie przytłaczał go swoją odrębnością. Warstwa muzyczna przypominała raczej łagodny dialog z obrazem niż komentarz do niego, chociaż pojawiały się niezwykle subtelne nawiązania do akcji w kadrze – echa śpiewu ptaków, skrzypnięcia drewna, daleki szum zniekształconych głosów ludzkich. Były to odniesienia tak delikatne, że nie raz zastanawiałam się, na ile one faktycznie pojawiły się w muzyce, a kiedy zwyciężyła siła sugestii. Z pewnością w dźwiękową narrację Duda wplotła wypowiedzi samej Abakanowicz, co dodatkowo spoiło perspektywy obu artystek. To połączenie stworzyło nową jakość, odrealniło niemalże dokumentalne, choć pełne artyzmu nagrania, pozostając jednak w duchu twórczości wielkiej rzeźbiarki.
Wcześniej tego samego dnia również miałam okazję bezpośrednio obcować ze sztuką Abakanowicz. W ogrodzie jej pracowni odbył się koncert Teoniki Rożynek. W programie Pathopoeia oraz Tomba Emmanuelle – utwory-pewniaki; solidnie napisane kompozycje o przelewających się ciemnych ambientach, same również inspirowane sztukami wizualnymi. W połączeniu z pięknym otoczeniem (i wyjątkowo przyjemną pogodą) złożyły się w magiczną narrację: sztuka i muzyka, punkt i ambient, muzyka i natura. Zwłaszcza na początku Pathopoei wiatr wspaniale zagrał w spontanicznym kontrapunkcie. Była to świetna okazja do kontemplacji i zanurzenia się w muzyce. Aż szkoda, że trwała tak krótko.
Godzinny performans Young Boy Dancing Group z kolei wyniósł publiczność niemalże poza czas, do zupełnie innego uniwersum. Kolektyw multidyscyplinarnych artystx, znany z niesztampowych, może nawet ekscentrycznych pomysłów, zbudował całość łączącą intymność i szał, rytuał i improwizację. Muszę przyznać, że do początku podeszłam sceptycznie – być może dlatego, że tak naprawdę niewiele byłam w stanie zobaczyć. Postindustrialna płaska hala nie sprzyjała widoczności, zwłaszcza, że YBDG rozpoczęlx wieczór w jednym punkcie w bliskim ziemi woskowym rytuale. Widzowie otoczyli artystx w kilkurzędowym okręgu, niestety przy moim słusznym wzroście 157 centymetrów, mogłam obserwować jedynie plecy osób przede mną. Kolektyw jednak wspaniale rozwiązał problem przestrzeni – performerx bylx stale w ruchu, zmienialx punkty i „stacje” pokazowe, a widownia posłusznie podążała za nimi jak owieczki. Z czasem artyścx zaczęli się rozpraszać, podejmując swoistą grę w kotka i myszkę z widownią i ze sobą nawzajem, czyniąc podążanie jedną drogą niemożliwym, bawiąc się dezorientacją uczestników_ek i ich desperacją, aby zobaczyć jak najwięcej. Nikt nie widział wszystkiego, ale też nikt nie był pokrzywdzony stałym miejscem za plecami innych odbiorców. Wraz z postępowaniem performansu, artyścx stawali się coraz bardziej nie-ludzcy, brudni, mokrzy od rozchlapywanej wody, poobdzierani, poruszający się niby w szale, z błędnym wzrokiem, jakby nie do końca przytomni, wzbogacając globalny mechanizm przyciągania publiczności jednostkowym odpychaniem. Widownia zaczęła coraz intensywniej odsuwać się od występujących osób – instynktownie? Miałam wrażenie, że towarzyszyła temu jednak pewna nuta dyskomfortu. Nawet lęku? A może był to automatyzm robienia przestrzeni dla osób performerskich, osób spoza-publiczności, osób „ze sceny”.

fot. Mattia Spich
Ta fragmentaryzacja, choć na początku frustrująca, stała się pełnoprawną i niezwykle satysfakcjonującą częścią performansu, obnażającą rozmaite mechanizmy „widza” oraz podziały na „artystów” i „publiczność”. Ponadto nadała zupełnie inny kształt całości, która zaczęła przypominać pocięte mary senne, powidoki ulatujących nad ranem koszmarów. Dla każdego widza_ki jej_go strzępki były zupełnie indywidualne i składały się na poszatkowaną opowieść, zbudowaną analogicznie do podartych, łachmaniarskich strojów performerx (które zresztą w trakcie performansu popadały w coraz mocniejszą dezintegrację). Narracja paradoksalnie zachowywała jednak logikę i spójną myśl artystyczną.
Chociaż podczas występu YBDG pojawiło się wiele flagowych elementów grupy (zespoł pozycje, trampolina, gra z laserami ukrytymi w miejscach intymnych, wykorzystanie wosku i wody), uczestniczenie w nich na żywo, bycie w spontanicznej energii performansu, nadawało im świeżości. Przeważało ciągłe balansowanie na granicy. Przemoc odgradzała tylko cienka linia od rozkoszy: pokaz agresji obserwowaliśmy w zwolnionym tempie w towarzystwie spokojnej, cichej muzyki. Z kolei radosną energię wspólnoty niosło szalone pogo z zawrotną stopą perkusji. Obłęd przeplatał się z harmonią, śliskie, nieskoordynowane ruchy punktowane były przez wręcz akrobatycznej popisy. Chaos, prowokacja i nieskrępowana intymność z kolei mieszały się z wręcz baletowymi formami o klasycznych proporcjach. Te skrajności zbudowały rodzaj nieoczywistego, hipnotycznego piękna, które wciągało bez reszty. Zdecydowanie jeden z najjaśniejszych punktów festiwalu.
Czego niestety nie można powiedzieć o wieczorze na dziedzińcu Teatru Komuna. I to nawet nie z przyczyn artystycznych, a przynajmniej – nie tylko. Dzień był szczególnie wietrzny, zimny i – co najgorsze – deszczowy. Nie wróżyło to dobrze outdoorowemu koncertowi. Niemniej, pierwszy set odbył się w zasadzie bez przeszkód. Microplastics, czyli aya, 96 Back i Jennifer Walton, otworzyli_ły wieczór wibrującym basowym dronem. Wyróżniała się znakomita perkusja. Niestety przy tak dużym natężeniu dźwięku i akustyce dziedzińca ginęły wyższe częstotliwości – wokal był w zasadzie niesłyszalny. Dosyć bezproblemowo przeszedł także występ tercetu Rainy Miller / Lauren Duffus / Bianca Scout, choć artystycznie nie zaoferował zbyt wiele. Sztucznie wyczyszczone, spłaszczone popowo wokale zdecydowanie nie brzmiały w sposób „przydymiony”, jak sugerował program. Na pewno zadymiona była scena, co dawało ciekawy efekt wizualny postaci z cienia. Sama muzyka jednak charakteryzowała się dosyć nijaką rytmiką (zwłaszcza w porównaniu z poprzednim setem, o czym zaraz). Estetyka nastawiona była na senne, oniryczne (psychodeliczne?) klimaty, jednak zbudowane w dość sztampowy sposób –- wokale lekko off-key, rozlany, niewyraźny beat, dużo pogłosu. Całość sprawiała wrażenie dość topornej i niezgrabnej.

fot. Mattia Spich
Choć może przyczyna takiego odbioru leżała w kontraście i porównaniu do poprzedzającego tercet koncertu Armanda Hammera i 2K88, który niestety najbardziej ucierpiał przez warunki atmosferyczne. Ulewny deszcz i silny wiatr opóźniły rozpoczęcie, muzycy i technicy ratowali sprzęt, ludzie kulili się pod niewielkim daszkiem. Set koniec końców rozpoczął się z dużym opóźnieniem i wyłączonymi dla bezpieczeństwa reflektorami. Jakość muzyczna jednak pozostawała bezsprzeczna i zdecydowanie rozgrzała publiczność. Ambitny, głęboki rap zwodził nieoczywistym beatem i polirytmicznym flow. Artyści dali popis niesamowitej elastyczności rytmicznej wokal versus beat, a ciekawe przesunięcia nie dawały popaść w marazm. Momentami ostry, momentami hipnotyczny charakter dodatkowo oferował wciągające zróżnicowanie. Deszcz niestety zaburzył występ, set musiał być skrócony. Brutalnie ucięty, jakby w pół zdania. Ogromna szkoda, dobrze, że chociaż fragmentu przygotowanego programu udało się wysłuchać.
Całonocna Ephemera x Dragana Bar by KEM przeradzająca się w W Brzask była dla mnie wyzwaniem, zwłaszcza jako osoby o nadwrażliwym słuchu. Gdy przekroczyłam próg klubu Oczki i przywitały mnie hostessy w maskach karykaturalnie przedstawiających popularne obecnie procedury plastyczne, poczułam, że moje ciało, a nawet ubrania i włosy na głowie zaczynają drżeć od natężenia basu. Poziomy dźwięku były dla mnie problematyczne przez znaczną część Ephemery. Z jednej strony rozumiem potrzebę bycia przenikanym przez dźwięk, z drugiej czuję, że często uniemożliwiały tak naprawdę słyszenie muzyki, i chociaż nie mierzyłam, jestem pewna, że nieraz osiągały poziomy niebezpieczne dla słuchu i zdrowia. Moje ciało bardzo źle znosi silne natężenie niskich częstotliwości, co objawia się nudnościami, a jeszcze dwie godziny po powrocie do domu leżałam z szeroko otwartymi oczyma, czekając, aż ciało przestanie drżeć, a z głowy znikną fantomowe uderzenia. Niemniej noc oferowała także pozytywne doświadczenia. Zaintrygowały mnie niepokojące pętle i finezja w operacji barwą DJ neurospicy, z kolei jaśniejsza estetyka Kitty Sarcasm tworzyła imprezową atmosferę, miksując umiejętnie znane kawałki z tymi bardziej egzotycznymi z całego świata.
Najciekawszym punktem programu był jednak miniperformans (może wręcz cameo?) Małgi Kubiak, wypełniony całą gamą motywów i „easter eggów” z jej twórczości. Do zapoznania z nią była okazja na bieżąco – w jednej z sal klubowych trwał ciągły pokaz filmów artystki i o niej. Prowokacyjne, nieoczywiste, ze specyficznym operowaniem kamerą, kolorystyką i wizualnym bałaganem, nie dawały o sobie szybko zapomnieć. 15-minutowy performans był tylko małą próbką wyobraźni twórczyni, a i tak rozpalił widownię. Podczas tegorocznej Ephemery sztuka spod szyldu szeroko rozumianego queeru zdecydowanie pozostawiła największe wrażenie i stanowiła najmocniejszy filar artystyczny festiwalu.
Tym, co zdecydowanie szwankowało, i to niestety na wielu poziomach, była organizacja. Poczynając od braku możliwości otrzymania akredytacji na pewne wydarzenia (chociażby na koncert otwarcia), chaosu na widowni w TWON, niespodziewane biletowanie wydarzenia z ogłoszonym wcześniej wolnym wstępem, aż po zmiany lokalizacji na ostatnią chwilę — to tylko kilka z problemów, które pojawiły się na festiwalu. Usprawniona mogłaby być również komunikacja: o nagłych zmianach czy dokładnych adresach informowano często np. tylko za pośrednictwem relacji na Instagramie. Trzeba przyznać, że swoje dołożyła również pogoda: wyjątkowo wietrzny i deszczowy czerwiec stale straszył przelotnymi ulewami, które utrudniały przebieg wydarzeń pod gołym niebem.

fot. Zuza Sosnowska
To niestety dołożyło się do ogólnego wrażenia przebodźcowania, które choć tradycyjne i typowe dla festiwalu, być może niepotrzebnie postąpiło trochę za daleko. Ogromne natężenia dźwięku (nie mierzyłam, ale jestem pewna, że niekiedy przekraczające bezpieczne dla zdrowia normy), w połączeniu z gwałtownymi zmianami stylów i estetyk, zwyczajnie mogły i u mnie faktycznie doprowadziły do solidnego przeciążenia. Chociaż może to jest właśnie punkt rozpoznawczy Ephemery, konkretne doświadczenie, którego się na festiwalu poszukuje? Niemniej podziwiam osoby, które były w stanie wytrwać przez pełen program. I to bez zatyczek.
